piątek, grudnia 19, 2014

20 km drogi przez mękę albo coś koło tego

Śmierdzę słoniem. Nie mogę powiedzieć, że to jakiś okropny zapach, ale przecież nie napiszę, że pachnę. Po dwóch dniach tułaczki po dżungli wróciliśmy do naszego hostelu Tree Lodge w Sen Monorom, z którego wybraliśmy się na dwudniowy trekking ze słoniami w ramach Mondulkiri Project.

Pierwszy dzień trekkingu był dla mnie prawdziwą męką. Nie wiem, ile kilometrów przeszlliśmy, ale okropnie dużo. Nasz przewodnik Krem z plemienia Bunongów utrzymuje, że dwadzieścia, ale po tym jak nas pociągnął "skrótem" (droga spadzistym zboczem wycinana na bieżąco maczetą, by dało się jakoś przejść), to równie dobrze mogło być więcej. Po ok. 10 km miałam już dosyć tych pagórków. Po ok. 15 km umierałam ze zmęcznienia. Przy 20 km przestałam kontaktować, co się ze mną dzieje i zaczęłam tracić zdolność widzenia. Cud, że nie skręciłam sobie żadnej kostki. Kojarzycie filmy, gdzie prowadzą niwolników za jakimś koniem, skutych i ciągle się potykających z wycięczenia? To właśnie ja tak miałam. No może pomijając ten element bycia skutym. Już dawno nie doświadczyłam takiego wycieńczenia fizycznego. Nawet ciężko mi powiedzieć, co widziałam podczas wędrówki. Z pewnością były tam jakieś wodospady, a poza tym dużo ziemi i liści i wystających korzeni. Jedynie początek trasy utkwił mi w pamięci, bo mijaliśmy maleńkie wioski Bunongów (o ile jedną czy dwie chatki w dżungli można nazwać wioską), w których normalnie żyją ludzie jedząc to, co uda im się wydobyć z dżungli. To jest zupełnie innym poziom cywilizacji. Ci ludzie nie mają praktycznie niczego. Niektórzy kilka kur czy świnkę trzymają w obejściu, a ich domy to słomiano-drewniane chatki bez okien, co oznacza egipskie ciemności w środku. W jednej z chatek wujek naszego przewodnika pędził wino ryżowe, które smakuje zupełnie jak japońskie shochu. Potem świetnie się nadało na rozgrzewkę. Poza tym widzieliśmy masy bosonogich dzieci biegających po dżungli i pływających w rzece. Projekt Mondulkiri skupia się właśnie wokół takich ludzi. Stara się też powstrzymywać ich przed wycinaniem drzew w dżungli, która i tak jest w ogromnych ilościach wypalona przez zagraniczne firmy. Dlatego prowadzący projekt zawierają wieloletnie umowy najmu lasu od ludzi, a również najmują pracujące słonie, by mogły przejść u nich na emeryturę. Zakup takiego słonia to parędziesiąt tysięcy dolarów, więc najem jest mniej obciążający finansowo, a wciąż daje stały dochód właścicielowi. W przyszłości ma powstać też program rozmnażania słoni, bo obecnie w Kambodży nie ma ani jednego słoniątka. Poza tym projekt daje pracę chętnym ludziom z plemienia, których rodziny dzięki temu mają darmowy dostęp do opieki zdrowotnej i leków. Umożliwia również dzieciom pójście do szkoły. Bardzo często jest tak, że rodzina nie może sobie pozwolić na wysłanie dziecka do szkoły, bo wtedy zabraknie rąk do pracy i nie uzbierają wystarczająco dużo jedzenia, by przetrwać. Jednak jeśli są częścią Projektu Mondulkiri i chcą wysłać dziecko do szkoły, to projekt dostarczy im brakującej żywność. Nie jest to układ idealny, ale jestem w stanie zrozumieć, że przez wzgląd na niewielki wciąż wymiar projektu, nie są mogą pomóc wszystkim ludziom mieszkającym w Mondulkiri.

