Ostatni dzień przed urlopem ciągnie się niemiłosiernie. Do 9:00 zdążyłam skończyć wszystkie moje zadania na dzisiaj i pozostało mi 7h do zapełnienia. Robię sobie mapki Berlina :-) Wiem już jak trafić do chińskiej pierożkarni WOK Show (podobno pierożki fantastyczne i za 10EUR dostajesz całą masę sztk 20 - sprawdzę w czwartek), do japońskiej księgarni Yamashina (powieści w krzaczkach nigdy za wiele), do azjatyckiego supermarketu Vinh Loi (może znajdę coś pysznego) i do dwóch koreańskich restauracji: Monsieur Voung i Good Morning Vietnam. Obie są na tej samej ulicy w dzielnicy, w której mamy zarezerwowany hostel, więc jedna z nich stanie się miejscem naszej kolacji w środę.
A tak w ogóle to urlop spędzę na Bornholmie jeżdżąc rowerem po płaskich i równych ścieżkach rowerowych i nocując pod namiotem. Oby tylko nie padało....
Jednak nic nie poradzę na to, że w tej chwili myślę głównie o pysznościach, które czekają na mnie w Berlinie :-) Polecono mi też currywurst i chcę nabyć trochę czekoladowych i marcepanowych słodkości (tak żeby nie było, że tylko mam zamiar azjatyckie rzeczy pałaszować).
Poza tym coś zwiedzę, ale jako że czasu mało ograniczę się do wieczornej panoramy miasta z wieży telewizyjnej i Bramy Brandenburskiej. Większe zwiedzanie już się planuje na jakiś długi weekend jesienią tego roku.
Wyjazd dziś po pracy. O 3:30 wsiadamy na prom w Sassnitz i o 7:00 powinniśmy być w Ronne. Mam nadzieję, że nie padnę na twarz zaraz po wyjściu na brzeg :-/ Wracamy w czwartek wieczorem. Jestem już w większości spakowana (sakwy pękają w szwach), iPhona zapełniłam serialami, ebookami i audioksiążkami, żeby mieć w zapasie moje małe centrum rozrywki. Mam nadzieję, że na polu kempingowym będzie prąd, bo to mój odwieczny problem. Chyba też powinnam się zastanowić nad zakupem Kindla (podobno bateria trzyma nawet do 3 miesięcy!).
piątek, lipca 29, 2011
piątek, lipca 15, 2011
Melancholia
Byłam w kinie na "Melancholii" von Tiera. Dziwny film o ludzkiej psychice, depresji i końcu świata. Miejscami nudny, choć mam wrażenie, że w tych miejscach właśnie miał być nudny. Mimo to ciężko wyrzucić go z pamięci. Od kilku dni ciągle o nim myślę. Niestety muzyka nie do zniesienia. W kółko Preludium do Tristana i Izoldy Wagnera. Nie lubię Wagnera. Pod koniec musiałam zatkać uszy, bo już nie mogłam tego wytrzymać. Wychodząc z kina widziałam człowieka, którego wgniotło w fotel. Gdy wszyscy inni już wstali, on siedział w bezruchu patrząc w czarny ekran niewidzącym wzrokiem.
wtorek, maja 17, 2011
zalety bycia kaishainem
Czasami dobrze jest pracować w japońskiej firmie :-) W weekend jeden z moich Japończyków wybrał się do Dusseldorfu (głównie po to, by zjeść dobry japoński ramen) i przywiózł mi dobra japońskie. To nic, że z Niemiec - ważne, że smakują jak trzeba :-D
irlandzkie wspominki
Kilka dni temu zobaczyłam na jednym z moich ulubionych blogów o gotowaniu przepis na bułeczki scones. Od razu przywołało to wspomnienia pierwszego dnia pobytu w Irlandii, gdzie zaraz po wylądowaniu schrupałam na późne śniadanie takową bułeczkę w naszym hostelu w Dublinie. Widząc przepis natychmiast zapragnęłam znowu poczuć ich smak.
Przygotowanie okazało się być zadziwiająco proste, a efekt taki jaki być powinien :-)
Składniki:
- 350g mąki
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 175ml maślanki
- 85g zimnego masła
- 3 łyżki cukru pudru
- 1 łyżeczka cukru z wanilią
- szczypta soli
- garść suszonej żurawiny
Przygotowanie:
Mąkę przesiać do miski i wymieszać z proszkiem i solą. Dodać pokrojone w kostkę masło i rozetrzeć placami tak jak rozciera się ciasto na kruszonkę. Dodać cukier puder i waniliowy i wymieszać.
Do składników suchych dodać maślankę i mieszać tak długo aż składniki zaczną się łączyć, a następnie szybko zagnieść kulę (im dłużej zagniatane ciasto, tym mniej będzie puszyste). Rozwałkować na grubość 3-4cm i wyciąć krążki (ja użyłam do tego kieliszka do szampana).
