Dziś zerwaliśmy się o świcie, by jak najszybciej ruszyć w drogę. Tym razem musieliśmy się obyć bez tradycyjnego irlandzkiego śniadanka, bo wczoraj zapomniałam napisać, że narzeczony kuzynki takowe dla nas przygotował. Nazywa się to tutaj "full irish breakfast" i składa się na ogół z sadzonych jajek, smażonych kiełbasek, smażonych pieczarek, fasolki w sosie pomidorowym, puddingu (z krwi) białego i czarnego, połówki pomidora i takich placków ziemniaczanych - hash brown. My obyliśmy się bez puddingu (blech).
Zamiast full irish breakfast piknik po drodze:
Miejscem docelowym dzisiejszej wycieczki miał być Półwysep Mizen Head na południu. Znajduje się tam Mizen Head Signal Station, czyli najbardziej wysunięty punkt południowo-zachodniej Irlandii. Jest to wyspa z latarnią morską, na którą można się dostać po wiszącym moście, jednak na miejscu okazało się, że most jest w budowie i nie ma przejścia na wyspę :-( W tej sytuacji postanowiliśmy pojechać na drugie odnóże półwyspu i stamtąd spróbować zobaczyć latarnię i most. Most był, latarni nie. Postanowiliśmy więc trochę zbadać półwysep. Nie mogę powiedzieć, żebym przepadała za przedzieraniem się przez podmokle łąki, ale tak to jest kiedy wybierasz się gdzieś z szalonymi archeologami i jednym zakręconym pasjonatem megalitów i wszelkich innych kamieni różnego rodzaju. Nie wiedząc kiedy, jak, ani dlaczego, znalazłam się nagle z butami pełnymi wody pośrodku niczego. Dobrą stroną tego brodzenia po łąkach było znalezienie ukrytego zamku w dolinie nad jeziorem. Wyglądał nieziemsko. Patrząc na niego zastanawiałam się dlaczego ktoś go właśnie tam zbudował i jakich strzegł tajemnic na tym niedostępnym pustkowiu. Nazwa zamku to Three Castles, ponieważ składał się z trzech wież połączonych murem ze sobą, jeziorem i z klifami. Tak więc zamek stanowił fort obronny w dolinie, ale nie wiadomo przed kim, co chronił.
Widoczki z Mizen Head:
Three Castles:
Samotny grób na klifach:
Ja pośrodku niczego:
Z Mizen Head pojechaliśmy do Killarney, gdzie bez większego problemu odnaleźliśmy Killarney Railway Hostel, w którym zarezerwowałam dla nas łóżka (po 15€ za noc w pokoju sześcio-łóżkowym). Po drodze stanęliśmy jeszcze w punkcie widokowym Ladies View, skąd roztacza się piękny widok na jeziora i góry w dole. Na miejsce dotarliśmy dosyć późno, więc pożegnaliśmy kuzynkę z narzeczonym i sami poszliśmy jeszcze na krótki spacer po mieście. Killarney jest bardzo bardzo turystyczne. Mam wrażenie jakbym znalazła się w jakimś kurorcie nad morzem czy nad jeziorem nastawionym całkowicie na turystów. Co krok sklep z pamiątkami i restauracje. Dużo jest też sklepów ze swetrami i innymi wyrobami z wełny, ponieważ sprzedają tu słynne swetry z Wyspy Aran (czytałam gdzieś, że to same podróbki). Za taki sweter liczą sobie od ok. 50€ do 100€. Niezła cena. Oprócz tego oczywiście masy szalików, czapek, skarpetek i co tam jeszcze da się zrobić z wełny. Jutro w planach wypożyczenie roweru i przejażdżka po Parku Narodowym Killarney.
Hotel, w którym mieszkała Scarlet O'Hara:
Zatoka jest domem dla fok, ale o tej porze dnia już żadnej nie było widać (najwyżej jakiejś nos wystający z wody) :-(
Ladies View:
Killarney wieczorową porą:
Więcej zdjęć tutaj.
poniedziałek, sierpnia 02, 2010
niedziela, sierpnia 01, 2010
County Limerick
Dzisiejszy dzień zaczęliśmy od wizyty w niewielkim miasteczku Killmallock. Ja piszę tu, że niewielkie, ale w średniowieczu było to trzecie największe miasto Irlandii. Wciąż zachowała się w nim XV w. wieża tzw. King's Castle i ruiny klasztoru dominikanów z XIII w. Fajne jest to, że wiele pozostałości stoi sobie po prostu gdzieś w polu czy przy drodze i można sobie tak po prostu do nich wejść i pooglądać.
