niedziela, listopada 18, 2007

sezon prezentów

Od jakiegoś czasu mamy w pracy sezon wyjazdów i powrotów, który jak zauważyłam wiąże się zazwyczaj z górą drobnych upominków. Wypad trenerów japońskich do domu na tydzień, czy dwa daje również świetną okazję do składania zamówień i w ten prosty sposób dorobiłam się dwóch butelek przedniego umeshu, bo gdy powiedziałam jednemu, że lubię wino śliwkowe i chętnie dostanę takie w prezencie, drugi od razu też stwierdził, że i on mi je przywiezie. Tak więc mam i trzymam na potem :)


Z kolei od tych, którzy przyjeżdżają po raz pierwszy, można dostać przeróżne drobiazgi. Tak trafiła do mnie apaszka razem z potężnym klepnięciem w ramię na środku hali od naszego największego krzykacza (aczkolwiek bardzo sympatycznego, mimo wysokiego głosu i pewnej nerwowości - od razu uprzedzę, że to nie przeze mnie jest taki nerwowy, bo nic mu nie zrobiłam, jakby ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości).


Z pewnym wstydem muszę przyznać, że nie mam pojęcia od kogo jest podstawka z gejszą. Została mi przekazana przez naszego menedżera, bo ktoś mu zlecił wręczyć ją tłumaczce Maru-chan. Tak więc bez wątpienia to dla mnie. Ofiarodawca pozostanie dla mnie tajemnicą, choć możliwości zawężają się tylko do osób, które ostatnio wyjechały.


Jak już mowa o menedżerze, to on również niedawno przyniósł mi oryginalny upominek. Ostatnimi czasy codziennie wieczorem słyszę niezmiennie, jak rzuca w przestrzeń pytanie, co by tu dzisiaj zjeść na kolację (zamówił drogą internetową jakieś niepojęte ilości jedzenia japońskiego, głównie w postaci zupek zalewajek i tym podobnych szkodliwych dla zdrowia rzeczy). I niezmiennie odpowadam mu, że osobiście nie mam takiego problemu, bo ja nic nie mam do jedzenia, gdyż za dużo pracuję i nie mam czasu nawet na zakupy (to taka aluzja), ewentualnie w kuchni może mi się plątać jakieś zapomniane jabłko. Człowiek najwyraźniej nie pojął mojej aluzji, która odnosiła się do godzin pracy i przyniósł mi trzy opakowania gotowego ryżu o tajemniczym opisie サトウのごはん (ryż cukrowy?) i dwie paczki zalewajek misoshiru, obwieszczając wszem i wobec, że odżywiam się dużo gorzej niż on, co musiało bardzo go podnieść na duchu.


Ryżu jeszcze nie jadłam, ale mam nadzieję, że nie jest słodki, jak wskazuje jego nazwa, bo znowu od jednej z tłumaczek, która kończyła już pracę, dostałam sos do yakisoba i curry. A słodki ryż nie będzie mi zbytnio do tego pasował.


Na wieść o moim nieszczęsnym żywocie, Asia, jedna z dziewczyn z hali przyniosła mi bochen chleba. W pobliżu domu ma piekarnię, gdzie pieką chleb tradycyjnymi metodami według domowego przepisu. Muszę przyznać, że na prawdę był bardzo dobry. Zdjęcia nie ma, bo chleb już zjadłam i nie myślałam wtedy o fotografowaniu.

Na szczęście dzisiaj sobota, więc mogłam po pracy wyskoczyć na zakupy i nawet nabyłam składniki, żeby zrobić curry. W końcu ja również użyję kuchni do czegoś innego niż ugotowanie wody na herbatę ;)

niedziela, listopada 11, 2007

Życia tłumacza-robola ciąg dalszy

Ostatnio pewna istota zwróciła mi uwagę (i to dosyć bezczelnie wysyłając mi mailem adres tego bloga), że czuje się on bardzo samotny. Tak więc przejęta jego losem, postanowiłam go odwiedzić i zobaczyć, co u niego słychać. Faktycznie, marnie z nim.
Moje trzymiesięczne baito stopniowo zmieniło się w regularną pracę. Początkowo miałam siedzieć w fabryce do końca września, ale ostatecznie zgodziłam się zostać miesiąc dłużej, a potem kolejny i teraz wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że nie wracam jeszcze w rodzinne strony.
Przez ten czas zdążyłam się przeprowadzić do nowego mieszkania, dodam, że wygląda dużo lepiej od poprzedniego, które wprawdzie czyste i przestronne, ale jednak miało zero osobowości. Nie wspominając o starej wersalce, na którą byłam skazana i której sprężyny odczuwałam każdą częścią mojego ciała.
Tłumacze w fabryce też się pozmieniali i nowi straszą mnie teraz swoją wiedzą i doświadczeniem. Poza tym z dnia na dzień coraz bardziej przemieniam się w regularnego pracoholika i już nawet jak mam wolne, co zdarza się bardzo rzadko i tak myślę o pracy. W sumie trzeba też przyznać, że na nic innego nie mam czasu pracując codziennie od 11 do 22 i mając wolne tylko w niedziele. Dobrze, że istnieje coś takiego jak zakupy przez Internet, bo w przeciwnym razie pewnie nie miałabym co zrobić ze swoją pensją i bezsensownie odkładałaby się na koncie. Zamiast tego stwierdziłam, że w końcu dojrzałam do PS2 i takową nabyłam, nieźle się najpierw męcząc by znaleźć tę wściekle różową wersję, bo żadna inna oczywiście nie wchodziła w grę i tak mój majtokowo-różowy DS ma teraz młodszą siostrę.
Oto ona :D