Widoczek z dżungli:

 
Jeszcze nie tak bardzo zmęczona:
 
Wioski Bunongów:
 
 
 
 
Wodospady (niektórzy nawet postanowili popływać):
 
 
Bardzo niepewny mostek i wielgachne drzewo:

 
Pyszne rambutany:
 
Ale wracając do samej wyprawy, po wielu godzinach marszu po różnorodnym terenie z prawdziwą ulgą dowlokłam się w końcu do Jungle Lodge, gdzie mieliśmy spędzić noc w hamakach. I choć w czasie drogi myślałam sobie, że znowu wpakowałem się w coś, co nie jest dla mnie i jak zwykle wypominałam sobie w myślach swoją głupotę, to jednak czas spędzony w Jungle Lodge był doskonały :-) Naszą grupę stanowili Włosi, Francuzi, Brytyjka i Pakistańczyk z Austalii oraz lokalni mieszkańcy. Rozłożyliśmy się na deskach, dostaliśmy obiad w postaci gotowanego bambusa i wieprzowiny z ryżem, piliśmy wino ryżowe, gadaliśmy, a potem poszliśmy spać w naszych hamakach. Było OKROPNIE zimno w nocy. Miałam na sobie podkoszulek, bluzkę z długim rękawem, bluzę, grubszą bluzę, kurtkę, narciarskie pończoszki pod spodniami i dwie pary skarpet, a i tak czasami przenikał mnie paskudny dreszcz zimna. Marnie spałam muszę przyznać. A raczej prawie wcale nie spałam. Słuchałam audioksiążki kuląc się pod kocem, choć hamak był zadziwiająco wygodny. Zastanawiam się, czy nie kupić sobie takiego. Sprzedają je tu pakowane jak torby na laptopa, a każdy jest wyposażony w moskitierę.
 
Śniadanko w Jungle Lodge:
 
 
 
Po śniadaniu (naleśniki z bananem i nutellą) pojawił się Pan Tree prowadzący cały projekt i po krótkiej opowieści o ich celach udaliśmy się na poszukiwanie słoni. Były wspaniałe! To niesamowite, że mogliśmy mieć tak bezpośredni kontakt z nimi. Słonie azjatyckie są mniejsze od afrykańskich, mają brązowy kolor skóry, która jest gruba na 1,8 cm, mają 18 palców i trochę inne głowy niż te w Afryce. No i słonice nie mają kłów. Poza tym są bardzo ciepłe w dotyku, a ich skóra jest porośnięta drobnymi włoskami. W projekcie Mondulkiri są dwie słonice: Sophie i Księżniczka. Sophie uparcie domagała się bananów i szybko zorientowaliśmy się, jak doskonały ma węch, bo była w stanie wytropić je wszędzie. Księżniczka bardziej nieśmiała i leniwa, wolała chodzić swoimi ścieżkami (dlatego mieliśmy problem, by ją odnaleźć w dżungli, bo wiecie, słonia tak łatwo jest przecież zgubić), a banany trzeba było jej wkładać bezpośrednio do pyska, bo nie miała zamiaru brać ich w trąbę. Po obiedzie mieliśmy też soposobność wykąpania Księżniczki w rzece przy wodospadzie. Woda była dosyć zimna, ale wielu z nas zdecydowało się na kąpiel. Ja również :-) To było wspaniałe doświadczenie!

Sophie uparcie szuka bananów:
 
 
Jak nie macie, to se idę:
 
Sophie idzie się kąpać:
 
Powrót do miasteczka odbył się na pace terenowego samochodu. Zmieściło się tam... 11 osób :-D To był prawdziwy hardcore, ale o dziwo nikt z nas nie wypadł i nawet mieliśmy trochę śmiechu. Po drodze rzuciły mi się w oczy nowe osiedla bardzo zachodnich domków, które stały tak blisko siebie i do tego zwrócone do oknami, że sąsiedzi mogliby sobie podać szklankę cukru nie wychodząc z domu. Widok zupełnie nie pasujący do okolicy. Wieczorem doświadczyliśmy jeszcze długiego zaniku prądu, jednak zupełnie nam to nie przeszkadzało, gdy przyjemnie spędzaliśmy czas na tarasie Tree Lodge przy piwie i dobrym jedzeniu.