Klasztor dominikanów w Kilmallock:
Następnym punktem wycieczki było Lough Gur - jeden z obszarów archeologicznych wokół jeziora w kształcie podkowy. Znajduje się tu tzw. Grange Stone Circle, czyli największy kamienny krąg w Irlandii. Ma podobno 4000 lat i jest świetnie zachowany. Kamienie są ustawione jeden obok drugiego z małymi odstępami i bez ubytków. Co zabawne, po środku kręgu znaleźliśmy rozbity namiot Travelersów - irlandzkich Cyganów, którzy przemierzają Wyspę w swoich wozach kempingowych i żyją z dorywczych prac będąc ciągle w ruchu. Choć Irlandczycy są bardzo przyjaznym narodem, to jednak w wielu miejscach parkingowych na wjeździe są umieszczone poprzeczki dokładnie na takiej wysokości, by nie mógł pod nimi przejechać wóz Travelersów. Spowodowane jest to podobno tym, że tutejsi Cyganie strasznie śmiecą. W każdym razie uważam, że środek kamiennego kręgu jest super miejscem biwakowym i nie dziwię się, że się tam rozbili. Wstąpiliśmy również do Lough Gur Stone Age Centre, w którym znajduje się muzeum i gdzie obejrzeliśmy filmik o odkrywaniu tego obszaru. Okolica jeziora to również idealne miejsce na piknik, co oczywiście wykorzystaliśmy :-)
Jezioro Lough Gur:
Stone Age Centre w Lough Gur:
Krąg Kamienny Grange:
Ostatnim punktem programu było odnalezienie starego kurhanu na szczycie jakiegoś wzgórza, ale nie wiem ani gdzie to było ani jak się nazywało owo wzgórze. Potem się dowiem u specjalisty ;-) Kurhan oczywiście znaleźliśmy. Stoi na tym wzgórzu nieprzerywanie od nie wiem ilu wieków i pewnie wciąż będzie stał, choć Irlandczycy raczej nie bardzo przejmują się swoimi zabytkami (zbyt dużo ich maja). Np. mijaliśmy resztki po starym zameczku, który posłużył za cel ćwiczebny jednostce wojskowej, no i zameczku już nie ma.
Kierunkowskaz do megalitycznego kurhanu :-)
Ruszamy w drogę na górę:
No i sam kurhan wśród wrzosów:
Więcej zdjęć z County Limerick tutaj.
- Posted using BlogPress from my iPhone
Klasztor dominikanów w Kilmallock:
Następnym punktem wycieczki było Lough Gur - jeden z obszarów archeologicznych wokół jeziora w kształcie podkowy. Znajduje się tu tzw. Grange Stone Circle, czyli największy kamienny krąg w Irlandii. Ma podobno 4000 lat i jest świetnie zachowany. Kamienie są ustawione jeden obok drugiego z małymi odstępami i bez ubytków. Co zabawne, po środku kręgu znaleźliśmy rozbity namiot Travelersów - irlandzkich Cyganów, którzy przemierzają Wyspę w swoich wozach kempingowych i żyją z dorywczych prac będąc ciągle w ruchu. Choć Irlandczycy są bardzo przyjaznym narodem, to jednak w wielu miejscach parkingowych na wjeździe są umieszczone poprzeczki dokładnie na takiej wysokości, by nie mógł pod nimi przejechać wóz Travelersów. Spowodowane jest to podobno tym, że tutejsi Cyganie strasznie śmiecą. W każdym razie uważam, że środek kamiennego kręgu jest super miejscem biwakowym i nie dziwię się, że się tam rozbili. Wstąpiliśmy również do Lough Gur Stone Age Centre, w którym znajduje się muzeum i gdzie obejrzeliśmy filmik o odkrywaniu tego obszaru. Okolica jeziora to również idealne miejsce na piknik, co oczywiście wykorzystaliśmy :-)
Jezioro Lough Gur:
Stone Age Centre w Lough Gur:
Krąg Kamienny Grange:
Ostatnim punktem programu było odnalezienie starego kurhanu na szczycie jakiegoś wzgórza, ale nie wiem ani gdzie to było ani jak się nazywało owo wzgórze. Potem się dowiem u specjalisty ;-) Kurhan oczywiście znaleźliśmy. Stoi na tym wzgórzu nieprzerywanie od nie wiem ilu wieków i pewnie wciąż będzie stał, choć Irlandczycy raczej nie bardzo przejmują się swoimi zabytkami (zbyt dużo ich maja). Np. mijaliśmy resztki po starym zameczku, który posłużył za cel ćwiczebny jednostce wojskowej, no i zameczku już nie ma.
Kierunkowskaz do megalitycznego kurhanu :-)
Ruszamy w drogę na górę:
No i sam kurhan wśród wrzosów:
Więcej zdjęć z County Limerick tutaj.
- Posted using BlogPress from my iPhone
Location:County Limerick
sobota, lipca 31, 2010
Wood House
W zawiązku z rożnymi nieprzewidzianymi okolicznościami nie mogliśmy wybrać się na zaplanowaną wycieczkę na Północ Irlandii. Zamiast tego do popołudnia pokręciliśmy się jeszcze trochę po Dublinie. Dzięki temu trafiliśmy na mały targ w Temple Bar, gdzie sprzedawano potrawy z rożnych stron świata. Skusiliśmy się na curry z ryżem i na jakiś rodzaj tajskiej potrawy z sera, której nazwy niestety nie zapamiętałam, ale była pyszna :-) Trzeba przyznać, ze śniadanie kontynentalne, które serwowali w hostelu (było w cenie) - składało się z tostów z masłem i dżemem, nie wystarczyło nam na długo. Pokręciliśmy się tez trochę po sklepach i ceny w Irlandii są na prawdę dużo wyższe niż np. w Wielkiej Brytanii, skąd wróciłam ze stosem nowych ubrań. Nie ma większego sensu robić tu jakichkolwiek zakupów.
Późnym popołudniem kuzynka odebrała nas spod hostelu i ruszyliśmy do Mitchelstown, które miało stać się naszą bazą wypadową. Dzięki temu, ze Mitchelstown leży niedaleko Cork, cały czas mogliśmy jechać autostrada, która łączy dwa największe miasta, czyli Cork i Dublin. Była to chyba najnudniejsza trasa jaką w życiu jechałam. Nie ma na niej nawet stacji benzynowej. Jedynie zaraz za Dublinem jest jeden zajazd, a potem już do końca nic. Nawet żadnych zabudowań nie ma, tylko łąki i nic więcej.