środa, maja 11, 2011
animacja Google
Dziś moją uwagę przykuła animacja, którą Google stworzyło z okazji rocznicy urodzin amerykańskiej tancerki i choreografa Marthy Graham. Żeby o niej nie zapomnieć i móc jeszcze kiedyś wrócić, postanowiłam wrzucić na bloga. Znalazłam z dwoma podkładami muzycznymi i sama nie wiem, który mi się bardziej podoba, więc umieszczam oba :-)
wtorek, maja 10, 2011
po co ci życie, gdy możesz grać w Simy
Najnowsza seria popularnej gry The Sims (już w trzeciej odsłonie) coraz bardziej mnie zadziwia swoją złożonością. Z każdym dodatkiem Simsy są coraz bardziej rozwinięte, więcej mogą, mniej je ogranicza. Idealna podstawa, by zostać hikikomori. Można się zanurzyć w świat Simów i zapomnieć o wszystkim wokół, co przyznam szczerze czasami robię bez większego poczucia winy, że spędzam kilka wieczornych godzin na budowaniu domku i rozwijaniu karier moich podopiecznych, zamiast porobić coś efektywnego ;-) Potem nagle wracam do rzeczywistości i odkrywam, że już jest dobrze po północy i nawet nie wiem, kiedy ten czas minął. Aż strach pomyśleć, co przyniesie czwarta seria, kiedy trzecia już tak dobrze odwzorowuje realne życie, a ma to robić jeszcze lepiej, o czym świadczy trailer najnowszego dodatku "The Sims 3: Pokolenia" zapowiedziany na 1 czerwca.
"Ciesz się całym spektrum bogatych doświadczeń życiowych ze swoimi Simami! Zacznij od przesyconego wyobraźnią dzieciństwa i zmierz się z problemami nastolatków. Doświadcz skomplikowanej rzeczywistości życia dorosłego, a potem zbieraj korzyści zdobyte na każdym etapie życia."
A tu zapowiedź części, której poprzednik w drugiej serii był moim ulubionym dodatkiem wprowadzającym do gry zwierzaki :-) Ma się ukazać w listopadzie tego roku.
środa, marca 09, 2011
YAKU i FAN
W mahjongu dąży się do utworzenia układu składającego się z czterech MENTSU i główki. YAKU jest to pewien zbiór zasad, którymi musimy się kierować tworząc nasz układ. Jeżeli w momencie ukończenia układu nie ma w nim żadnego YAKU, czyli nie został on stworzony zgodnie z obowiązującymi zasadami, to nie można zrobić AGARI (zakończyć rozdania).
Jednostki, którymi liczy się wartość YAKU nazywamy FAN. Po zrobieniu AGARI jego wartość można ocenić np. na 1FAN, 2FAN, 3FAN, itd. Im więcej FAN w układzie tym jest on bardziej wartościowy i dostajemy za niego więcej punktów.
Aby zrobić AGARI i tym samym wygrać rozdanie musimy mieć w swoim układzie YAKU o wartości co najmniej 1FAN. Jeśli tego nie osiągniemy, układ będzie bezwartościowy i nie możemy zakończyć nim rozdania.
wtorek, lutego 08, 2011
PINCHUI ピンチュイ 平局
PINCHUI jest to zakończenie rozdania bez rozstrzygnięcia wygranej. W takiej sytuacji po prostu miesza się kamienie i rozpoczyna nowe rozdanie.
Mamy kilka przypadków, w których następuje PINCHUI:
1. Jeśli któryś z graczy dostanie w swoich początkowych kamieniach 9 różnych kamieni z grupy YAOCHŪPAI, np.
2. Gdy wszyscy gracze w jednej kolejce wyrzucą ten sam kamień.
3. Gdy w jednym rozdaniu wszyscy gracze zrobią KAN.
4. Gdy trzech graczy krzyknie RON na ten sam kamień.
5. Jeśli wszyscy czterej gracze zadeklarują RIICHI (to omówię trochę później w rozdziale "Najważniejsze rodzaje YAKU"), z wyjątkiem sytuacji, gdy ktoś zrobi AGARI w momencie, kiedy czwarty gracz deklaruje RIICHI i wyrzuca kamień.
6. Gdy do końca rozdania (kończą się możliwe do wyciągnięcia kamienie w ścianach) nikt nie zrobi AGARI.
niedziela, stycznia 09, 2011
wolne wolne i po wolnym
Ciężko jest wracać do pracy po tak długi wolnym, szczególnie gdy ma się świadomość, że kolejna dłuższa przerwa będzie dopiero na Wielkanoc :-( Trzy dni pomiędzy Nowym Rokiem a długim weekendem 6-10 stycznia wypompowały mnie z sił zupełnie, więc ze strachem myślę o jutrze i reszcie tej zimy.
Święta w tym roku były zdecydowanie białe. Część czasu spędziłam na stoku, a część na zakupach nabywając osprzętowanie narciarskie :-) Mam nadzieję w końcu nauczyć się w miarę przyzwoicie jeździć na nartach i nie wywracać na każdym zakręcie.
W roku królika moje kocurra najwyraźniej nie podjęły noworocznego postanowienia o polepszeniu swoich stosunków.