Chatki Tree Lodge:
 
Nasz domek z wylasioną łazienką:
 
 
Taras Tree Lodge:

 

 

 

 

środa, grudnia 17, 2014

przez pył do Sen Monorom

Dziś dotarłyśmy do Sen Monorom i jest KOSZMARNIE zimno. Temperatura nie przekracza 20 stopni i okropnie wieje. Poznajemy tu nowy poziom zimna. A może powinnam napisać nową definicję zimna. Ludzie chodzą tu w kurtkach zimowych obszytych futrem!

Rano wsiadłyśmy w Phnom Penh do ekspresowego minibusa, który przez całą drogę pędził jak szalony zarówno po czerwonym klepisku jak i po nowych asfaltowych drogach. Powierzchnia nie była dla niego żadną zmienną. Żadne znaki na drodze również nie są tu ograniczeniem, choć mam wrażenie, że jak był taki ograniczający prędkość do 30km/h to zwolnił do 70km/h... Znaczenia linii ciągłej także jeszcze nie poznali. Z drugiej strony w pewnym sensie podziwiam technikę kierowcy w Kambodży. Komunikacja klaksonowa jest tu na bardzo wysokim poziomie. Może oznaczać coś w stylu "zjedź mi z drogi ty bałwanie" do wolniejszego kierowcy z przodu, albo "uwaga, wyprzedzam i nie widzę, czy ty tam jedziesz za zakrętem", itp. W każdym razie dowiózł nas w obiecane 5h i mimo szalonej prędkości, podskakiwania na dziurach i wybojach oraz potrzeby balansowania ciałem na zakrętach, była to dosyć wygodna podróż.

Sen Monorom okazało się nie być taką dziurą zabitą dechami jak je ocenił Robert z Nomadów. To całkiem spore miasteczko. Z przystanku postanowiłyśmy podrałować na piechotę do naszego Tree Lodge, więc sporo obejrzałyśmy włażąc z górki na górkę, bo Sen Monorom to już są góry i jest dżungla. No i są też komary roznoszące malarię, więc stosując się do rady Roberta zaczęłyśmy zażywać profilaktycznie Malarone. Liczymy, że nic nam nie będzie i że znajdziemy się w grupie ludzi bez skutków ubocznych, które są naprawdę okropne. Smarujemy się też Muggą, ale stwierdzam, że ta w spreju tu nie działa, więc nie warto nawet zawracać sobie nią głowy. No chyba że do opryskania moskitiery, ale skoro na skórze nie działa, to i na moskitierze pewnie zbyt efektywna nie będzie. Jedynie Mugga w kulce coś daje. Nasz hostel to takie drewniane domki pełne dziur i przewiewów, co przy tej temperaturze troszkę mnie martwi. W naszym są dwa duże łóżka z moskitierami i ciepłymi kocykami i łazienką na kamieniach. Jednak dziś jest tak zimno, że prysznic sobie daruję. Do tego wieje okropnie. Jeśli do jutra pogoda się nie poprawi, to pewnie nici z pływania ze słoniami :-(

Po zajęciu naszego domku przeszłyśmy się do miasteczka na obiad w postaci ryżu z warzywami i kurczakiem i potrawy amok, która wydaje się być czymś w stylu dania curry tyle że z parzoną rybą. W Green House Restaurant spotkałyśmy parę Francuzów do towarzystwa przy jedzeniu, którzy postanowi również wybrać się na ten sam co my trekking ze słoniami. W lokalnym sklepie zaopatrzyłyśmy się też w ciastka na trekking i takie małe banany, których u nas nie sprzedają. Jest okropnie zimno, ale chyba już to pisałam. Siedzimy z dzbankiem herbaty w lobby naszego hostelu, jednak to niewiele daje. Trzyma mnie tu jedynie Internet, którego zasięg nie dochodzi do domku. Inaczej byłabym już zakopana pod kocem.

Zapomniałam jeszcze napisać, że miałyśmy dziś problem z walutą w Phnom Penh. Khmerzy NIE CHCĄ PRZYJMOWAĆ starych dolarów (tych czarno-białych) o wysokich nominałach, czyli 50$ i więcej. Najwyraźniej uważają, że można je łatwo podrobić i nie mają do nich zaufania. Tak więc dobra rada, do Kambodży zabierajcie tylko nowe, kolorowe dolary. Na szczęście udało nam się wydać dwie ostatnie pięćdziesiątki tutaj, więc nie ma obawy, że przywieziemy je z powrotem do domu.