Póki co jedyne gry jakie posiadam na nią to Final Fantasy X i XII oraz dwie mało interesujące pozycje, które dostałam razem z konsolą, a które zupełnie mnie nie zainteresowały, ale i tak z braku czasu tylko niekiedy poświęcam rankiem pół godziny swej uwagi Tidusowi i jego przygodom.


Dzięki już wcześniej wspomnianej możliwości zakupów przez Internet poszerzyłam swoją kolekcję gier. Moje najnowsze nabytki:


A tutaj już tylko moja pełna kolekcja gier na DSa. Nie jest zbytnio imponująca.


Po wypróbowaniu obu wersji językowych najnowszej Zeldy na DSa, nie mogłam się powstrzymać, by nie sprowadzić sobie wersji japońskojęzycznej. Ona ma CZYTANIA ZNAKÓW, które pojawiają się po dotknięciu stylusem złożenia. Odurzające :D Dzięki temu bije na głowę wersję europejską, która nie dostarcza takich rozrywek i nie ma na co kliknąć, by się pojawiły czytania :( Język łaciński definitywnie zmniejsza frajdę. Nie wspominając już o tym, że gra jest po prostu śliczna. Wystarczy spojrzeć:

Fabułę też ma niczego sobie i przez cztery dni pobytu w domu, gdy musiałam zmienić opony na zimowe (bo co by było, gdybym przez śnieg nie mogła dojechać do pracy), nie mogłam się od niej oderwać. Jedynie raz, o jakiejś późnej godzinie nocnej, gdy za ścianą spali rodzice, a gra wymagała ode mnie krzyknięcia w mikrofon, musiałam niechętnie odłożyć ją do rana ;)

sobota, lipca 21, 2007

ciężki tydzień

Właśnie minął mi ciężki tydzień. Pełen nadgodzin i stosów tłumaczeń. W poniedziałek rano, starszy pan F przyniósł stosik ok. 140 stron materiałów szkoleniowych po japońsku. Jak się okazało szkolenie miało być w tę sobotę. Chcąc nie chcąc musiałam usiąść i zabrać się za tłumaczenie. Szczęście, że na tydzień pojawiła się w naszym dziale trzecia tłumaczka i to z laptopem (A swojego nie posiada), dzięki czemu mogłyśmy podzielić materiały na pół i razem nad nimi przysiąść. Bez niej nie wiem jakbym to zrobiła, szczególnie, że zawartość była przepakowana specjalistycznym słownictwem z produkcji i ekonomii, co raczej nie jest moją specjalnością i sama nie miałabym pojęcia, że istnieje „wartość dodana”, czy „produkcja pchana”, nie mówiąc już o masie innych, równie obco brzmiących zwrotów. Dobrze, że E jest doświadczonym tłumaczem z bagażem doświadczeń i mogła mi pomóc w różnych niezrozumiałych miejscach. Mój notesik poważnie zapełnił się nowymi słówkami, które powinnam opanować na przyszłość. Poważnie doskwiera mi brak Internetu, ponieważ nie mam możliwości sprawdzenia niezrozumiałych pojęć, czy chociażby nazw własnych.

W każdym razie tydzień był ciężki. A radośnie uciekała do domu po 14.00, a my z E siedziałyśmy do 17.00, a w dwa ostatnie dni nawet do 19, bo nie nadążałyśmy z pracą, szczególnie, że od 6.00 do 14.00 są zawsze polscy pracownicy i wciąż trzeba wykonywać jakieś tłumaczenia ustne. Poza tym regularnie od dwóch dni na 5min przed przerwą śniadaniową zjawia się przy mnie mój ulubiony Japończyk i z przepraszającym uśmiechem prosi o tłumaczenie, ponieważ codziennie szkoli dwóch panów z działu inżynierii w zakresie oprogramowania i innych rzeczy związanych z elektroniką. Tak więc przerwa też mi przepada i na ponad godzinę pogrążam się w świecie softu próbując rozszyfrować, czy to, co mówi Japończyk mam tłumaczyć, czy też jest to jego zwyczajowe mówienie do siebie.

Na szczęście wczoraj udało nam się skończyć, choć jeszcze w nocy poprzypominała mi się masa rzeczy, których zapomniałam poprawić w swoim tłumaczeniu (mam nadzieję, że E jakoś sobie radzi, bo to ona tłumaczy dziś szkolenie na żywo) i nie jestem zbytnio zadowolona z tego powodu. Oczywiście nie obyło się bez przeszkód nie do pokonania. Wczoraj zaraz po 18.00 rozległ się na hali alarm przeciw pożarowy i wszyscy musieli opuścić budynek, co nie bardzo było nam na rękę, bo chciałyśmy skończyć i już jak najszybciej wracać do domu.