Dom mojej kuzynki jest stary i murowany. Nie ma adresu z nazwa ulicy i numerem typowego dla innych domów, po prostu pisząc do niej piszę w adresie jego nazwę. W środku ma trzy sypialnie z wielkimi drewnianymi łózkami, starymi szafami i niskimi oknami z wielkimi parapetami. Cały jest szalenie klimatyczny i skrzypiący i z masa drewna, kominkiem w salonie i wielką kuchnią. Obok domu maja ogródek warzywny i czarny plot, który kuzynka sama malowała. Ganek tez wymalowała na nasz przyjazd :-) Sam dom jest ukryty za drzewami z dala od drogi, wiec panuje w nim cisza i spokój. Sama chciałabym mieszkać w takim miejscu. Jedynie prąd mają na monety i zawsze muszą mieć w pogotowiu 2EUR, bo automat innych nie przyjmuje. No i te irlandzkie krany są takie same jak angielskie, czyli po dwa na umywalkę. W jednym jest zimna woda, a w drugim gorąca. Nie ma nic pośredniego. Więc ręce możesz umyć w wodzie zimnej bądź gorącej. Jaka wolisz. Samo miasteczko jest znacznie oddalone od domu i bardzo małe. To dosłownie dwie ulice na krzyż. Ogólnie Irlandia jest mniejsza niż przypuszczałam.
Wieczorem zrobiliśmy zakupy w spożywczym na stacji benzynowej. Kupiliśmy Irish Cream i na czas pobytu w Irlandii postanowiłam zostać alkoholiczka. Uwielbiam Irish Cream i mam w planach pic go co wieczór :-)
Targ w Temple Bar:
Coś dobrego z sera:
Ogród warzywny Eweliny:
Późnym popołudniem kuzynka odebrała nas spod hostelu i ruszyliśmy do Mitchelstown, które miało stać się naszą bazą wypadową. Dzięki temu, ze Mitchelstown leży niedaleko Cork, cały czas mogliśmy jechać autostrada, która łączy dwa największe miasta, czyli Cork i Dublin. Była to chyba najnudniejsza trasa jaką w życiu jechałam. Nie ma na niej nawet stacji benzynowej. Jedynie zaraz za Dublinem jest jeden zajazd, a potem już do końca nic. Nawet żadnych zabudowań nie ma, tylko łąki i nic więcej.
Dom mojej kuzynki jest stary i murowany. Nie ma adresu z nazwa ulicy i numerem typowego dla innych domów, po prostu pisząc do niej piszę w adresie jego nazwę. W środku ma trzy sypialnie z wielkimi drewnianymi łózkami, starymi szafami i niskimi oknami z wielkimi parapetami. Cały jest szalenie klimatyczny i skrzypiący i z masa drewna, kominkiem w salonie i wielką kuchnią. Obok domu maja ogródek warzywny i czarny plot, który kuzynka sama malowała. Ganek tez wymalowała na nasz przyjazd :-) Sam dom jest ukryty za drzewami z dala od drogi, wiec panuje w nim cisza i spokój. Sama chciałabym mieszkać w takim miejscu. Jedynie prąd mają na monety i zawsze muszą mieć w pogotowiu 2EUR, bo automat innych nie przyjmuje. No i te irlandzkie krany są takie same jak angielskie, czyli po dwa na umywalkę. W jednym jest zimna woda, a w drugim gorąca. Nie ma nic pośredniego. Więc ręce możesz umyć w wodzie zimnej bądź gorącej. Jaka wolisz. Samo miasteczko jest znacznie oddalone od domu i bardzo małe. To dosłownie dwie ulice na krzyż. Ogólnie Irlandia jest mniejsza niż przypuszczałam.
Wieczorem zrobiliśmy zakupy w spożywczym na stacji benzynowej. Kupiliśmy Irish Cream i na czas pobytu w Irlandii postanowiłam zostać alkoholiczka. Uwielbiam Irish Cream i mam w planach pic go co wieczór :-)
Targ w Temple Bar:
Coś dobrego z sera:
Ogród warzywny Eweliny:
piątek, lipca 30, 2010
Zielona Wyspa
Pierwsze wrażenie dotyczące Dublina - mniejszy niż oczekiwałam. No i cały czas pada. 5 min pada, 5 min świeci słońce i tak w kółko. Oszaleć idzie. Ciągle tylko rozkładałam i składałam parasol. Wylądowaliśmy planowo o 12:00 (chyba tylko Polacy klaszczą po wylądowaniu) i bez większych przeszkód trafiliśmy do naszego seledynowego autobusu Airlink 747, który jedzie do Busaras. Załapaliśmy się na luksusowe miejsca na pięterku przed samą szybą (szkoda tylko, że w pewnym momencie zaczęły po niej spłwać strugi deszczu zasłaniając cały widok). Do dworca jest jakieś 45min, a Isaacs Hostel znajduje się zaraz obok niego. Czekając na pokój spróbowałam tzw. scone, czyli taka bułeczka (a może to rodzaj ciastka) którą się je z masłem i dżemem. Po rzuceniu bagaży w pokoju, pognaliśmy zwiedzać miasto. Niezły wycisk daliśmy sobie na początek. Mam wrażenie, że przeszłam na piechotę cały Dublin. Wydaje mi się, że nie można się tu zgubić. Wystarczy widzieć spear, czyli szpilę, albo sugerować się połżeniem rzeki. Po całym mieście rozsiane są zabytki. Jeśli coś jest szare i z kamienia to to na pewno zabytek. Na dziedzińcu zamkowym natrafiliśmy na niesamowite rzeźby-babki z piasku. Trochę już się rozsypywały od tego deszczu. Ponieważ jednak było już późno nie zwiedzaliśmy żadnych wnętrz. Zrobiliśmy sobie po prostu bardzo wyczerpujący spacer. Po drodze odkryłam sieć polskich sklepów, w których można też zjeść polski obiad (my zdecydowaliśmy się jednak na tajskie zielone curry) Ogólnie w wielu miejscach wyłapuje się jakieś polskie nazwy. Słychać też wielu Polaków na ulicach. Inną fajną rzeczą są tzw. bike station, czyli automatyczne stacje rowerowe skąd można sobie wypożyczyć rower i odstawić go na stacji w jakimś innym punkcie miasta. Wszystkie maja charakterystyczny wygląd, a stacje przypominają trochę przyuliczne parkomaty i jest ich na prawdę dużo. Dublin ze swoimi ścieżkami rowerowymi jest miastem bardzo przyjaznym dla rowerzystów.