A tu kilka widoczków z Sen Monorom:

 
 
 
Kolejne dwa dni spędzimy w dżungli na trekkingu, więc wpisów nie będzie. Wracamy tu 19/12, a 20/12 jedziemy już do Kratie, gdzie chcemy zobaczyć słodkowodne delfiny Irrawaddy i może pokręcić się trochę po prowincji na rowerze.
 
Ceny:
9$ noc w Nomads Hostel w Phnom Penh
14$ minibus do Sen Monorom
70$ dwudniowy trekking ze słoniami w dżungli
5$ noc w Tree Lodge w Sen Monorom
5$ obiad w Sen Monorom

 

 

wtorek, grudnia 16, 2014

Witaj Kambodżo

No więc dotarłyśmy do Phnom Penh bez większych przeszkód. Rano wpakowali nas w autobus (oczywiście klima była na ful, ale nauczone doświadczeniem zawsze mamy ze sobą coś cieplejszego na drogę) i po 7h (nie jak obiecywało biuro po 6h - ani chwili im nie wierzyliśmy) w tym niezbyt długa odprawa wizowa, znalazłyśmy się na miejscu. Tutaj czekał na nas tuk tuk z hostelu i po chwili wylądowałyśmy u Nomadów. Właściciel się zmienił. Martin sprzedał przybytek bardzo gadatliwemu Brytyjczykowi o imieniu Robert, który przy piwie i herbacie opowiedział nam o swojej wizji podróży po Kambodży na skuterze, o ślubach w Kambodży, turystyce w Kambodży, o działaniu indywidualnie opłacanej policji w Kambodży, która zadziała przy każdym zdarzeniu i jedynie pozostaje kwestia, kto szybciej wezwie "swoją" policję w przypadku jak ma się np. stłuczkę na skuterze i tym podobne interesujące historyjki.

Po krótkim spacerze nad rzekę, gdzie zjadłyśmy na obiado-kolację khmerskie specjały z owocami morza, stwierdzam, że Phnom Penh również się zmieniło. Robert mówi, że wykształciła się silna klasa średnia w ciągu kilku ostatnich lat i to faktycznie widać - nowe skutery na ulicach, ekompnomiczne samochody, a nie tylko Lexusy i Toyoty, choć tych wciąż całe masy. Niestety bezpieczeństwo się nie poprawiło i miasto wciąż ma kiepską opinię po zmroku. Nie należy tu nosić plecaków, bo najprawdopodobniej ci je zerwą, a ty sam wylądujesz w najlepszym wypadku ze zdartą skórą na rękach. Poza tym oczywiście komary już się ze mną zaprzyjaźniły i zdążyły mnie pogryźć mimo stosowania Muggi :-/

Nasz hostel Nomads przeszedł renowację i mieszkamy w odnowionej sali 6-łóżkowej z łazienką (jesteśmy w niej jedynymi gośćmi), gdzie za oknem mamy noclegownię nietoperzy. Wyglądają uroczo tak zwisając z kraty :-)

Jutro zmierzamy do Sen Monorom, gdzie czeka nas trekking po dżungli ze słoniami. Podobno będzie zimno.

Kambodża nas wita piachem i pyłem:

 
Trochę Phnom Pench o zachodzie słońca:
 
 
Obiado-kolacja:

 

