poniedziałek, grudnia 15, 2014

Którędy do Kambodży? - przez Sochaczew

Nasza podróż do Kambodży nie zaczęła się zbyt optymistycznie. W każdym razie moja i o zgrozo z każdą chwilą było tylko gorzej. Najpierw nie udało mi się kupić biletu do Warszawy. Naiwna sądziłam, że na dworcu nabędę coś co się nazywa "warszawski bilet IC" i pozwala na użycie również Kolei Mazowieckich jadących z Zachodniej na lotnisko. Udałam się na dworzec, stanęłam w kolejce do kasy, poprosiłam o normalny do Warszawy i... usłyszałam, że "takich nie sprzedajemy". Mocno zdziwiona wyciągnęłam pod kasą tablet i kupiłam bilet przez Internet ^^' Wprawdzie pociąg do Wrocławia spóźnił się 7 min, co przy zaledwie 17 min na przesiadkę troszkę mnie zaniepokoiło, ale nadrobił na trasie i bez większych przeszkód wskoczyłam do mojego TLK. W tym miejscu sądziłam, że dalej pójdzie z górki. Ponad 5h zapasu na dotarcie na lotnisko wydaje się być zupełnie wystarczające. Jednak zmieniłam zdanie, gdy w okolicach Skierniewic mój pociąg zawrócił do Łodzi! Dodam, że Łódź NIE jest w kierunku Warszawy. W każdym razie nie ze Skierniewic. Z minuty na minutę nasze opóźnienie robiło się coraz większe, a czas na dotarcie na lotnisko niewystarczający. Ostatecznie zadziałała Asia z rodziną. Wprawdzie pani z informacji PKP, do której wydzwaniali, udzielała kompletnie nieprawdziwych informacji, ale ostatecznie wyskoczyłam z pociągu w Sochaczewie, gdzie po paru minutach pojawił się ratunek i szczęśliwie udało mi się nie przegapić mojego lotu. Uff.

W tym miejscu można by się zastanawiać, co jeszcze mogłoby się wydarzyć. Ano to nie był koniec opóźnień. Choć na lotnisku w Belgradzie bez większych problemów w ciągu godziny udało nam się zrobić transfer na kolejny lot (mimo, że o dziwo robili wszędzie kontrolę bagażu przy transferze), to już na lotnisku w Abu Dhabi była totalna masakra. Po pierwsze nasz samolot się spóźnił 30 min, po drugie na lotnisku w Abu Dhabi nie było żadnych uprawnień na taką okoliczność, a więc pędząc za strzałkami wpadłyśmy w jakiś gigantyczny tłum ludzi, próbujących oddać do sprawdzenia swój bagaż. Tyle dobrze, że w tłumie udało się odnaleźć strażnika, który wpuścił nas bez kolejki. Dalsza droga do bramki znajdującej się na drugim końcu całkiem sporego lotniska odbyła się biegiem. Potem musiałam przez dobrą chwilę łapać oddech, ale udało nam się zdąrzyć na last call, a samolot wystartował ze sporym opóźnieniem. Sam lot był znośny w 2/3. Dwa loty na trasie Warszawa-Belgrad (1,5h) i Belgrad-Abu Dhabi (5,5h) odbyłyśmy liniami Air Serbia, które mają dosyć nowe samoloty, ale mało miejsca na nogi w klasie ekonomicznej i brak rozrywki na pokładzie, co przy tym dłuższym locie było trochę męczące, bo ani za bardzo nie dało się spać ani nie było co robić. Dopiero na trasie Abu Dhabi-Ho Chi Minh City (7h+) było zdecydowanie lepiej pod względem przestrzeni i mieli spory wybór filmów, więc spędziłam 7h oglądając... świąteczne starocie :-P Za to na plus na wszystkich trasach było jedzenie. Bardzo przyzwoite jak na samolot.

W Sajgonie wylądowałyśmy ze sporym opóźnieniem, ale bez większych przeszkód odnalazlyśmy nasz bagaż (mój wór transportowy zdał egzamin i nawet mój kaizen ze wszywkami w środku nie był potrzebny), a kierowca z hostelu wciąż na nas czekał, choć chwila minęła nim odnalazlyśmy go w tym tłumie.

 
Dobrze jest znowu poczuć ten zaduch Azji :-) Jest głośno, jest gwarnie, wszędzie słychać dźwięk klaksonów, a w powietrzu unosi się trudna do opisania mieszanka zapchów. Natychmiast czujesz, że wszystkimi swoimi porami wydzielasz pot i zupełnie ci to nie przeszkadza. No i są palmy. Już na lotnisku nas przywitały.
 