P.s. Znalazłam owce :-D
Nasz hostel:
Pomnik Molly Malone:
Stacja rowerowa:
Nie mam pojęcia, co to za pomnik, ale pełno go w całej Irlandii:
Chiński fast food, w którym mieliśmy nasz pierwszy posiłek :-D
Rzeźbiący w piasku na Grafton Street:
Dublin Castle:
i rzeźby z pisaku na dziedzińcu:
Na koniec kilka dublińskich widoczków:
Dla zainteresowanych więcej zdjęć tutaj.
Przykładowe ceny:
hostel - 18€
kawa - 2€
Airlink z lotniska - 6€
obiad - 9€
- Posted using BlogPress from my iPhone
P.s. Znalazłam owce :-D
Nasz hostel:
Pomnik Molly Malone:
Stacja rowerowa:
Nie mam pojęcia, co to za pomnik, ale pełno go w całej Irlandii:
Chiński fast food, w którym mieliśmy nasz pierwszy posiłek :-D
Rzeźbiący w piasku na Grafton Street:
Dublin Castle:
i rzeźby z pisaku na dziedzińcu:
Na koniec kilka dublińskich widoczków:
Dla zainteresowanych więcej zdjęć tutaj.
Przykładowe ceny:
hostel - 18€
kawa - 2€
Airlink z lotniska - 6€
obiad - 9€
- Posted using BlogPress from my iPhone
Location:Dublin
poniedziałek, maja 03, 2010
najgorsza majówka ever
Tak, jak widnieje w tytule, nigdy nie miałam tak spapranej majówki.
Mając w planach włażenie na Chojnik i dwudniowy wyjazd do Czeskiego Raju, wzięłam sobie wolny piątek, jednak grypa jelitowa zwaliła mnie z nóg i zamiast na zamek wlazłam do łóżka i pozostałam w nim do dzisiaj.
Jutro już do pracy i mam uczucie, jakby ten długi weekend nie miał miejsca.
Nie ma sprawiedliwości na tym świecie :-(
Mając w planach włażenie na Chojnik i dwudniowy wyjazd do Czeskiego Raju, wzięłam sobie wolny piątek, jednak grypa jelitowa zwaliła mnie z nóg i zamiast na zamek wlazłam do łóżka i pozostałam w nim do dzisiaj.
Jutro już do pracy i mam uczucie, jakby ten długi weekend nie miał miejsca.
Nie ma sprawiedliwości na tym świecie :-(
wtorek, kwietnia 13, 2010
japońskie dobra :-)
Pochwalę się japońskimi dobrami, które napłynęły do mnie w sobotę:
Jak widać cały stosik gier, uzupełnienie moich serii mangowych (w końcu mam całość "Fruits Basket" i "Nana"), jedna powieść w gabarytach bunko (to różowe, wciąż w okładce z księgarni - strasznie lubię, że w Japonii zawijają książkę od razu w okładkę księgarni, choć czasami trochę mnie rusza sumienie, że mi się to podoba, bo przecież to okropne marnotrawstwo papieru). Sama powieść to kolejny tom serii Asano Atsuko "Manzai" (już piąty). Seria jest na prawdę prześmieszna. Do tego teczka z Boo, zestaw koralików (szkoda, że w Polsce nie ma takich wypasionych sklepów w stylu Tokyu Hands, czy Craft World) i pocztówki z Japonkami. Był też KitKat o smaku sakury, ale został zjedzony, a papierek wyrzucony, tak więc na zdjęcie nie zdążył się załapać :-P
Wielkie podziękowania dla K. za to, że chciało jej się chodzić w wolnym od pracy czasie po sklepach i szukać dla mnie tych wszystkich pozycji z mojego zamówienia.
Jak widać cały stosik gier, uzupełnienie moich serii mangowych (w końcu mam całość "Fruits Basket" i "Nana"), jedna powieść w gabarytach bunko (to różowe, wciąż w okładce z księgarni - strasznie lubię, że w Japonii zawijają książkę od razu w okładkę księgarni, choć czasami trochę mnie rusza sumienie, że mi się to podoba, bo przecież to okropne marnotrawstwo papieru). Sama powieść to kolejny tom serii Asano Atsuko "Manzai" (już piąty). Seria jest na prawdę prześmieszna. Do tego teczka z Boo, zestaw koralików (szkoda, że w Polsce nie ma takich wypasionych sklepów w stylu Tokyu Hands, czy Craft World) i pocztówki z Japonkami. Był też KitKat o smaku sakury, ale został zjedzony, a papierek wyrzucony, tak więc na zdjęcie nie zdążył się załapać :-P
Wielkie podziękowania dla K. za to, że chciało jej się chodzić w wolnym od pracy czasie po sklepach i szukać dla mnie tych wszystkich pozycji z mojego zamówienia.