Saigon dzień 2

W nocy wyspałam się niesamowicie. Obudziłam się jedynie na chwilę, by wyłączyć wiatrak, bo mi się zimno zrobiło (to takie dziwne słowo tutaj). Tak byłam wykończona po podróży, że nawet nie słyszałam kilkakrotnie kręcącej się Asi na jetlagu. W związku z tym, że pokój nie ma okien, ciężko określić godzinę i jakoś tak wyszło, że wstałyśmy po... 11:00 ^^' Oznacza to oczywiście przegapione śniadanie w hostelu. Przegapiłyśmy też poranne godziny działania banku i musiałyśmy wymienić trochę dolarów w jednym z biur podróży, których jest tu naprawdę pełno, po gorszym niestety kursie, by móc zjeść jakiekolwiek śniadanie. Oczywiście można tu płacić wszędzie dolarami (zazwyczaj wydadzą ci resztę w dongach), ale zdecydowanie gorzej się na tym wychodzi. Powszechny przelicznik to 1$ = 20.000VND (przy wymianie w banku można dostać trochę więcej). Śniadanko w postaci omleta z tostami i kawą znalazłyśmy całkiem przyzwoite w okolicy, a przy okazji wymiany dolarów w biurze (w sumie to nie jestem pewna, po co je wymieniłyśmy, ale na czczo i bez kawy umysł nie działa za dobrze) kupiłyśmy też bilety autobusowe do Phnom Penh przewoźnika Sorya. To jeden z popularniejszych przewoźników tutaj.

 

Resztę dnia spędziłyśmy łażące po mieście i oddając się drobnym przyjemnością takim jak picie wietnamskiej kawy (wciąż nie jestem pewna, dlaczego w domu mi taka nie wychodzi - to pewnie prze to mleko) czy napoju z maccha. Trzeba przyznać, że Sajgon się zmienił od naszego ostatniego pobytu tutaj. Jest zdecydowanie bogatszy, na ulicach widać więcej wypasionych samochodów jak Lexusy czy sportowe BMki, wszędzie są burżujskie sklepy. Natknęłyśmy się nawet na coś w stylu dzielnicy japońskiej z różnymi japońskimi restauracjami, a nawet z konbini sprzedającym japońskie produkty jak Pocari Sweat, dorayaki, czy różnego rodzaju sosy, o onigiri w zwykłym konbini wietnamskim nie wspominając. Poza tym pojawiły się Burger Kingi i McDonald'sy, gdy wcześniej było tylko KFC, ponieważ Wietnam miał problem z jakością swojej wołowiny. Sam Sajgon zaś przekształcił się w swoisty plac budowy. Robią naziemną kolejkę w mieście, w związku z czym pomnik wujka Ho stojący przed ratuszem, do którego nie da się teraz prosto dojść, opatulili szczelnie brezentem i ukryli przed wzrokiem ludzkim, pocztę zaś przemalowali na intensywnie żółty kolor (ozdoby kwietne wokoło pod kolor zapewne, też wszystkie są żółte w tym roku). Za to katedrę i operę zostawili w spokoju. Do tego wszędzie są ozdoby świątecznie ze sztucznym śniegiem, co wygląda trochę nienaturalnie. Widać, że miasto żyje i ewoluuje. Oczywiście na ulicach wciąż są masy skuterów, które często budzą postrach wśród turystów i wielokrotnie dzisiaj natykałyśmy się na małe ich grupki stojące przy jezdni, najwyraźniej z nadzieją, że w końcu kiedyś ta fala przepłynie i spokojnie będą mogli sobie przejść, ale tak by się nie stało. Tu fala skuterów trwa wiecznie, a każda większa ulica to wyższy poziom zaawansowania w przechodzeniu na drugą stronę. Najważniejsza zasada, która odnosi się też do innych krajów azjatyckich, to NIGDY SIĘ NIE COFAĆ. Jak już się wejdzie na ulicę, to można tylko iść do przodu (oczywiście ze zdrowym rozsądkiem), a skutery i samochody cię wyminą. Na szczęście nie jeżdżą zbyt szybko.

 

Na obiad wybrałyśmy się na... ramen (no bo jesteśmy w Wietnamie :-P). Wyszukałam restaurację uważaną za najlepszą ramendajnię w mieście i tam się udałyśmy. Nazywa się Osaka Ramen. Nawet mówili po japońsku. Najwyraźniej Japończyków w Sajgonie też przybyło. Zaś w drodze powrotnej do hostelu skusiłem się na koktajl ze świeżych owoców, które robią na rogu. Dostałam mieszankę banana, mango i marakuji. Był pyszny :-) W samym hostelu można było dostać piwo Tiger, więc reszta wieczoru minęła nam w lobby z wietnamską rodziną oglądającą dobranockę i Naruto po wietnamsku :-D Jutro kierunek Kambodża.