Dobrze, że mam wolny weekend. Mogę wyskoczyć do miasta na Internet i może w końcu dotrę do mechanika z biedną Rzepą. Jeśli tylko uda mi się go znaleźć ;)

niedziela, lipca 15, 2007

samochód mieć

Stałam się dziś szczęśliwą posiadaczką samochodu. W pracy wołają na niego pancerniak :) To tata pożyczył mi Rzepę i nie muszę się już martwić, jak mam wrócić po pracy do domu. Do tej pory, co rano jeździłam samochodem innej tłumaczki, ale niestety wracać musiałam autobusem. Było to dosyć uciążliwe. Musiałam maszerować 20min drogą do najbliższego przystanku w wiosce (fabryka leży w polach), jechać PKSem do Centrum tylko po to, by tam przesiąść się w autobus miejski i jechać znowu w tym samym kierunku, z którego właśnie przyjechałam, by w końcu wylądować w pobliżu swojej ulicy. Ostatecznie powrót, który samochodem zajmuje 15-20min, mi zabierał ok. 2h. Teraz będę mogła odetchnąć.

Dziś z samego rana posadzili mnie za kierownicą i kazali wozić się po mieście. Bo muszę dodać, że za kółkiem nie siedziałam już od jakiś dwóch lat, jak nie więcej (kiedy rodzice A, mojej nowej współlokatorki, usłyszeli, że dostanę samochód, od razu zaniepokojenie zapytali od ilu lat mam prawo jazdy – od ponad siedmiu, co ich znacznie uspokoiło, bo nie kłopotali się już pytać, czy w ogóle jeżdżę ;) Jeszcze się rozruszam.

Na początek pokazałam rodzince moje miejsce pracy, cykneliśmy sobie zdjęcie pod fabryką ;p i pojechaliśmy na Starówkę, która na prawdę jest bardzo ładna. Kręciliśmy się po niej kilka godzin. Mieliśmy również w planach obserwatorium, ale ostatecznie obiad zajął nam zbyt dużo czasu i już nie zdążyliśmy na seans. Może wybiorę się innym razem.

Prócz samochodu dostałam też smycz do laptopa. Przez ostatnie dwa tygodnie po prostu zostawiałam go na biurku na hali, ale jednak nie czułam się z tym zbyt bezpiecznie. Nawet Japończycy zwrócili mi uwagę, że lepiej mieć łańcuch zabezpieczający. W sumie im się nie dziwię, szczególnie, że jeden stracił już nowe buty (warte ok. 160zł), które kupił dzień wcześniej, o czym powiedział mi szeptem inny. A także o bateriach, które znikają w tajemniczy sposób z pilotów pozostawionych bez opieki. Po prostu pięknie. Zrobiło mi się strasznie wstyd, gdy o tym usłyszałam. Od jutra definitywnie przypinam laptopa do stołu.






czwartek, lipca 12, 2007

aktorami bądźmy

Produkcja filmu wstrzymuje praktycznie całą linię na półtora dnia. Pracownicy fabryki przeistaczają się w aktorów i oddają pod komendę dosyć wysokiej jak na Japonkę pani reżyser. Film ma być wyświetlany na całym świecie, głównie w sklepach z elektroniką.

Cały wczorajszy dzień poświęcono na przygotowanie otoczenia, poustawianie niezbędnych rekwizytów, wyszorowanie podłogi, ustalenie, kto, gdzie zajmie, jaką pozycję i w jaką rolę się wcieli. Celem jest pokazanie, że do wytworzenia naszego produktu wcale nie potrzeba tak wielu ludzi, dlatego przy taśmie stanęło dziś około dziesięciu osób, a pozostała dwudziestka wolna od pracy, przeniosła się w okolice pokoju treningowego, by jakoś zabić czas. Hala po prostu lśni czystością. Nawet szyby kurnika (tak woła się tu na pomieszczenie, czy może domek ustawiony na środku linii) rażą oczy swoim blaskiem.

Już z samego rana pojawia się ekipa filmowa, w skład której wchodzą Polacy i Japończycy. Na początek jeden z panów zostaje ustawiony przy maszynie do podnoszenia. Przez pól godziny musi podnosić i opuszczać jedno pudło, a że robi to pierwszy raz, jakoś nie od razu chce mu wyjść tak, jak powinno. Zaaferowani Japończycy z naszego działu cały czas udzielają mu rad, które mają mu, choć trochę pomóc. Biedak, nie dziwię się, że był taki zestresowany. Nie dość, że pani reżyser cały czas krzyczała do niego rirakksu, bo nie podobał jej się wyraz jego twarzy, to jeszcze wszyscy inni Japończycy wokół sądzili, że jak mu powiedzą to samo, po raz setny, to lepiej sobie poradzi.

Na drugi ogień idą panie od śrubek. Tu też było interesująco. Zdenerwowani ludzi mylili ustawienia wkrętaków i gdy pani reżyser krzyczała akushion, zamiast wkręcać, próbowali wykręcać, co nie zapowiadało szybkiego końca ujęć. Zdecydowano się nawet na kilka zbliżeń i to dopiero wywoływało bladość na twarzach.