 
Nasz hostel też jest bardzo przyjemny. Oczywiście Pokój nie ma okien, jak to często bywa w tych tradycyjnych wąskich i wysokich domach wietnamskich, ale ma duże dwupiętrowe łóżko, trzy rodzaje chłodzenia powietrza (klima, wiatrak na suficie i wiatrak w ścianie - każde włączane osobno) i łazienkę z prysznicem bez kabiny, którym zalewa się dosłownie wszystko wokół.
Dodam, że spałam jak zabita po ponad dobie podróży, podczas której zdrzemnęłam się może ze 3h w samolocie. Tym razem obyło się bez jetlaga i nawet nie słyszałam Asi kilkakrotnie złażącej z góry, tak twardo spałam. Przed snem udałyśmy się jeszcze do pobliskiego kombini, gdzie ku naszej radości znalazłyśmy te oto onigiri!! Wietnam zdecydowanie się zmienił. Były pyszne! :-)
 
 
Ceny:
10$ - noc w hostelu,
15$ - taksówka z lotniska.

 

poniedziałek, grudnia 01, 2014

przygotowania pełną parą

Wyjazd zbliża się wielkimi krokami i staramy się dopiąć wszystko na ostatni guzik. Zaklepałam nam słoniki (jednak zdecydowałyśmy się na lokalny Mondulkiri Project), zarezerwowałam hostel w Ho Chi Minh City, w Sen Monorom i znalazłam na Nowy Rok bungalow na wyspie pod palmami ^^ Sprawdziłam też ramen w HCMC (przy okazji natrafiłam na coś o nazwie Tokyo Town - może się wybierzemy) i restaurację Korei Północnej w Phnom Penh.

Również zakupy są prawie skończone. Mam buty, sandały trekkingowe i lekką kurtkę (liczę, że nie zmarznę za bardzo w drodze do Warszawy). Muszę jeszcze uzupełnić apteczkę i kupić dolary (okropnie drogie :-/). Poza tym testuję aplikacje do blogowania (ten post powstaje z użyciem Blogsy, bo Posts się posypał), zbieram audioksiążka na wyjazd i próbuję oczyścić karty pamięci do aparatu i zrobić miejsce na tablecie i telefonie, choć to marnie mi idzie. Został jeszcze jeden weekend na przygotowanie wszystkiego.

Wciąż się waham, czy nabyć przewodnik w wersji elektronicznej. Rozważam Lonely Planet i Rough Guide. Oba miały swoje aktualizacje w tym roku i nawet ściągnęłam próbki, ale wciąż się nie zdecydowałam na żaden. Do tej pory zawsze kupowałam LP, ale podobno RG też jest bardzo dobry. Trochę mi szkoda tych 15$ i nie jestem pewna, czy nowy przewodnik jest nam potrzebny, skoro mamy stary. Do wyjazdu się zdecyduję.

piątek, października 03, 2014

wyjazd klepnięty


Bilety zostały zakupione i jednak szykuje się podróż przez Wietnam, ponieważ trafiłyśmy na bardzo korzystną ofertę linii lotniczych Zjednoczonych Emiratów Arabskich - Etihad Airways w cenie 2800,52 zł za lot w obie strony. Jeszcze nigdy niemi nie leciałyśmy, ale opinie mają dobre i są to dosyć młode i bogate linie z flotą nowych samolotów. Jedynym minusem są przesiadki, bo mamy aż dwie - jedną w Belgradzie, a drugą w Abu Zabi, przy czym w drodze powrotnej z długim czasem oczekiwania na obu lotniskach. No trudno. Jakoś to przebolejemy. Kocyk, zaciszny kąt lotniska i jakoś to będzie. Wylot 13/12, powrót 10/01. Szykuje się długa podróż :-)

Edit. Przeglądając posty z poprzedniej wyprawy widzę, że brakuje mi cen i żałuję, że ich nie pamiętam, tak więc postanowiłam wrócić do dawnego zwyczaju podawania cen na końcu każdego posta.

Ceny:
2800,52 zł - bilet do HCMC (Warszawa-Belgrad-Abu Zabi-HCMC w obie strony)
320,00 zł - wielokrotna wiza do Wietnamu

czwartek, września 25, 2014

kolejna wyprawa na horyzoncie


No i stało się, urlop zaklepany od 13 grudnia do 11 stycznia, a plan podróży już prawie gotowy. Pozostaje jeszcze kupić bilet i możemy jechać :)

W tym momencie zgrubny plan przedstawia się następująco:
  1. Phnom Penh (po zastanowieniu postanawiamy darować sobie wcześniej zakładany Wietnam i lecieć od razu do Kambodży. Zniechęciła nas trochę miesięczna wiza wielokrotnego wjazdu za 320 zł, która zdecydowanie podrożała od naszego ostatniego wyjazdu do Wietnamu. Poza tym po przeliczeniu kosztów w tym przejazdu z Wietnamu do Kambodży wychodzi nam, że nawet płacąc więcej za bilet do PP i tak wyjdziemy na tym podobnie cenowo). 

środa, września 05, 2012

z życia wzięte

Dzwoni klient do stacji kontroli pojazdów:
klient: Do której macie dzisiaj czynne?
stacja:  Proszę przyjechać i sprawdzić sobie na naszej tablicy informacyjnej.
...
...
...

poniedziałek, września 03, 2012

trójka na początku

♫ ♪ 30 lat minęło jak jeden dzień...