DZIĘKUJĘ!!!!!
czwartek, kwietnia 08, 2010
z życia tłumacza-robola: sztywne zasady japońskiej hierarchii
Choć przez całe studia zagłębiałam kulturę japońską, a już od kilku lat pracuję z Japończykami, wciąż potrafią mnie zwyczajnie zadziwić. Czasami będąc w pracy mam wrażenie jakbym oglądała w zoo egzotyczne stwory.
Prosty przykład. Od kwietnia do Polski przenosi się nasz prezes Japończyk, co oczywiście wiąże się z cała masą spraw organizacyjnych, które trzeba załatwić przed jego przeprowadzką. Najpierw mieszkanie - nie może być tańsze od mieszkania vice prezesa (też Japończyk) – naturalne i zrozumiałe (w końcu piramida hierarchii nie jest tylko ozdobą i musi prawidłowo funkcjonować w każdym aspekcie), dlatego prezes pierwsze, o co pyta po wejściu do lokalu to cena. Jeśli jest za niska, to dziękujemy. Nie ważne, że mieszkanie jest wypasione, ma wannę z masażem i inne bajery. Na używane kręci nosem i musi mieć KONIECZNIE wannę (Japończyk bez tego się nie obejdzie, o czym wiedzą już wszystkie okoliczne agencje nieruchomości, bo mój przypadek ewenementem nie jest) i do tego japońską telewizję. No więc bądź tu mądry i znajdź mu takie mieszkanie, które równocześnie będzie droższe niż to vice prezesa.Wierzcie mi, w tym mieście na prawdę trudno o coś takiego w „odpowiedniej” cenie.
Kolejna rzecz to samochód. Co z tego, że mamy jeden, którego nikt nie używa. Nie, prezes musi mieć NOWY. Musi w nim być automatyczna skrzynia biegów (bo dowiedziałam się, że przy manualnej boli go noga od naciskania sprzęgła) i panel z wbudowaną nawigacją (bo przecież mógłby się zgubić). Do tego samochód chce mieć NATYCHMIAST. Żadne czynniki stojące na przeszkodzie nie są ważne. Ma być w tym miesiącu i koniec.
Jako osoba odpowiedzialna za wszelkie sprawy tego typu (w tym zakup samochodu) najwyraźniej zawaliłam (termin dostawy auta o 6 dni za późno). Może powinnam napisać jakiś list z przeprosinami i się pokajać...
Edit (9.04.2010, piątek)
Jednak koniecznie muszę iść się pokajać w zawiązku z tym samochodem. Ponieważ nie zorganizowałam go na czas, vice prezes musi pożyczyć prezesowi swój samochód, który jest trochę mniej używany od tego drugiego (ale też nie ma automatycznej skrzyni biegów ani wbudowanej nawigacji), a sam będzie jeździł przez 4 dni (do czasu dostarczenia nowego) tym trochę bardziej używanym. Oj zawaliłam, zawaliłam….
środa, marca 31, 2010
reanimacja
Ostatnio postanowiłam reanimować mojego starego iPoda Nano I generacji, którego kupiłam jeszcze podczas pobytu w Japonii, a którego bateria zupełnie odmówiła współpracy i przestał się już zupełnie ładować, a co za tym idzie za nic nie dało się go włączyć nawet na kablu podpiętym do kompa. Dlatego też zakupiłam na Allegro odpowiedni zamiennik. Specjalnie wybrałam aukcję, gdzie w zestawie znajdowało się "narzędzie pomocne przy wymianie baterii" mając nadzieję, że raz dwa się z tym uwinę.
Niestety wymiana przerosła moje możliwości i nawet "pomocne narzędzie" niewiele mi pomogło. Plastikowy patyczek zagięty na obu końcach wykończyłam walcząc z rozłożeniem obudowy iPoda, po czym okazało się, że bez lutowania się nie obejdzie. Na szczęście zlitował się nade mną znajomy i w kilka minut polutował kabelki.
iPod jest jak nowy :-D
Niestety wymiana przerosła moje możliwości i nawet "pomocne narzędzie" niewiele mi pomogło. Plastikowy patyczek zagięty na obu końcach wykończyłam walcząc z rozłożeniem obudowy iPoda, po czym okazało się, że bez lutowania się nie obejdzie. Na szczęście zlitował się nade mną znajomy i w kilka minut polutował kabelki.
iPod jest jak nowy :-D
niedziela, marca 07, 2010
opery ciąg dalszy
Dzisiaj od rana chodzi mi po głowie aria Antonii z "Opowieści Hoffmana" Offenbacha.
Jak łatwo się domyślić, byłam wczoraj w operze.