Ostatecznie jednak przeszli po nas jak burza i o 10.00. byliśmy już wolni, a raczej była przerwa, po której trzeba było przywrócić wszystko do poprzedniego stanu. To zabawne, jak bardzo filmy o fabrykach mijają się z prawdą i pokazują raczej proces, o którym się marzy, a nie taki, jaki istnieje na prawdę.

poniedziałek, lipca 09, 2007

dzień z życia tłumacza-robola

O świcie podrywa mnie budzik nastawiony już na stałe na 4.50. W dreszczach zwlekam się jakoś z łóżka i dociągam do łazienki na szybki opryskiwanie wodą. Muszę jeszcze zrobić sobie jakieś śniadanie do pracy (bo stołówka zacznie działać dopiero od połowy lipca) i spakować kompa i inne rzeczy, które noszę ze sobą. Pozostaje mi jeszcze parę minut na wchłonięcie napoju kawowego (znalazłam go w Biedronce) w trakcie ubierania butów. O 5.25 jestem już przed blokiem i czekam na E.(też tłumacz), z którą co rano zabieramy się do pracy.

Droga zabiera nam jakieś 15min, więc mam jeszcze chwilę czasu, żeby białym korytarzami dotrzeć do swojej szafki i zostawić tam część rzeczy. Po drodze podbijam swoją kartę, która jest równocześnie kluczem do większości drzwi w fabryce. Ponownie białymi korytarzami (za pierwszym razem wydały mi się sterylnie czyste i jakoś tak raziły w oczy swoją bielą) docieram do jednych z drzwi. Za nimi jest mój departament. Tam już wszystko jest szare oświetlone światłem jarzeniówek. Sam departament składa się z wielkiej sali z taśmami, pokoi sprawdzających jakość wyrobu, pokoju treningowego i paru magazynów. To mniej więcej obszar pracy mojej i drugiej tłumaczki, z którą z resztą dzielę mieszkanie. Przez szybę w jednym z magazynów można dostrzec postacie w białych kombinezonach. To ludzie pracujący w clean room’ie. U nas specjalne stroje nie są wymagane. Polacy muszą tylko nosić specjalne białe butki. Tłumacze i Japończycy chodzą po prostu w obuwiu sportowym.

W chwili obecnej działa tylko jedna taśma. Druga jest w budowie. Kręcą się przy niej masy Malezyjczyków, o których początkowo myślałam, że to Japończycy-robole, dlatego dodawszy do tego jeszcze kilkunastu Polaków w okolicy działającej taśmy, daje to niezły tłok.

Tak więc na szóstą docieram do biurek ustawionych w rogu hali, zaraz za taśmami (teraz są dokładnie zastawione popakowanymi zestawami). Mam chwilę, by ustawić komputer i biegnę tłumaczyć plan dnia. Potem już praktycznie cały czas jestem na nogach, podążając jak cień za którymś z Japończyków i od czasu do czasu biegnąc w miejsce, gdzie mnie potrzebują, bo my jesteśmy tylko dwie, a Japończyków stanowczo więcej. Pierwszeństwo do tłumacza mają oczywiście szefowie, więc jeśli jakiś pojawia się na hali, to właśnie za nim trzeba chodzić.

Potem pozostaje już tylko bieganie. A to trzeba przetłumaczyć jak lutować płyty, czy jak działa machina do ich sprawdzania. Często też pojawiają się problemy w stylu brakuje tego, skończyło się tamto, gdzie jest to, a gdzie ustawić coś innego. Do przerwy, czyli do 10.00 rzadko zdarza się chwilka na odpoczynek przy biurku, chyba, że trzeba przetłumaczyć coś pisemnie.

O 10.00 tłumy ruszają w stronę stołówki, bo tylko tam wolno jeść. Jest ona stanowczo za mała, by pomieścić wszystkich, a i tak nie z każdego miejsca pracy przerwa jest o tej samej porze. Kolejne cztery godziny do 14.00 nie są zbyt interesujące. Jeśli na hali nie ma szefa, czy też zbyt wielu Japończyków jedna z nas może usiąść i zająć się stosikiem pisemnego tłumaczenia, którym już pierwszego dnia nas zasypano, druga kontroluje, czy nigdzie nie jest potrzebne tłumaczenie. Początkowo trzymali nas do 17.00, ale pewnie stwierdzili, że i tak nic nie robimy, więc szkoda naszego czasu, a ich kasy za nadgodziny. Teraz już cały czas wychodzimy o 14.00.

środa, lipca 04, 2007

koniec i początek

W piątek zrzuciłam się z bagażami do Wałbrzycha (żegnaj Warszawo), a w poniedziałek pognałam już do Torunia. W między czasie udało mi się przepakować (w zestaw, który miałam w Japonii, choć głowę dam sobie uciąć, że tym razem waliza i plecak ważyły dużo dużo więcej), spotkać z kilkoma znajomymi, a nawet zacząć uczyć się dziwnych słówek w stylu „substrat 52 cale”, „kompensacja absolutnego zera” czy „separator odśrodkowy”, no i doszły moje super koszulki robocze w kolorze czarnym. Pięć na pięć dni tygodnia. Od jutra powinnam zacząć ich używać.