Trochę architektury:


 
XIX wieczna Katerda Notre Dame:
 
Bardzo żółta Poczta Główna:

A to w środku:

Uliczna sprzedawczyni wody i kokosów:

Odpoczynek nad rzeką. Ten stos śmieci przy burcie to... śmietnik po sprzątaniu ze stolików, bo obsługa nie zawraca sobie głowy zbieraniem śmieci do wora. Oni po prostu wyrzucają je za burtę...
 
 

Świąteczny nastrój (palma świetnie współgra z gwiazdą betlejemską):
 

Ulica do przejścia dla zaawansowanych:

No i przy okazji, jak uniemożliwić skuterów jeżdżenie po chodniku (ale tylko w nielicznych miejscach):

Na koniec odrobina HCMC nocą:
 

Zapomniałabym o jedzeniu - nasz ramen i piwo Tiger:

 
Ceny:
13$ bilet autobusowy Sorya do Phnom Penh,
35$ wiza do Kambodży (podrożała),
6$ śniadanie w restauracji z kawą
5-7$ ramen
 

 

poniedziałek, grudnia 15, 2014

Którędy do Kambodży? - przez Sochaczew

Nasza podróż do Kambodży nie zaczęła się zbyt optymistycznie. W każdym razie moja i o zgrozo z każdą chwilą było tylko gorzej. Najpierw nie udało mi się kupić biletu do Warszawy. Naiwna sądziłam, że na dworcu nabędę coś co się nazywa "warszawski bilet IC" i pozwala na użycie również Kolei Mazowieckich jadących z Zachodniej na lotnisko. Udałam się na dworzec, stanęłam w kolejce do kasy, poprosiłam o normalny do Warszawy i... usłyszałam, że "takich nie sprzedajemy". Mocno zdziwiona wyciągnęłam pod kasą tablet i kupiłam bilet przez Internet ^^' Wprawdzie pociąg do Wrocławia spóźnił się 7 min, co przy zaledwie 17 min na przesiadkę troszkę mnie zaniepokoiło, ale nadrobił na trasie i bez większych przeszkód wskoczyłam do mojego TLK. W tym miejscu sądziłam, że dalej pójdzie z górki. Ponad 5h zapasu na dotarcie na lotnisko wydaje się być zupełnie wystarczające. Jednak zmieniłam zdanie, gdy w okolicach Skierniewic mój pociąg zawrócił do Łodzi! Dodam, że Łódź NIE jest w kierunku Warszawy. W każdym razie nie ze Skierniewic. Z minuty na minutę nasze opóźnienie robiło się coraz większe, a czas na dotarcie na lotnisko niewystarczający. Ostatecznie zadziałała Asia z rodziną. Wprawdzie pani z informacji PKP, do której wydzwaniali, udzielała kompletnie nieprawdziwych informacji, ale ostatecznie wyskoczyłam z pociągu w Sochaczewie, gdzie po paru minutach pojawił się ratunek i szczęśliwie udało mi się nie przegapić mojego lotu. Uff.

W tym miejscu można by się zastanawiać, co jeszcze mogłoby się wydarzyć. Ano to nie był koniec opóźnień. Choć na lotnisku w Belgradzie bez większych problemów w ciągu godziny udało nam się zrobić transfer na kolejny lot (mimo, że o dziwo robili wszędzie kontrolę bagażu przy transferze), to już na lotnisku w Abu Dhabi była totalna masakra. Po pierwsze nasz samolot się spóźnił 30 min, po drugie na lotnisku w Abu Dhabi nie było żadnych uprawnień na taką okoliczność, a więc pędząc za strzałkami wpadłyśmy w jakiś gigantyczny tłum ludzi, próbujących oddać do sprawdzenia swój bagaż. Tyle dobrze, że w tłumie udało się odnaleźć strażnika, który wpuścił nas bez kolejki. Dalsza droga do bramki znajdującej się na drugim końcu całkiem sporego lotniska odbyła się biegiem. Potem musiałam przez dobrą chwilę łapać oddech, ale udało nam się zdąrzyć na last call, a samolot wystartował ze sporym opóźnieniem. Sam lot był znośny w 2/3. Dwa loty na trasie Warszawa-Belgrad (1,5h) i Belgrad-Abu Dhabi (5,5h) odbyłyśmy liniami Air Serbia, które mają dosyć nowe samoloty, ale mało miejsca na nogi w klasie ekonomicznej i brak rozrywki na pokładzie, co przy tym dłuższym locie było trochę męczące, bo ani za bardzo nie dało się spać ani nie było co robić. Dopiero na trasie Abu Dhabi-Ho Chi Minh City (7h+) było zdecydowanie lepiej pod względem przestrzeni i mieli spory wybór filmów, więc spędziłam 7h oglądając... świąteczne starocie :-P Za to na plus na wszystkich trasach było jedzenie. Bardzo przyzwoite jak na samolot.