To chyba nie ta piosenka jednak. W każdym razie 30 lat minęło. Zmiany żadnej nie czuję, choć myślę o zakupie mojego pierwsze go kremu przeciwzmarszczkowego :-p Impreza była udana. Lampiony pofrunęły w niebo i chyba nawet udało nam się nie spalić niczego w okolicy.
Bardzo wszystkim dziękuję za stos prezentów i miło spędzony czas! :-)

stos prezentów :-)

bukiet nr 1

bukiet nr 2

bukiet nr 3

środa, maja 09, 2012

poszukiwany, poszukiwana

Drodzy znajomi, przyznajcie się kto ma moją książkę "Preludium Fundacji" Asimova???


Edit. Znalazła się - mój rodziciel własny mi ją zakosił i zapierał się rękami i nogami, że nie ma.


piątek, kwietnia 13, 2012

w mękach pisania

klik, klik, klik ... to ja pisząca moją magisterkę. Tak, piszę ją choć nie mam do niej serca i nudzę się przy tym straszliwie. Kto to wymyślił, by dręczyć ludzi pisaniem jakiejś nudnej pracy, której nikt nie przeczyta? I po co to? Dla tych trzech bezsensownych i do niczego nie przydatnych literek przed nazwiskiem? :-/

Dzisiejszy status: 
napisane strony - 21 stron
dni urlopu do wykorzystania - 11 dni
dni do terminu zdania pracy - 51 dni
szanse na obronę w lipcu - niewielkie

piątek, marca 30, 2012

Gratislavia 2012

W ten weekend we Wrocławiu odbędzie się coroczny festiwal planszówek Gratislavia. Może być fajnie. Szkoda tylko, że w spisie dostępnych gier nie ma Battlestar Galactica, bo od jakiegoś czasu chcę ją wypróbować.



wtorek, marca 20, 2012

pod pretekstem ciała


środa, stycznia 04, 2012

Angkor

Jako, że wczorajszy dzień poszedł na zmarnowanie, dziś wstałyśmy wcześnie rano, wsiadłyśmy do zamówionego wcześniej tuk tuka i ruszyłyśmy zwiedzać świątynie. Tuk tuka umówiłyśmy sobie na całe trzy dni. Na koniec zawiezie nas też na lotnisko.

Zwiedzanie postanowiłyśmy zacząć od rzeczy mniejszych, by na koniec zostawić sobie najsmakowitsze kąski. Nie chciałybyśmy, żeby te smakowite zmniejszyły zachwyt nad mniej smakowitymi :-)

Swoją przygodę w kambodżańskiej dżungli zaczęłyśmy od dużego okręgu kompleksu - od świątyni Ta Prohm i stopniowo przemieszczałyśmy się w stronę Bayon. Całość robi nieziemskie wrażenie. Nic dziwnego, że Khmerzy wszystko nazywają "Angkor", który jest synonimem czegoś wspaniałego. Ich najbardziej popularne piwo to Angkor, większość hoteli w Siem Reap nazywa się Angkor, sklepy - Angkor i tak bez opamiętania.
Ciężko mi tutaj opisać moje wrażenia. Angkor jest ogromny. Jego nazwa oznacza po prostu "miasto", które prawdopodobnie w czasach jego świetności zamieszkiwało około miliona ludzi. Do końca nie wiadomo, dlaczego mieszkańcy porzucili je na pastwę dżungli. Nagle odeszli zostawiając wszystko za sobą. Teraz ludzie stopniowo odkrywają coraz to nowe lokacje ukryte w gęstwinie. Do jednej z nich - świątyni Ta Nei musiałyśmy dotrzeć na pieszo przez dżunglę. Tuk tuk nie bardzo chciał do niej jechać po piachu przypominającym trochę piasek na plaży. Dziwnie było na tej drodze. Dżungla na nas mlaskała.

Jednak mi najbardziej podobało się Bayon z jego 216 kamiennymi twarzami Jayavarmana VII wyrytymi na 54 wieżach świątyni (XII - XIII w.). Domniemane twarze króla smutno się do nas uśmiechały ze swoich wysokich wież.

Dzień postanowiłyśmy zakończyć zachodem słońca w świątyni Phnom Bakheng - podobno jednym z najlepszych punktów widokowych o tej porze dnia. Pełne entuzjazmu weszłyśmy na górę, na której znajduje się świątynia (można było też wjechać na słoniu), odstałyśmy swoje 45 min w kolejce do wejścia na jej obszar, w końcu weszłyśmy i... nic tam nie było. Słońce owszem zachodziło, ale nad równiną, a Angkor Wat, który spodziewałyśmy się zobaczyć, znalazłyśmy zupełnie z innej strony. Wielkie rozczarowanie. Jedynie słonie były fajne. Można je było nakarmić bananami sprzedawanymi w okolicznych straganach.

wtorek, stycznia 03, 2012

Siem Reap c.d.