Mieszkanie w Toruniu okazało się całkiem sympatyczne, choć na ostatnim piętrze i myślałam, że ducha wyzionę taszcząc swoją walizę po schodach. Osiedle też nie jest złe. W pobliżu parę sklepów. Na obrzeżach Torunia, więc blisko do pracy. Wokół pełno małych domów wyraźnie pozostałości podmiejskich, które w końcu wchłonęło miasto. Jedynym minusem są psy z tych domów. Nocami szczekają jak szalone. Na szczęście teraz chodzę już tak zmęczona, że nawet to mi nie przeszkadza w spaniu.

środa, czerwca 27, 2007

kolejny busy day

Dziś wstałam rano (bardzo rano jak dla mnie) z zamiarem wybrania się do mojego pracodawcy w sprawie szczegółów dotyczących pracy tłumacza, którą od 2 lipca zaczynam w Toruniu. Nie muszę chyba dodawać, jaki wstręt odczuwam do porannego wstawania i wciąż mam nadzieję wykorzystać w pełni te kilka poranków, które mogę smacznie przespać, zanim pogrążę się w życiu shakaijina wstającego o porach, które nie mieszczą mi się w głowie.
Nic to, wstałam, zjadłam śniadanie i już miałam wychodzić, gdy zadzwonił telefon. Okazało się, że mój pracodawca chory i nie spotka się ze mną odbyliśmy za to długą rozmowę przez telefon pełną niezbędnych instrukcji i pouczeń.

W każdym razie wiem już, że najbliższe trzy miesiące przesiedzę w Toruniu (z niedługim urlopem gdzieś po drodze). Zapowiada się nieźle. Zakwaterują mnie w pełni wyposażonym mieszkaniu, które będę dzieliła z koleżanką ze studiów. Do pracy też mają dowozić samochodem. Jednym słowem: nie ma co narzekać. Ciekawe tylko, co będę mówiła, gdy już zacznę. Praca w fabryce może być bardzo uciążliwa.

Skoro miałam tyle czasu dziś rano (po południu planuję jeszcze spotkanie na granie i pożegnalne sushi, a potem już tylko szał pakowania), postanowiłam zrobić coś produktywnego z moim czasem, czyli pogrzebać na sieci. I co?
I właśnie się dowiedziałam, i to całkiem przypadkiem, że miałam w lutym wystawę swoich zdjęć na Uniwersytecie Opolskim podczas cyklu imprez pt. "Bliżej kultur. Japonia".
Przyznaję, że gdzieś w otchłaniach mej pamięci majaczy jakiś moment, kiedy zgodziłam się, by wykorzystali moje zdjęcia na jakiejś imprezie kulturalnej, ale większej uwagi już temu dłużej nie poświęcałam. Dopiero dzisiaj googlując swoje imię (ludzie nieraz tak robią z nudów) przypadkiem wpadłam na tego bloga. Okazuje się, że nie tylko wykorzystali parę moich zdjęć, ale zrobili z nich całą wystawę.

wtorek, czerwca 26, 2007

owocne sprzątanie

W końcu jakiś sukces.
Sprzątając dziś rano przypadkiem znalazłam pocztówki z Hongkongu, których szukałam odkąd wróciłam do Warszawy, czyli prawie od roku, bo zapomniałam wspomnieć w tych pięciu rzeczach o mnie, że choć jestem pedantyczna, to jednak czasami, nie wiadomo dlaczego, padam ofiarą chaosu.





Uważam, że świetnie oddają istotę Hongkongu. Szczególnie dwie ostatnie, na których widać ten natłok wszystkiego, który jest tak charakterystyczny dla Kowloon.

niedziela, czerwca 24, 2007

pięć rzeczy o mnie

Już od jakiegoś czasu zalega mi zobowiązanie nałożone na mnie przez Aśkę do napisania pięciu rzeczy o sobie. W końcu stwierdzam, że nie ma co dłużej zwlekać, więc oto one:

Moim największym uzależnieniem jest prażony słonecznik. Jestem w stanie „dzióbać” go na okrągło dopóki mi się nie skończy. Gorzej, bo trudno go znaleźć w Warszawie. Wciąż nie rozumiem, jak to możliwe, że tutaj nie ma prażonego i patrzą na mnie jak na ufoludka, gdy pytam w sklepie, czy mają. Dlatego zawsze jadę do domu praktycznie z pustym plecakiem, a wracam obładowana słonecznikiem. Poza tym jestem wybredna. Nie może być to jakikolwiek słonecznik, tylko obowiązkowo prażony z solą i przyprawami. Najlepiej firmy Sonpex ;)

Chętnie oglądam wszystko o tematyce sportowej. Filmy, seriale, anime, co nie znaczy, że lubię oglądać prawdziwy sport. Wyjątek stanowi łyżwiarstwo figurowe, ale odkąd nie mam telewizora przegapiam wszelkie transmisje z zawodów.