Jeszcze wczoraj "na świeżo" nie mogłam się zdecydować, czy bardziej podobał mi się fragment Olimpii czy Antonii, ale najwyraźniej to ta druga w wykonaniu Aleksandry Szafir zrobiła na mnie większe wrażenie, choć kiedy Iwona Rutkowska wyciągała swoim głosem wysokie tony, to aż mi ciarki chodziły po plecach. No i wizualnie bardziej podobała mi się kreacja Olimpii (bardzo czerwona sukienka baletnicy). Cała opera zrobiona z dużym rozmachem. W tym sezonie to jak do tej pory najlepsze dekoracje i nieźle odjechane stroje. Świetne były żyjące własnym życiem skrzydła doktora Miracle i pełna przepychu scena wycięta jak z weneckiej maskarady w trzecim akcie z gondolami unoszącymi się w powietrzu. Ogólnie jestem pod wrażeniem. Na koniec odtwórca roli Hoffmana - Alexandru Badea, który zbierał oklaski na stojąco przeprosił publiczność, "za swoją kiepską kondycję i że tak słabo dziś śpiewał". Fakt, w jednym miejscu usłyszałam, że głos mu się odrobinę "załamał", ale jeśli TO było kiepskie śpiewanie, to zdecydowanie chcę iść na to jeszcze raz i usłyszeć go, kiedy jest w szczytowej kondycji.
Jak łatwo się domyślić, byłam wczoraj w operze.
Jeszcze wczoraj "na świeżo" nie mogłam się zdecydować, czy bardziej podobał mi się fragment Olimpii czy Antonii, ale najwyraźniej to ta druga w wykonaniu Aleksandry Szafir zrobiła na mnie większe wrażenie, choć kiedy Iwona Rutkowska wyciągała swoim głosem wysokie tony, to aż mi ciarki chodziły po plecach. No i wizualnie bardziej podobała mi się kreacja Olimpii (bardzo czerwona sukienka baletnicy). Cała opera zrobiona z dużym rozmachem. W tym sezonie to jak do tej pory najlepsze dekoracje i nieźle odjechane stroje. Świetne były żyjące własnym życiem skrzydła doktora Miracle i pełna przepychu scena wycięta jak z weneckiej maskarady w trzecim akcie z gondolami unoszącymi się w powietrzu. Ogólnie jestem pod wrażeniem. Na koniec odtwórca roli Hoffmana - Alexandru Badea, który zbierał oklaski na stojąco przeprosił publiczność, "za swoją kiepską kondycję i że tak słabo dziś śpiewał". Fakt, w jednym miejscu usłyszałam, że głos mu się odrobinę "załamał", ale jeśli TO było kiepskie śpiewanie, to zdecydowanie chcę iść na to jeszcze raz i usłyszeć go, kiedy jest w szczytowej kondycji.
sobota, marca 06, 2010
dziewczyna idealna
Co ma zrobić facet, kiedy nie może znaleźć sobie dziewczyny?
To proste, wystarczy że kupi Nintendo DS i japońską grę "Love Plus".
Dzięki niej "poderwie" sobie wirtualną wymarzoną dziewczynę, która zawsze będzie przy nim wołając słodkim głosikiem "dzień dobry!", "kochanie!", "bardzo Cię kocham!", itp. Oczywiście wszystko to po japońsku, ale w sumie co to za różnica, kiedy w grę wchodzi miłość :-P
Poniżej krótki zwiastun gry, który przybliża jej klimaty:
Dodam jeszcze, że osiągnęła ona tak dużą popularność w Japonii, że jeden z jej fanów postanowił przenieść swój wirtualny związek na kolejny etap i oficjalnie poślubił Nene Anegasaki - postać z gry. Był to pierwszy w historii ślub człowieka z maszyną :-D Filmik z ceremonii można znaleźć na YouTube.
To proste, wystarczy że kupi Nintendo DS i japońską grę "Love Plus".
Dzięki niej "poderwie" sobie wirtualną wymarzoną dziewczynę, która zawsze będzie przy nim wołając słodkim głosikiem "dzień dobry!", "kochanie!", "bardzo Cię kocham!", itp. Oczywiście wszystko to po japońsku, ale w sumie co to za różnica, kiedy w grę wchodzi miłość :-P
Poniżej krótki zwiastun gry, który przybliża jej klimaty:
Dodam jeszcze, że osiągnęła ona tak dużą popularność w Japonii, że jeden z jej fanów postanowił przenieść swój wirtualny związek na kolejny etap i oficjalnie poślubił Nene Anegasaki - postać z gry. Był to pierwszy w historii ślub człowieka z maszyną :-D Filmik z ceremonii można znaleźć na YouTube.
piątek, marca 05, 2010
powrót zimy
Kilka postów temu stwierdziłam, że "wiosna idzie". Cóż, dzisiaj muszę skorygować ten zapis.
Mój widok z okna uchwycony dziś rano ok. 7:03.
I znowu muszę skrobać samochód :-(
Mój widok z okna uchwycony dziś rano ok. 7:03.