A. całą noc chorowała. Ja też nie czuję się najlepiej. To chyba to khmerskie curry, które wczoraj jadłyśmy. I znowu opróżniamy nasze apteczki w poszukiwaniu leków na żołądek :-/ O świcie zwlokłam się z łóżka i poszłam na recepcję po dokładkę papieru toaletowego i kubek do rozpuszczania w nim leków. Znalazłam też śniadanie. Znowu trzeba dietę zastosować. Sama zjadłam na dole w towarzystwie bardzo pogryzionej przez komary Niemki (u nas Stefan chyba załatwiła latające pijawki, bo na nas nic się w nocy nie stołowało), a A. dostała śniadanie w postaci suchych tostów do łóżka. Ok. 12:00 grzecznie przeniosłyśmy się do naszego docelowego hotelu. Pokój mniejszy, łazienka mniejsza, ale przynajmniej jest czyściej. Szkoda tylko, że Stefan nie zdecydowała się przenieść razem z nami. Resztę dnia spędziłyśmy robiąc nic. Przespacerowałyśmy się tylko po miasteczku. Masy tu kramów z koszulkami, chustami, itp. dobrami dla turystów. Na nic więcej nie mamy siły :-(

poniedziałek, stycznia 02, 2012

w Siem Reap

Mamy własną jaszczurkę w pokoju! Nazwałyśmy ją Stefan. Siedzi na ścianie przy szafie i chyba obserwuje nowych lokatorów, czyli nas. Nie mamy moskitiery, ale mamy jaszczurkę. Może zje nam komary, które latają przy lampie? Może jest to takie standardowe wyposażenie pokoju?

W naszym hostelu Angkor Wonder najwyraźniej nie mają już miejsc (zrobiłyśmy rezerwację na 4 noce) i tylko na dzisiaj wrzucili nas do hostelu na przeciwko. Nie jest tu zbyt czysto :-/ Mam tylko nadzieję, że komary nas nie zjedzą, choć w sumie po 8h w autobusie z Phnom Penh jest mi już wszystko jedno. Wezmę prysznic, wysmaruję się Muggą i idę spać.

znowu w Phnom Penh

Znowu jesteśmy w Phnom Penh. Wydaje mi się jeszcze bardziej brudne i duszne nim przed pobytem na plaży :-( Nie chciałam do niego wracać. Już sama podróż była okropna. Autobus nam się po drodze popsuł, a klimy równie dobrze mogło nie być, tak słabo chodziła. Chyba wypociłam z siebie wszystko, co miałam. Na dworcu dorwałyśmy tuk tuka i gdy tylko kierowca odnalazł swój pojazd (nagle stwiedził, że nie wie gdzie go zostawił) pognałyśmy prosto do naszego hostelu Nomads na ulicy 108.

W Phnom Penh ulice nie mają nazw tylko numery. Co ciekawe budynki też mają numery, ale niekoniecznie po kolei i czasami zdarzają się też dwa budynki o tym samym numerze i tak w jednym rzędzie mogą stać obok siebie numery np. 13, 35, 7 i 28. Najwyraźniej ludzie wracając do miasta po ciężkich latach rządów Czerwonych Kmerów, którzy próbowali przerobić Kambodżę w samowystarczalne państwo rolnicze i zmusili całą ludność do niewolniczej pracy na roli, wybierali sobie numery dowolnie bez zwracania uwagi na jakikolwiek porządek i zachowania ich kolejności. Powoduje to pewne zamieszanie i trudności w znalezieniu podanego adresu.

Jednak nic nie dorówna zamieszaniu w autobusach. W drodze do Sihanoukville zostałyśmy zawiezione na zły dworzec i nasz autobus odjechał (pomyłka hostelu). Wściekłe musiałyśmy wrócić do hostelu, gdzie na szczęście naprawili swój błąd i zatrzymali prawidłowy autobus gdzieś w mieście i nas do niego zawieźli. Każda firma przwozowa ma tu najwyraźniej oddzielny dworzec i skąd indziej jadą autobusy firmy Paramount a skąd indziej np. Sorya. Prawdziwe szaleństwo.

Miałyśmy też okazję odwiedzić aptekę (A. ma poparzenia słoneczne). Martin w hostelu powiedział nam, gdzie się znajduje taka, w której powinny być prawdziwe leki. Dowiedziałyśmy się, że wiele aptek sprzedaje tu oszukane antybiotyki. Maść, którą A. nabyła chyba oszukana nie jest, bo najwyraźniej pomaga.

Dziś rano razem z Niemką Ann, z którą dzielimy pokój pojechałyśmy do pałacu. Jest on bardzo charakterystyczny ze swoimi złotymi, stożkowatymi dachami. Za panowania Czerwonych Khmerów został w dużej mierze zniszczony i ograbiony. Obecnie turyści mogą odwiedzać tylko ograniczony obszar w tym srebrną pagodę, której podłoga jest zrobiona z prawdziwego srebra. Pałac wewnątrz ma piękne wzorzyste kafelki i pokrycie ścian. Niestety nie można robić zdjęć. Na teren kompleksu trzeba też wchodzić odpowiednio ubranym, czyli zakryte ramiona i kolana, a przed wejściem do budynków trzeba ściągać buty i nakrycia głowy. Osoby, które nie mają okrcia mogą je kupić przy kasie oczywiście za odpowiednio podwyższoną cenę.