Uwielbiam gry. Wszelkiego rodzaju. Moja mama uważa, że to rodzinne (oczywiście od strony taty). W karty np. mogę grywać godzinami (szczególnie 66), jeśli tylko uda mi się znaleźć partnerów. Jest to nieodłączny element wszelkich wyjazdów.

Jestem typem pedantycznym. Może nawet chorobliwie pedantycznym. Szalenie irytuje mnie nieodkładanie rzeczy na ich miejsce (które sama wcześniej ustaliłam), co nie znaczy równocześnie, że samej zawsze chce mi się je porządkować. Toleruję bałagan tak długo, jak sama go robię.

Pasja do zdjęć. Lubię zarówno oglądać te zrobione przez innych jak i sama robić. Szczególnie znajomym (uciekają jak tylko widzą aparat w moim ręku). Nie znaczy to oczywiście, że umiem je robić, ale przecież to nie o to chodzi. Wciąż planuje kupić sobie jakąś książkę o fotografii cyfrowej i się podszkolić, ale na razie to tylko plany.

Chyba wyszło pięć. Oryginalnie jest to łańcuszek, który należy przesłać dalej pięciu osobom prowadzącym bloga, ale ponieważ czytuję tylko jednego, zakończę na sobie.

niedziela, kwietnia 01, 2007

termin

Niestety chwilowo muszę wstrzymać wszelkie posty o mahjongu czy wyprawie do Chin.
Parę dni temu dostałam maila od mojego promotora z informacją,
cytuję:
"...najpóźniej 17 kwietnia w moim segregatorze powinny się znaleźć pierwsze wersje prac dyplomowych.",
który teraz nie daje mi spać po nocach.
Tak więc siedzę i piszę i piszę i piszę.

sobota, lutego 24, 2007

kurs francuskiego

No i zapisałam się w końcu na kurs francuskiego, do czego zamierzałam się już od dłuższego czasu. Trzeba w końcu odświeżyć zapomniany język, żeby cztery lata potu i łez w liceum nie poszły tak zupełnie na marne.

Za namową Tachi zdecydowałam się na Alliance Francaise, którego kursy odbywają się w BUWie. W prawdzie trochę daleko, ale przynajmniej zmusi mnie to do wychodzenia z domu.

Wczoraj miałam już rozmowę i test kwalifikujący do grupy. Okropnie było :) Od razu na wejściu zostałam zalana potokiem niezrozumiałych słów po francusku. Przygnębiające jest to, że pięć lat temu pewnie bym je jeszcze zrozumiała. Trudno. Teraz pozostaje mi grzecznie stawić się w poniedziałek na pierwsze zajęcia.



środa, lutego 14, 2007

Wielka Wyprawa - Chiny i Hongkong

W końcu zabrałam się za spisywanie naszej wielkiej wyprawy do Chin i Honkongu.

Wszystkich zainteresowanych odsyłam do postów z września:
1 września: wyprowadzka
2 września: Tokio - Hongkong
3 września: Hongkong - Lantau
6 września: koszmarne początki (Hongkong - Guangzhou - Chongqing)

W miarę spisywania postów będzie przybywać.



Mahjong: zasady gry

Będąc miłośniczką gier wszelkiego rodzaju, od wielu lat interesuję się mahjongiem i kiedy tylko mogę próbuję zebrać trzy osoby do gry, co powiem szczerze wcale proste nie jest. Moja fascynacja ma częściowo ujście w spisywaniu zasad gry. Idzie mi to wolno, ale stopniowo posuwa się do przodu i na pewno zostanie kiedyś ukończone. Są to zasady czysto japońskie (tylko takie znam) zaczerpnięte z japońskich książek o mahjongu. Wiele nazw zostawiłam w oryginalnym brzmieniu, co może być pewnym utrudnieniem dla początkujących i nie znających języka, i za co przepraszam. Być może kiedyś dokonam poprawek i dodam też nazewnictwo angielskie bądź polskie.

13. Najważniejsze rodzaje YAKU.
14. Inne rodzaje YAKU.
15. YAKUMAN.
16. Najpopularniejsze kombinacje różnych YAKU.




Mahjong: krótka historia

Mahjong, czy też mah-jong lub mah-jongg (z chińskiego znaczy „gra wróbli”, prawdopodobnie od dźwięku mieszania kamieni), a w wersji japońskiej jako mājan 麻雀 jest czteroosobową grą pochodzącą z Chin.

Jedna z legend o mahjong’u mówi, że grę tę rozpowszechnił słynny chiński filozof Konfucjusz około 500 lat p.n.e. Według legendy pojawienie się gry w danych prowincjach Chin, pokrywało się z obecnością Konfucjusza i rozprzestrzenianiem jego doktryn. Również w symbolice kamieni mahjong’a ze smokami doszukuje się trzech cnót konfucjańskich.

Inna teoria głosi, że mahjong rozwinął się z chińskich kart i domina ok. 1850r. Wielu historyków wierzy, iż mahjong bazuje na grze karcianej Ma Tiao z okresu dynastii Ming.

W 1949r. wraz z powstaniem Chińskiej Republiki Ludowej zakazano w Chinach hazardu i wszelkich gier w tym mahjong’a. Powrócił on do życia dopiero w czasie Wielkiej Proletariackiej Rewolucji Kulturalnej zapoczątkowanej przez Mao Zedonga w 1966r. i do dziś jest jedną z najbardziej popularnych gier w Chinach.