W Sajgonie wylądowałyśmy ze sporym opóźnieniem, ale bez większych przeszkód odnalazlyśmy nasz bagaż (mój wór transportowy zdał egzamin i nawet mój kaizen ze wszywkami w środku nie był potrzebny), a kierowca z hostelu wciąż na nas czekał, choć chwila minęła nim odnalazlyśmy go w tym tłumie.

 
Dobrze jest znowu poczuć ten zaduch Azji :-) Jest głośno, jest gwarnie, wszędzie słychać dźwięk klaksonów, a w powietrzu unosi się trudna do opisania mieszanka zapchów. Natychmiast czujesz, że wszystkimi swoimi porami wydzielasz pot i zupełnie ci to nie przeszkadza. No i są palmy. Już na lotnisku nas przywitały.
 
 
Nasz hostel też jest bardzo przyjemny. Oczywiście Pokój nie ma okien, jak to często bywa w tych tradycyjnych wąskich i wysokich domach wietnamskich, ale ma duże dwupiętrowe łóżko, trzy rodzaje chłodzenia powietrza (klima, wiatrak na suficie i wiatrak w ścianie - każde włączane osobno) i łazienkę z prysznicem bez kabiny, którym zalewa się dosłownie wszystko wokół.
Dodam, że spałam jak zabita po ponad dobie podróży, podczas której zdrzemnęłam się może ze 3h w samolocie. Tym razem obyło się bez jetlaga i nawet nie słyszałam Asi kilkakrotnie złażącej z góry, tak twardo spałam. Przed snem udałyśmy się jeszcze do pobliskiego kombini, gdzie ku naszej radości znalazłyśmy te oto onigiri!! Wietnam zdecydowanie się zmienił. Były pyszne! :-)
 
 
Ceny:
10$ - noc w hostelu,
15$ - taksówka z lotniska.

 

poniedziałek, grudnia 01, 2014

przygotowania pełną parą

Wyjazd zbliża się wielkimi krokami i staramy się dopiąć wszystko na ostatni guzik. Zaklepałam nam słoniki (jednak zdecydowałyśmy się na lokalny Mondulkiri Project), zarezerwowałam hostel w Ho Chi Minh City, w Sen Monorom i znalazłam na Nowy Rok bungalow na wyspie pod palmami ^^ Sprawdziłam też ramen w HCMC (przy okazji natrafiłam na coś o nazwie Tokyo Town - może się wybierzemy) i restaurację Korei Północnej w Phnom Penh.

Również zakupy są prawie skończone. Mam buty, sandały trekkingowe i lekką kurtkę (liczę, że nie zmarznę za bardzo w drodze do Warszawy). Muszę jeszcze uzupełnić apteczkę i kupić dolary (okropnie drogie :-/). Poza tym testuję aplikacje do blogowania (ten post powstaje z użyciem Blogsy, bo Posts się posypał), zbieram audioksiążka na wyjazd i próbuję oczyścić karty pamięci do aparatu i zrobić miejsce na tablecie i telefonie, choć to marnie mi idzie. Został jeszcze jeden weekend na przygotowanie wszystkiego.