Naszym drugim punktem wycieczki było przerobione w muzeum więzienie Tuol Sleng, nazywane również S-21. To tutaj Czerwoni Khmerzy prowadzili przesłuchania swoich więźniów politycznych. Dawniej była to szkoła, ale sale lekcyjne zostały przerobione w maleńkie cele, a przyrządy do ćwiczeń na dziedzińcu w narzędzia tortur. Obecnie część pomieszczeń zawiera również zdjęcia więźniów i zmasakrowanych ofiar po torturach. Właśnie dlatego nigdy nie byłam w Oświęcimiu. Zbyt to wszystko masakryczne.

W tym miejscu skończyłyśmy naszą przygodę w Phnom Penh - mieście bardzo biednych i bardzo bogatych (chyba w żadnym innym mieście nie ma takiego skupiska Lexusów. Tutaj praktycznie co drugi samochód jest tej marki, a jeśli nie, to jest to albo Toyota albo Mercedes. Niesamowite!) O 13:00 mamy autobus do Siem Reap i mamy nadzieję, że tym razem trafimy na prawidłowy dworzec.

niedziela, stycznia 01, 2012

mały kawałek raju

Któż nie chciałby takiego znaleźć. Jak powiedział Pierre (Francuz poznany w Sunshine Cafe) raj to stan umysłu. Zgadzam się. Ja tu się czułam zupełnie jak w raju. Czas na plaży płynie leniwie i niezuważalnie, wypełniony gorącym słońcem, drobnym piaskiem, szmaragdowym morzem, pysznym jedzeniem i kolorowymi drinkami. Czegoż można pragnąć więcej od wakacji w tropikach? Czy może też być lepszy sposób na spędzenie pierwszego dnia Nowego Roku? Podobno to, jak się spędzi ten pierwszy dzień rzutuje na tym jaki będzie cały rok. Tak więc mam nadzieję, że mój będzie wypełniony słońcem, ciepłem i przygodą! :-) Do usłyszenia z Phnom Penh!

























środa, grudnia 28, 2011

Good Morning Cambodia!

Pobudka o 6:00 i już o 7:00 cała wycieczka została sprawnie zapakowana na kolejną łódź. Nawet śniadanie zdążyliśmy zjeść! Do tego mój telefon znowu działa. T-Mobile nie lubi się z Wietnamem, ale z Kambodżą już tak, więc mój problem z niedziałającym roamingiem zniknął i znowu jestem dostępna dla świata. Przynajmniej na 10 dni :-)

Łódką popłyneliśmy do wioski Chamów - mniejszości muzułmańskiej w Wietnamie. Kiedyś tereny te były Królestwem Chamów, ale Wietnam ich najechał o pokonał, więc część się wyniosła, a część została przesiedlona. Potem wrócil na dawne tereny i teraz stanowią mniejszość narodową w Wietnamie. Mają tu swoje meczety, własny dialekt, kulturę i używają pisma arabskiego. Robią też bardzo smaczne ciastka ryżowe :-)

Po wiosce była już tylko mała, szybka łódź motorowa, którą dopłyneliśmy do przejścia granicznego. Wypełniliśmy formy wizowe (ze zdjęciem) i formularze wjazdowo-wyjazdowe, zapłaciliśmy 22USD haraczu i ruszyliśmy większą łodzią do przejścia Królestwa Kambodży, do którego prowadziła stara, podziurawiona kładka. Tu zaraz wkleili nam w paszporty zielone nalepki wizowe, a pan w okienku obił je dokładnie masą różnorakich pieczątek. Witaj Kambodżo!

Do Phnom Penh dopłynęliśmy ok. 15:30. Droga trochę się dłużyła, ponieważ wybrzerze Mekongu po stronie kambodżańskiej jest dosyć puste i co za tym idzie nudne, czyli widoków do podziwiania za bardzo nie było. Przeczytałam za to całą "Blondynkę w Kambodży" Beaty Pawlikowskiej. Krótka, ale ciekawa publikacja.

W porcie tuk tuk z naszego hostelu wciąż na nas czekał i zaraz znalazłyśmy się w Nomadzie. Mamy tu cały wykafelkowany pokój z łazienką tylko dla siebie. Do tego małe łóżka na bardzo niskich ramach i moskitiery. Prosto, ale nie sprawia to negatywnego wrażenia. Martin na recepcji wszystko nam wyjaśnił i przestrzegł przed szwędaniem się po mieście po zmroku. W Kambodży z bezpieczeństwem wciąż nie jest idealnie. Dużo jes też kradzieży toreb, które złodzieje na skuterach zrywają z ludzi.