W Japonii mahjong pojawił się około 1907r., ale popularność zyskał dopiero w latach dwudziestych (w tym samym czasie dotarł też na Zachód). Japońska wersja została trochę uproszczona, a zasady zmienione. Japończykom udało się jednakże zachować tradycyjny charakter i naturę gry.

Ostatnio mahjong zaczyna być coraz bardziej popularny, chociażby dzięki pojawieniu się tzw. wersji jednoosobowej czyli Solitaire Mahjong, która jednakże z oryginalną grą ma niewiele wspólnego. Powstają także filmy związane z grą, np. seria Kung-fu Mahjong, czy anime Akagi, jak również jej wersje elektroniczne.


Kasetka na zestaw do mahjonga ze smokiem i feniksem


Tradycyjny zestaw do gry mahjong. Ręcznie robiony z kości na bambusie.



Wersja mahjong'a na PSP.


Okładka filmu DVD "Kung-fu Mahjong".


Okładka serii anime na DVD "Akagi".




wtorek, lutego 13, 2007

Mahjong: kamienie PAI 牌

W majanie mamy 34 rodzaje kamieni po cztery każdy, co w sumie daje ich 136.
Kamienie dzieli sie na numeryczne (od 1 do 9) – SŪPAI
数牌 i figury – JIHAI 字牌.


Kamienie numeryczne:

MANZU

PINZU

SŌZU


Figury:

Wiatry KAZEHAI 風牌:

TON, NAN, SHĀ, PEI


Smoki SANGENPAI 三元牌:

HAKU, HATSU, CHUN


Kamienie SŪHAI dzieli się na MANZU, PINZU i SŌZU.
Kamienie z numerami od 2 do 8 nazywamy
CHŪCHANPAI 中張牌.
Kamienie z numerami 1 i 9 nazywamy
RŌTŌPAI 老頭牌.

Figury JIHAI dzielą się na KAZEHAI i SANGENPAI.
JIHAI wraz z
RŌTŌPAI tworzą grupę o nazwie YAOCHŪPAI 公九牌.

Zapamiętanie nazw kamieni będzie ważne, gdy dojdzie do wyjaśniania i opisywania YAKU.





Mahjong: ustalenie miejsc przy stole

W mahjong'a gra się w cztery osoby. Każdy z graczy jest jednym z czterech wiatrów (TON, NAN, SHĀ, PEI) i to którym wiatrem jesteś decyduje, w którym miejscu siedzisz względem najważniejszego wiatru TON 東.

W mahjong'u mamy dwie metody ustalenia miejsc przy stole. Jedna jest prostsza i mniej profesjonalna, a druga dosyć skomplikowana, ale za to jak najbardziej profesjonalna. Przedstawię tutaj obie.


Metoda TSUKAMITORI つかみ取り.

Jest to najprostsza metoda ustalenia wiatrów i równocześnie miejsc przy stole.

Spośród wszystkich kamieni należy wybrać cztery, po jednym z każdego wiatru: TON 東 - wschód, NAN 南 - południe, SHĀ 西 - zachód, PEI 北 - północ. Następnie odwrócić je obrazkami do stołu i wymieszać. Każdy z graczy losuje jeden kamień i zostaje wiatrem, który wylosował.

Osoba z TON siada w dowolnie wybranym przez siebie miejscu, a reszta wiatrów odpowiednio względem TON, czyli po prawej od TON siada NAN, po lewej PEI, a na przeciw SHĀ.

Stół mahjong'a i rozmieszczenie wiatrów:

Metoda SEISHIKI 正式.

Metoda bardziej skomplikowana.

Wszyscy gracze siadają przy stole w dowolnym, wybranym przez siebie miejscu.

Wyszukujemy wśród kamieni po jednym z czterech wiatrów i dodatkowo dwa kamienie numeryczne. Jeden musi być parzysty, a drugi nieparzysty (np. kamienie jakiegokolwiek koloru z numerami 1 i 2).

Jedna osoba kładzie je obrazkami do dołu i miesza, a następnie układa w szeregu jeden obok drugiego na środku stołu.

Osoba siedząca na przeciwko tej, która ułożyła kamienie rzuca raz kostkami. Licząc począwszy od siebie, w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, wskazuje na osobę, która zostaje wiatrem TON.

Teraz odwracamy nasz szereg kamieni i te z numerami układamy na brzegach, np. po odwróceniu mamy coś takiego:


i układamy kamienie, żeby wyglądały tak:


Teraz osoba, która wcześniej została TON ponownie rzuca kostkami.
Jeżeli wypadnie liczba oczek nieparzysta (powiedzmy 3), to zaczynamy brać wiatry od lewej strony, ponieważ po lewej stoi kamień z nieparzystym 1PIN. Równocześnie liczba oczek, która teraz wypadła wyznacza osobę, która pierwsza bierze kamień. Czyli jeśli się umówimy, że wypadło 3, to licząc od TON w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, wychodzi na SHĀ. Czyli to SHĀ pierwsza bierze kamień od lewej, czyli jej wiatr się nie zmienia, bo zgodnie ze zdjęciem owym kamieniem jest właśnie SHĀ.