I znowu muszę skrobać samochód :-(
czwartek, marca 04, 2010
nowy członek konsolowej rodzinki
Dzisiaj dotarła do mnie moja najnowsza konsolka. Długo się zastanawiałam, czy wolę DS Lite czy DSi i ostatecznie zdecydowałam się na nowszą wersję handhelda Nintendo. Tak więc do mojej rodziny konsolek dołączyła dzisiaj DSi Pink :-)
Jako, że nigdzie nie mogłam znaleźć innej wersji, zakupiłam specjalną edycję z grą. Niestety sama gra "La maison du style" jakoś niezbyt mnie zachęca (coś z modą skierowane do grupy wiekowej 8-12lat). Cóż, jakoś to przeboleję. Taka perełka w mojej kolekcji gier normalnie pewnie by się nie znalazła. Co do samej konsoli to różni się trochę od mojej poprzedniej wersji DS Lite w kolorze tzw. "róż majtkowy". Róż w tym wydaniu jak widać majtkowy nie jest. Poza tym miłym zaskoczeniem jest powierzchnia obudowy. W DS Lite była gładka i błyszcząca, zaś w DSi jest ona matowa i trochę chropowata. Jakoś nigdzie nie wyłapałam tej informacji i byłam dziś mile zaskoczona, gdy rozpakowałam pudełko. Inną różnicą jest na pewno brak slotu GBA, co w sumie dla mnie nie ma znaczenia, ponieważ w poprzedniej konsolce raczej go nie używałam. Zamiast tego dodali dwa aparaty, choć niestety nie można powiedzieć, że zdjęcia z nich są dobrej jakości. Jak znajdę jakąś kartę SD, którą mogę użyć, to spróbuję je zrzucić na kompa. W nowej wersji podobno poprawili głośniki, ale jakoś nie czuję tego. Dźwięk jest równie okropny jak w DS Lite. Inne zmiany to rozmiar, ale nie mając porównania "na żywo" z DS Lite czuję tylko, że jest trochę węższa. Próba podłączenia do Internetu i obejrzenia sklepu Nintendo na razie zakończyła się klęską i jeszcze muszę rozgryźć dlaczego.
Czekam jeszcze aż przyjdą moje folie ochronne na ekraniki i programator. Szukałam też jakiegoś fajnego futerału, ale żaden mi się nie podoba :-( Jestem otwarta na wszelkie propozycje w tej kwestii.
Edit. Czy ja mówiłam, że ta gra jest dla dzieci? No to muszę się przyznać, że jak zaczęłam grać w nią wczoraj wieczorem, to skończyłam dopiero po 1 w nocy. Może to po prostu brak innych gier tak na mnie wpłynął?????
Jako, że nigdzie nie mogłam znaleźć innej wersji, zakupiłam specjalną edycję z grą. Niestety sama gra "La maison du style" jakoś niezbyt mnie zachęca (coś z modą skierowane do grupy wiekowej 8-12lat). Cóż, jakoś to przeboleję. Taka perełka w mojej kolekcji gier normalnie pewnie by się nie znalazła. Co do samej konsoli to różni się trochę od mojej poprzedniej wersji DS Lite w kolorze tzw. "róż majtkowy". Róż w tym wydaniu jak widać majtkowy nie jest. Poza tym miłym zaskoczeniem jest powierzchnia obudowy. W DS Lite była gładka i błyszcząca, zaś w DSi jest ona matowa i trochę chropowata. Jakoś nigdzie nie wyłapałam tej informacji i byłam dziś mile zaskoczona, gdy rozpakowałam pudełko. Inną różnicą jest na pewno brak slotu GBA, co w sumie dla mnie nie ma znaczenia, ponieważ w poprzedniej konsolce raczej go nie używałam. Zamiast tego dodali dwa aparaty, choć niestety nie można powiedzieć, że zdjęcia z nich są dobrej jakości. Jak znajdę jakąś kartę SD, którą mogę użyć, to spróbuję je zrzucić na kompa. W nowej wersji podobno poprawili głośniki, ale jakoś nie czuję tego. Dźwięk jest równie okropny jak w DS Lite. Inne zmiany to rozmiar, ale nie mając porównania "na żywo" z DS Lite czuję tylko, że jest trochę węższa. Próba podłączenia do Internetu i obejrzenia sklepu Nintendo na razie zakończyła się klęską i jeszcze muszę rozgryźć dlaczego.
Czekam jeszcze aż przyjdą moje folie ochronne na ekraniki i programator. Szukałam też jakiegoś fajnego futerału, ale żaden mi się nie podoba :-( Jestem otwarta na wszelkie propozycje w tej kwestii.
Edit. Czy ja mówiłam, że ta gra jest dla dzieci? No to muszę się przyznać, że jak zaczęłam grać w nią wczoraj wieczorem, to skończyłam dopiero po 1 w nocy. Może to po prostu brak innych gier tak na mnie wpłynął?????
poniedziałek, marca 01, 2010
niedziela z Mozartem
Moja niedziela kręciła się tym razem wokół opery. Byłam we Wrocławiu na "Weselu Figara". Oczywiście nie przepuściłam okazji, by wstąpić do Coffee Heaven na moją ulubioną kawę. Opera komiczna, więc nie była ciężka. Podobała mi się solówka samotnej hrabiny w drugim akcie, kiedy śpiewa o przemijającej młodości, urodzie i miłości hrabiego. Ogólnie sopran hrabiny w wykonaniu Jolanty Żmurko najbardziej mi się podobał. Kostiumy też były dosyć ciekawe. Stworzone według prostej zasady jeden kolor dla jednej postaci. I tak hrabina była cała niebieska (łącznie z włosami), hrabia cały czerwony, Figaro fioletowy, itd. Jedynym dużym minusem były napisy z błędami w stylu zuchały zamiast zuchwały, seca zamiast serca. Po prostu zrezygnowałam w pewnym momencie z czytania ich, bo mnie męczyły.
sobota, lutego 27, 2010
leniwy weekend
To był ciężki tydzień.
Poszukiwałam mieszkania dla naszego prezesa, który przenosi się do Polski. Największy problem tak na prawdę stanowi cena - nie może być tańsze niż mieszkanie wiceprezesa, a co tu dużo mówić, aż tak drogich mieszkań ostatnio w okolicy brak. Do tego, jak już każdy pracownik agencji nieruchomości, który miał kiedykolwiek do czynienia z Japończykiem wie, obowiązkowo musi być WANNA. Bez wanny nawet nie ma rozmowy. Widzieliśmy całą masę ofert w tym tygodniu i może w końcu zdecyduje się na jedno, które wyraźnie przypadło mu do gustu (nowe, dwupoziomowe, nigdy nie było zamieszkane). Dobrze, że prezes nigdy nie był w mieszkaniu wiceprezesa, bo pewnie zzieleniał by z z zazdrości, gdyby dowiedział się, że ma on praktycznie prywatną windę, która wjeżdża mu do mieszkania. I w tej sytuacji już chyba nigdy nie miałabym spokoju...