Na początek wybrałyśmy się z powrotem nad rzekę, by coś zjeść. Okolica jest pełna barbarzyńców, którzy dominują we wszystkich knajpach. Już na pierwszy rzut oka widać, że Kambodża jest znacznie biedniejsza od sąsiedniego Wietnamu. Jest też bardziej wilgotno i duszno niż było w Sajgonie. Więcej o Kambodży i Phnom Penh napiszę za kilka dni, bo już padam, a znowu czeka nas wczesna pobudka. Jutro mamy w planach Muzeum Narodowe i o 14:30 wsiadamy w autobus do Sihanoukiville. Plaża nas wzywa :-D

Tak więc Szczęśliwego Nowego Roku Smoka!!!

wtorek, grudnia 27, 2011

Delta Mekongu

W delcie Mekongu żyje 18 mln ludzi. Strasznie dużo! Żyją z rybołóstwa i uprawy ryżu. Głównie są to ludzie starzy i dzieci. Młodzi uciekają do miast w poszukiwaniu lepszego życia.

O 7:30 zostałyśmy wpakowane z grupą innych barbarzyńców do autobusu i ruszyliśmy w stronę Mekongu. Potem wrzucili nas na drewnianią łódź, którą popłyneliśmy oglądać pływający targ. Przyznam, że byłam dosyć rozczarowana. Chciałam zobaczyć targ z masą masą małych łódek, a pokazali nam jakiś z kilkoma dużymi barkami. Po drodze był też postój w miejsu wyrobu kokosowych cukierków i papieru ryżowego. Papier ryżowy z mlekiem kokosowym - mniam :-) Na koniec każdy dostał rower (dosyć rozklekotany rower) i pojechaliśmy wioską do restauracji, która serwowała rybę o nazwie "ucho słonia". Reszta wycieczki polegała na wielogodzinnej jeździe autobusem do Chau Doc z kilkunastominutowym postojem na farmie krokodyli, które gdy podrosną idą jako produkt do fabryki i są tam przerabiane na buty, torebki i paski.
Nocleg mieliśmy w Chau Doc w pływającym hotelu (floating hotel). Standard całkiem przyzwoity: łazienka, spore łóżka z moskitierami, wifi w pokoju.

Podsumowując dzień był średnio udany. Więcej jechaliśmy niż coś oglądaliśmy, no ale czego się spodziewać po dwudniowej wycieczce z przerzutem do Kambodży :-(

poniedziałek, grudnia 26, 2011

Święta w Sajgonie

Od rana już gorąco. Bardzo gorąco. Śniadanie w hostelu 25,000DNG. do wyboru bułka z masłem, albo bułka z dżemem, albo bułka z omletem. Nie ma opcji bułka z masłem i omletem lub masłem i dżemem. To już byłoby ekstra.

Wykupiłyśmy dziś dwudniową wycieczkę do delty Mekongu z przerzutem do Phnom Penh (podobno wymawia się "nam pej") w Kambodży. Ruszamy jutro, więc pewnie nie będę dawała znaku życia przez 2 dni. Nabyłyśmy też koszmarnie drogie bilety lotnicze na trasie Siem Reap - Ha Noi (324USD!!!). To nasz największy wydatek tutaj. Trudno. Innego wyboru nie było. Jeszcze w Ha Noi podali nam cenę 337USD, więc patrząc na to pozytywnie jesteśmy 13USD do przodu.

Dziś wybrałyśmy się oglądać pagody. Pierwsza była straaasznie daleko w Dystrykcie 11 - Pagoda Giac Vien dokładnie ukryta w zawiłych uliczkach obrzeży Sajgonu. Sama droga do niej sprawiała fajne wrażenie. Znalazłyśmy się w miejscu, gdzie turyści pewnie niezbyt często zaglądają. W tej plątaninie małych uliczek wskazówek udzielali nam mieszkańcy i w końcu jakoś udało się znaleźć pagodę. Wyglądała staro i mogłaby być bardzo malownicza gdyby nie te stosy śmieci i gruzu wokół niej. Wietnamczycy mają paskudny zwyczaj rzucania śmieci na ziemię tam gdzie stoją, albo po prostu wywalają je przez okna samochodu. Może Olimpiada pomogłaby im tak, jak pomogła Chińczykom. Ci drudzy już nie mają tego zwyczaju i zaczęli używać śmietników ulicznych.

Po wydostaniu się z Dystryktu 11 pojechałyśmy do Dystryktu 5, który stanowi tutejsze China Town i zaczęłyśmy wędrówkę po chińskich pagodach. Nazw podawać nie będę. W tym upale jakoś nie miałam siły się na nich skupiać. Poza tym wszystkie były podobne i zlewają mi się w jedną całość. Coś jak moje zwiedzanie Kioto. Za dużo świątyń. We wszystkich były stożkowate kadzidełka zawieszone pod sufitem, złociste ołtarze bogato zdobione, figury różnych bóstw, smoki, tygrysy, żółwie, itp. Zjadłyśmy też obiad w chińskiej restauracji w postaci ryżu z mięsem kraba i Morning Glory. Do tego piwo Sai Gon Don - okropny sikacz. Po prostu woda o lekkim smaku piwa, ale chociaż zimne było. Nie polecam nikomu, no chyba że nie ma innego wyboru. Za to kawa wszędzie tu dobra. Podają ją ze skondensowanym słodkim mlekiem.