Kolejny kamień (w tym wypadku TON) bierze osoba siedząca po prawej stronie SHĀ, itd. idąc przeciwnie do ruchu wskazówek zegara.

Osoba, która dostała TON pozostaje na swoim miejscu, a reszta musi się przesiąść odpowiednio w stosunku do pozycji TON i w zależności od tego, jaki wiatr wylosowała.

Układ stołu wygląda zawsze tak jak na obrazku powyżej.





Mahjong: mieszanie kamieni SHIIPAI 洗牌i i ustawienie murów

Wykładamy wszystkie 136 kamieni na środku stołu i dokładnie mieszamy, uważając by żadnego nie odkryć. Jeśli których się odkryje należy ponownie wszystko dokładnie wymieszać.

Następnie każdy z graczy układa przed sobą po dwa rzędy po 17 kamieni każdy (w sumie 34 kamienie):


Rząd leżący bliżej nas należy podnieść i położyć na tym leżącym dalej.
Aby to zrobić małe palce kładziemy na krańcowych kamieniach, a pozostałe rozkładamy jak najszerzej. Ściskamy mocno kamienie małymi palcami i unosimy wszystkie razem do góry:


Gotowe mury należy przesunąć ku środkowi stołu (ok. 10cm), tak aby mieć miejsce na rozłożenie własnych kamieni.






Mahjong: ustalenie OYA 親

W mahjong'u o zwycięstwie nie decyduje tylko jedno rozdanie, ale kilka. Dlatego jest potrzebna osoba, która otwiera i zamyka rundę. Taką osobą jest tzw. OYA (matka), a jej wiatrem jest zawsze TON. Pozostali gracze to KO (dzieci).

Aby ustalić OYA, osoba, która przy decydowaniu o miejscach została TON, rzuca kostkami, a liczba oczek jaka wypadnie wskazuje na osobę, która po ponownym rzuceniu kostkami, określi kto jest OYA.

Czyli np. jeśli TON wyrzuciło 6 oczek, to licząc od siebie w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, wypada na NAN. Teraz NAN rzuca po raz drugi kostkami. Osoba, na którą tym razem wypadnie, zostaje OYA i równocześnie TON, czyli znowu zmienia się układ wiatrów na stole, jednak tym razem nikt się nie przesiada. Po prostu osoba na prawo od TON zostaje NAN, na lewo, PEI, a na przeciw SHĀ.

Po swojej prawej stronie nowy TON kładzie specjalną tabliczkę, która oznajmia wszystkim, kto jest OYA.

Jeżeli w rundzie wygra OYA, to pozostaje nią na kolejne rozdanie.
Jeśli jednak wygra jedno z dzieci, to wówczas OYĄ zostaje następna osoba przy stole (przeciwnie do ruchu wskazówek zegra), czyli NAN. Równocześnie następuje przesuniecie układu wiatrów na stole (bo OYA jest zawsze TON). Czyli NAN zostaje TON, SHĀ zostaje NAN, PEI zostaje SHĀ, a TON zostaje PEI.



Mahjong: rozdanie kamieni HAIPAI 配牌

Kiedy mury są już ustawione, OYA (TON) rzuca kostkami. Powiedzmy, że wypadło 3, a więc rozdanie rozpocznie się od muru przy miejscu SHA.

W murze przed SHA, patrząc od prawej strony (prawej z perspektywy SHA), odsuwamy tyle kamieni, ile oczek wypadło (w tym wypadku 3) i rozdanie rozpoczynamy od czwartego kamienia:


Rozdajemy łapiąc po cztery kamienie. Pierwszą "czwórkę" dostaje OYA, następnie idąc przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, czyli kolejno NAN, SHA, PEI, itd. W sumie każdy gracz powinien dostać po trzy takie czwórki.
Za czwartym razem, rozdający (OYA) robi tzw. CHONCHON, czyli zamiast wziąć dla siebie kolejne cztery kamienie, bierze tylko dwa z góry muru - pierwszy i trzeci (pozostawiając środkowy), a pozostałym trzem osobom daje po jednym.

OYA zrobiła CHONCHON i wzięła dla siebie 2 kamienie:



Kamień z dołu dała NAN:


Kamień z góry dała SHA:


Ostatni z dołu dała PEI i pozostał taki układ:
Od tego kamienia rozpocznie się gra.

Ostatecznie matka ma 14 kamieni, a każde z dzieci po 13. Dlatego grę rozpoczyna OYA wyrzucając jeden kamień, zaś dzieci ciągną (TSUMORU) kolejno po jednym kamieniu, a następnie wyrzucają niepotrzebny, itd. aż do momentu, gdy ktoś zrobi AGARI lub gdy w murze na stole pozostanie 14 kamieni (lub 13 w przypadku, gdy ktoś zrobił KAN, ale o tym będzie mowa dalej). W takiej sytuacji runda jest uznawana za nierozstrzygniętą.

Wyrzucane kamienie układa się w rzędach po sześć po prawej stronie, idąc od prawej do lewej i rzędami od góry do dołu.