W ramach rekompensaty trudów w pracy, byłam w Empiku. Jak widać na załączonym zdjęciu zostawiłam tam pewną część swojej wypłaty i planuję leniwy weekend z książkami, grami i zaległymi gazetami, których nie miałam czasu przeczytać ;-)
Poszukiwałam mieszkania dla naszego prezesa, który przenosi się do Polski. Największy problem tak na prawdę stanowi cena - nie może być tańsze niż mieszkanie wiceprezesa, a co tu dużo mówić, aż tak drogich mieszkań ostatnio w okolicy brak. Do tego, jak już każdy pracownik agencji nieruchomości, który miał kiedykolwiek do czynienia z Japończykiem wie, obowiązkowo musi być WANNA. Bez wanny nawet nie ma rozmowy. Widzieliśmy całą masę ofert w tym tygodniu i może w końcu zdecyduje się na jedno, które wyraźnie przypadło mu do gustu (nowe, dwupoziomowe, nigdy nie było zamieszkane). Dobrze, że prezes nigdy nie był w mieszkaniu wiceprezesa, bo pewnie zzieleniał by z z zazdrości, gdyby dowiedział się, że ma on praktycznie prywatną windę, która wjeżdża mu do mieszkania. I w tej sytuacji już chyba nigdy nie miałabym spokoju...
W ramach rekompensaty trudów w pracy, byłam w Empiku. Jak widać na załączonym zdjęciu zostawiłam tam pewną część swojej wypłaty i planuję leniwy weekend z książkami, grami i zaległymi gazetami, których nie miałam czasu przeczytać ;-)
wiosenne porządki?
Zrobiłam ostatnio upgrade mojej kolekcji gier na potrzeby forum, na którym czasami bywam i pomyślałam, że tu też go zamieszczę.
Wciąż jeszcze nie odbudowałam jej do końca, po częściowym rozpadzie w zeszłym roku, ale usilnie nad tym pracuję :-)
Stosik PSP (te zbieram najdłużej)
Na PS2 (ostatnio trochę zaniedbane)
X360 (obecna przyczyna zaniedbania innych systemów)
Trochę starszych pozycji na PC
I na koniec Simsy (zbierane od niepamiętnych lat)
Wciąż jeszcze nie odbudowałam jej do końca, po częściowym rozpadzie w zeszłym roku, ale usilnie nad tym pracuję :-)
Stosik PSP (te zbieram najdłużej)
Na PS2 (ostatnio trochę zaniedbane)
X360 (obecna przyczyna zaniedbania innych systemów)
Trochę starszych pozycji na PC
I na koniec Simsy (zbierane od niepamiętnych lat)
piątek, lutego 26, 2010
wiosna idzie?
Dziś wróciłam po pracy do domu i nawet mogłam jeszcze wyjść do ogrodu pogrzać się chwilę w przedwiosennym słońcu. Mój kot oczywiście z rozkoszą mi towarzyszył :-) Najwyraźniej wiosna jest już coraz bliżej.
środa, lutego 17, 2010
Światowy Dzień Kota
Dziś się dowiedziałam, że Włosi wymyślili Światowy Dzień Kota.
W jakim celu? Nie mam pojęcia.
Pewnie tylko po to, by mieć coś do świętowania.
W każdym razie wymęczyłam dziś swoją Pulkę podwójnie.
Niech wie, że to jej święto.
sobota, grudnia 26, 2009
przysypało
Trochę nas tu ostatnio przysypało.
Nie mogę powiedzieć, że mnie to cieszy.
Wcześniejsze wstawanie, by oskrobać ewentualnie odśnieżyć samochód i wyjechać wystarczająco wcześnie, by zdążyć na 8.00 do pracy w ślimaczym tempie (ulice też zasypane) nie jest czymś, co lubię najbardziej.
Nie można jednak zaprzeczyć, że biały pejzaż jest urokliwy :-)
Tak więc mimo 15 stopni na minusie, ubrałam się na cebulkę i postanowiłam wybrać się na spacer z moim fotomachenem i przy okazji sprawdzić, jak się sprawuje w mniej sprzyjających warunkach.
Sprawuje się dobrze. Jedynie policzek przymarzał mi do wyświetlacza :-D
Nie mogę powiedzieć, że mnie to cieszy.
Wcześniejsze wstawanie, by oskrobać ewentualnie odśnieżyć samochód i wyjechać wystarczająco wcześnie, by zdążyć na 8.00 do pracy w ślimaczym tempie (ulice też zasypane) nie jest czymś, co lubię najbardziej.
Nie można jednak zaprzeczyć, że biały pejzaż jest urokliwy :-)
Tak więc mimo 15 stopni na minusie, ubrałam się na cebulkę i postanowiłam wybrać się na spacer z moim fotomachenem i przy okazji sprawdzić, jak się sprawuje w mniej sprzyjających warunkach.
Sprawuje się dobrze. Jedynie policzek przymarzał mi do wyświetlacza :-D
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















