Do hostelu wróciłam padnięta i przegrzana, ale A. zaraz wyciągnęła mnie ponownie do miasta. W naszym parku faktycznie impreza. Poustawiali stoiska z międzynarodowym jedzeniem i muzyką. Na stawie grają tradycyjną muzykę wietnamską na żywo, z głośników koreańską, ballady i znane wszystkim kawałki plus gdzie nie gdzie popularne kolędy. Normalne szał zapachów i dźwięków. Uliczny teatrzyk też był. Do tego ulice zapchane jeszcze bardziej niż wczoraj. Skutery to już nawet po chodnikach jeżdżą, a wszystko ozdobione tysiącami migających kolorowych światełek. Po prostu Święta w Sajgonie :-)

P.S. Wybrałyśmy plażę na lenistwo. 29 grudnia jedziemy z Phnom Penh do Sihanoukville na plażę Otres, gdzie znajduje się Sunshine Cafe - bar na plaży, który wynajmuje również pokoje na poddaszu. Kiedyś prowadziła go Polka Monika ze swoim chłopakiem Kemem, ale podobno wróciła już do Europy. Jednak bar nadal funkcjonuje i będzie naszą przystanią do 1 stycznia :-)

Pagoda Giac Vien
Pagoda Giac Vien
świątynia przy pagodzie
suszące się kadzidełka
chińska świątynia w China Town
drewniany koń w chińskiej świątyni

niedziela, grudnia 25, 2011

ale Sajgon

Już mi lepiej. W prawdzie nie mogę powiedzieć, że się super wyspałam w naszym pokoju z oknem wychodzącym na... komin, ale czuję się dobrze. Nifuroksazyd działa doskonale. Wieczorem i rano był straszny hałas. TV grający na parterze, gadający ludzie, dźwięki ulicy. Nasz hostel My My Arthouse jest usytuowany w bardzo małej i wąskiej uliczce. Normalnie nie wchodzi się w takie po zmroku, ale myślę że tu jest bezpiecznie. Choć uliczka wąska, ciemna i kręta, to jednak co krok jest na niej hostel lub hotel i masy obcokrajowców. W naszym hostelu trzeba zostawiać buty na dole i chodzić boso. Niby pozwala to lepiej utrzymywać czystość, ale rano kilka karaluchów rozbiegło się, gdy poruszyłam plecakiem. Uroki upalnych i wilgotnych miast. Te kilka karaluchów jestem w stanie przeżyć.

Po śniadaniu przeniosłyśmy się na 4 piętro do naszej dwójki. Tu okno też wychodzi na komin. Nieba nie widać. Ciekawe jak wysoki jest ten budynek. I ciekawe, czy karaluchy już tu dotarły.

Dziś zdecydowałyśmy się na spacer po mieście. Dostałyśmy w hostelu mapkę i ruszyłyśmy w drogę. Widziałyśmy mały targ uliczny pełen zapachów, wśród których wyróżniał się szczególnie ten duriana. Poszłyśmy obejrzeć budynek opery w stylu kolonialnym, katedrę Notre Dame i imponującą pocztę w stylu francuskim. Całe HCMC jest przesiąknięte świątecznym nastrojem. Domy handlowe, hotele, restauracje, a nawet owa poczta są udekorowane choinkami, bałwankami, Mikołajami i reniferami, co się trochę gryzie z 30 stopniowym upałem, słońcem i palmami. Podoba mi się to :-)

Poniosło nas też do Museum of Ho Chi Minh City (czy też Revilutionary Museum), gdzie w neoklasycystycznej francuskiej budowli (dawniej zwanej Pałacem Gia Long) znajdują się eksponaty i zdjęcia z różnych okresów życia miasta w tym wstrząsające zdjęcie mnicha Thich Quang Duc, który w 1963 r. dokonał samospalenia na znak protestu przeciwko dyktaturze i prześladowaniom buddyzmu prezydenta Ngo Dinh Diem. Muzeum jest warte zobaczenia chociażby dla trochę ironicznego kontrastu pomiędzy majestatycznymi, choć w dosyć kiepskiej kondycji salami balowymi z wysokimi drzwiami i wielkimi oknami a jego eksponatami w tym zdjęciami przedstawiającymi antykolonialnych aktywistów.

Kolejnym punktem spaceru był Reunification Palace, będący kiedyś symbolem rządu Wietnamu Południowego. W 1868 r. został on zbudowany jako rezydencja francuskiego gubernatora, a gdy Francuzi odeszli stał się siedzibą prezydenta Wietnamu Południowego - Ngo Dinh Diema. Pałac jest świetnie zachowany. Wewnątrz ma ogromne przestrzenie urządzone jako sale spotkań, sale bankietowe, sypialnie. Na dachu jest częściowo zabudowany w drewnie taras i nawet stoi na nim helikopter prezydenta Diem. Ściany budynku mają okna z kolumnami w formie bambusów, które zarówno przepuszczają światło jak i chronią przed zbyt intensywnymi promieniami słonecznymi. Całość otoczona jest parkiem z wielkimi drzewami, po których skaczą wiewiórki. Pod pałacem znajdują się też bunkry, a w nich stacje nadawcze, pomieszczenia z mapami, biura, sypialnia prezydenta.