Wciąż się waham, czy nabyć przewodnik w wersji elektronicznej. Rozważam Lonely Planet i Rough Guide. Oba miały swoje aktualizacje w tym roku i nawet ściągnęłam próbki, ale wciąż się nie zdecydowałam na żaden. Do tej pory zawsze kupowałam LP, ale podobno RG też jest bardzo dobry. Trochę mi szkoda tych 15$ i nie jestem pewna, czy nowy przewodnik jest nam potrzebny, skoro mamy stary. Do wyjazdu się zdecyduję.

piątek, października 03, 2014

wyjazd klepnięty


Bilety zostały zakupione i jednak szykuje się podróż przez Wietnam, ponieważ trafiłyśmy na bardzo korzystną ofertę linii lotniczych Zjednoczonych Emiratów Arabskich - Etihad Airways w cenie 2800,52 zł za lot w obie strony. Jeszcze nigdy niemi nie leciałyśmy, ale opinie mają dobre i są to dosyć młode i bogate linie z flotą nowych samolotów. Jedynym minusem są przesiadki, bo mamy aż dwie - jedną w Belgradzie, a drugą w Abu Zabi, przy czym w drodze powrotnej z długim czasem oczekiwania na obu lotniskach. No trudno. Jakoś to przebolejemy. Kocyk, zaciszny kąt lotniska i jakoś to będzie. Wylot 13/12, powrót 10/01. Szykuje się długa podróż :-)

Edit. Przeglądając posty z poprzedniej wyprawy widzę, że brakuje mi cen i żałuję, że ich nie pamiętam, tak więc postanowiłam wrócić do dawnego zwyczaju podawania cen na końcu każdego posta.

Ceny:
2800,52 zł - bilet do HCMC (Warszawa-Belgrad-Abu Zabi-HCMC w obie strony)
320,00 zł - wielokrotna wiza do Wietnamu

czwartek, września 25, 2014

kolejna wyprawa na horyzoncie


No i stało się, urlop zaklepany od 13 grudnia do 11 stycznia, a plan podróży już prawie gotowy. Pozostaje jeszcze kupić bilet i możemy jechać :)

W tym momencie zgrubny plan przedstawia się następująco:
  1. Phnom Penh (po zastanowieniu postanawiamy darować sobie wcześniej zakładany Wietnam i lecieć od razu do Kambodży. Zniechęciła nas trochę miesięczna wiza wielokrotnego wjazdu za 320 zł, która zdecydowanie podrożała od naszego ostatniego wyjazdu do Wietnamu. Poza tym po przeliczeniu kosztów w tym przejazdu z Wietnamu do Kambodży wychodzi nam, że nawet płacąc więcej za bilet do PP i tak wyjdziemy na tym podobnie cenowo). 

środa, września 05, 2012

z życia wzięte

Dzwoni klient do stacji kontroli pojazdów:
klient: Do której macie dzisiaj czynne?
stacja:  Proszę przyjechać i sprawdzić sobie na naszej tablicy informacyjnej.
...
...
...

poniedziałek, września 03, 2012

trójka na początku

♫ ♪ 30 lat minęło jak jeden dzień...

To chyba nie ta piosenka jednak. W każdym razie 30 lat minęło. Zmiany żadnej nie czuję, choć myślę o zakupie mojego pierwsze go kremu przeciwzmarszczkowego :-p Impreza była udana. Lampiony pofrunęły w niebo i chyba nawet udało nam się nie spalić niczego w okolicy.
Bardzo wszystkim dziękuję za stos prezentów i miło spędzony czas! :-)

stos prezentów :-)

bukiet nr 1

bukiet nr 2

bukiet nr 3

środa, maja 09, 2012

poszukiwany, poszukiwana

Drodzy znajomi, przyznajcie się kto ma moją książkę "Preludium Fundacji" Asimova???


Edit. Znalazła się - mój rodziciel własny mi ją zakosił i zapierał się rękami i nogami, że nie ma.


piątek, kwietnia 13, 2012

w mękach pisania

klik, klik, klik ... to ja pisząca moją magisterkę. Tak, piszę ją choć nie mam do niej serca i nudzę się przy tym straszliwie. Kto to wymyślił, by dręczyć ludzi pisaniem jakiejś nudnej pracy, której nikt nie przeczyta? I po co to? Dla tych trzech bezsensownych i do niczego nie przydatnych literek przed nazwiskiem? :-/

Dzisiejszy status: 
napisane strony - 21 stron
dni urlopu do wykorzystania - 11 dni
dni do terminu zdania pracy - 51 dni
szanse na obronę w lipcu - niewielkie