Chciałyśmy iść jeszcze do War Remnants Museum, ale niestety było już za późno, a w poniedziałki (czyli jutro) muzea są nieczynne. Zamiast tego ruszyłyśmy na poszukiwanie jedzenia (ja już drugi dzień na suchych bułkach) i ostatecznie wylądowałyśmy w "ryżowiarni". Podawali tam ryż w każdej możliwej opcji kolorystycznej. Ja wzięłam żółty, a A. bordowy :-P

Ostatnim punktem już dosyć długiego spaceru był targ Ben Thanh, który właśnie zwijali. Jeszcze wieczorem wróciłyśmy do niego z nadzieją na ponowne otwarcie, ale nic z tego. Za to dookoła był wieczorny targ uliczny :-)

Sajgon jest gwarny. Bardzo gwarny. Nie wiem, czy on tak na co dzień, czy to wyjątkowo na Święta. W centrum miasta wieczorem koszmarne korki. Nawet skutery nie są w stanie przejechać. Na pieszo również trudno się między nimi przebić by dotrzeć na drugą stronę ulicy. Nawet trudniej niż wtedy, gdy są w ruchu. Po prostu nie ma gdzie stopy postawić. W parku przy którym jest nasz hostel najwyraźniej coś się szykuje, bo budują różne platformy i konstrukcje. Ogólnie podoba mi się tutaj. Zostajemy jeszcze jeden dzień :-)

świąteczny nastrój w 30-stopniowym upale
targ uliczny
sprzedawczyni patatów
świąteczny dom handlowy
Wujek Ho na tle Ratusza
burżujskie ulice Sajgonu
poczta miejska - na skuter wszystko wejdzie
poczta miejska z choinkę i portretem Wujka Ho
Reunification Palace - okna z bambusami
Reunification Palace - jadalnia

sobota, grudnia 24, 2011

ciężki dzień

Całą noc chorowałam. Pozbyłam się całego obiadu w każdy możliwy sposób :-/ Dobrze, że mam całe stosy przeróżnych medykamentów na takie okazje. Jest też dobra strona tego wszystkiego - siedząc o 3:00 w nocy na podłodze w łazience mogłam w spokoju zrobić sobie prowizoryczny manicure, bo już mi zaczął bardzo przeszkadzać pazurek na moim przytrzaśniętym palcu.

W tej sytuacji przymiarka u krawca nie była możliwa :-( Rano A. zdobyła dla mnie suchą bułkę i herbatę. Dorzuciłam do tego listek węgla i ległam bez życia na łóżku. Ok. 11:00 wróciła A. z dziewczyną od krawca. Skoro ja nie mogłam na przymiarkę, to przymiarka przybyła do mnie. Ubrania ok. Nie mam siły dobrze im się przyjrzeć. O 13:00 niestety musiałyśmy zwolnić pokój i do 15:00 czekałyśmy na recepcji na nasz transport na lotnisko w Da Nang. Do HCMC leciałyśmy liniami Jest Star - to taki azjatycki Ryanair. Napoje na pokładzie płatne, ale bilety tanie (ok. 70USD). Lot był okropny, choć fotele wyjątkowo wygodne, ale mało miejsca na nogi. Przed nami siedział jakiś okropny bachor i przez całą drogę wydzierał się niemiłosiernie, a ja zapomniałam moich korków do uszu :-( Z samolotu wysiadłam totalnie wykończona. O dziwo na lotnisku nie obskoczył nas zaraz tłum taksówkarzy pytających, czy nie potrzebujemy transportu. Musiałyśmy same poszukać taksówki i było trochę dziwne. Na północy ludzie byli zdecydowanie bardziej natrętni, choć w sumie zupełnie mi to nie przeszkadzało. Na południu, jak to powiedział poznany w Ha Long Kanadyjczyk, ludzie są bardziej wyrafinowani. Być może. Kolejnym zdziwieniem była taksówka. Na pytanie za ile zawiezie nas do hostelu, dowiedziałyśmy się, że według licznika! Na prawdę tak było - zero tajemniczych przycisków magicznie przyspieszających obroty licznika (taxi z piramidką). Byłam pełna podziwu.

Do hostelu dotarłam totalnie wycieńczona ostatkiem sił. Okazało się, że nie mają wolnych żadnych dwójek i wpakowali nas do obskurnej czwórki - ciasnej i ciemnej i z popsutą lampką. Jednak A. zadziałała i dali nam lepszą trójkę z przestronnymi łożami. Jutro mamy dostać naszą dwójkę. Planujemy zostać tu 3 noce.

Jet Star (zdjęcie by A.)

nasz hostel - My My Arthouse (zdjęcie by A.)