To najbliżej jak Putka jest skłonna podejść do Orodruiny:
Mimo to Orcio i tak ją kocha i chce być zawsze tam, gdzie ona :-)
Jak już jestem przy kotach, to pojawił się nowy filmik o kocie Simona w świątecznym klimacie:-)
I na koniec moje drzewko szczęścia. Bochenek na prawdę kwitnie :-)
Święta w tym roku były zdecydowanie białe. Część czasu spędziłam na stoku, a część na zakupach nabywając osprzętowanie narciarskie :-) Mam nadzieję w końcu nauczyć się w miarę przyzwoicie jeździć na nartach i nie wywracać na każdym zakręcie.
W roku królika moje kocurra najwyraźniej nie podjęły noworocznego postanowienia o polepszeniu swoich stosunków.
To najbliżej jak Putka jest skłonna podejść do Orodruiny:
Mimo to Orcio i tak ją kocha i chce być zawsze tam, gdzie ona :-)
Jak już jestem przy kotach, to pojawił się nowy filmik o kocie Simona w świątecznym klimacie:-)
I na koniec moje drzewko szczęścia. Bochenek na prawdę kwitnie :-)
wtorek, grudnia 14, 2010
powrót do lat studenckich
Siedzę i się uczę. Dawno tego nie robiłam i już chyba nie potrafię. Polityka pieniężna mnie wykańcza. NIC z niej nie rozumiem. Jak bank podwyższa stopę to będzie coś tam, a jak obniża to coś tam. Nie wiem, jak się w tym połapać :-/ W niedzielę pierwsze kolokwium. Czarno to widzę. Ekonomia to zdecydowanie nie moja bajka i cały czas się zastanawiam W CO JA SIĘ DO LICHA WPAKOWAŁAM i dlaczego?? Chyba jakąś chwilową niewydolność mózgu miałam, gdy wybierałem ten kierunek i składałam papiery :-(
Poza tym zakwitło mi drzewko szczęścia! W zimie! Mój Bochenek ma kwiatki! To chyba coś znaczy, prawda? W końcu to drzewko SZCZĘŚCIA :-)
Jak będę miała chwilę czasu i trochę światła, to cyknę zdjęcie. Mam tę roślinkę od 8 lat, a jeszcze nigdy nie kwitła.
Poza tym zakwitło mi drzewko szczęścia! W zimie! Mój Bochenek ma kwiatki! To chyba coś znaczy, prawda? W końcu to drzewko SZCZĘŚCIA :-)
Jak będę miała chwilę czasu i trochę światła, to cyknę zdjęcie. Mam tę roślinkę od 8 lat, a jeszcze nigdy nie kwitła.
o dokacaniu słów kilka
No więc dokociłam się. Pierwsza reakcja rezydentki – strach, gniew i uczucie zdrady, małej – beztroska ciekawość. Czyli pierwsze spotkanie przebiegło mniej więcej tak, jak to sobie wyobrażałam. Minęły trzy tygodnie i postanowiłam zainwestować w Feliway. To kocie feromony podłączane do kontaktu, które mają działać uspokajająco i dawać zestresowanym kotom poczucie bezpieczeństwa.
Duża jest w dosyć kiepskim stanie psychicznym. Wciąż obrażona, wciąż nie chce się z nami zadawać (o głaskaniu możemy zapomnieć), na małą ciągle syczy, burczy i powarkuje. Mała najwyraźniej ma już tego dosyć, bo się uwzięła na dużą i ciągle na nią poluje, wskakuje jej na grzbiet, gdy ta trochę traci czujność i ogólnie nie daje dużej żyć.
Poza tym czekoladka to mały słodki niedźwiadek, kiedy śpi. Gdy nie śpi to jest małym potworem – diabełkiem, który myśli tylko, co by tu narozrabiać. Od razu wiadomo, kiedy planuje jakiś nieprawy uczynek – kładzie uszka, wygina grzbiet i drobnymi kroczkami zmierza do celu, który sobie obrała. Dobrze wie, że będziemy krzyczeć. Gdy już nabroi, natychmiast stosuje kocią zasadę: „gdy narozrabiasz wyglądaj słodko i zacznij mruczeć”. Działa zawsze bez pudła – wszystko jej wybaczamy. Poza tym to mały żarłok, który je wszystko i zawsze. Żebrze też bez żadnych skrupułów i nie można się od niej opędzić, gdy wyczuje, że coś jemy. Za to w nocy wtula się w moje plecy i tak śpimy do rana. Nie ma to jak żywy termofor zimową porą J
Teraz mamy początek drugiego miesiąca pobytu u nas małej i w domu chyba zaczyna się uspokajać. Może to wpływ Feliway. W każdym razie Pusia jakby powoli wracała do normy. Zmienił się wyraz jej pyszczka i już nie wygląda, jakby cały czas czuwała. Zaczęła też przychodzić na głaskanie. Krótkie, bo krótkie, ale jednak przychodzi.Mała to wciąż wróg publiczny numer jeden. One chyba nigdy się nie polubią.
Taka byłam malutka pierwszego dnia w nowym domku:
Zaśpioszkane oczka:
Mały niedźwiadek o złocistych oczach:
A tak wyglądam dzisiaj:
Nowy domek:
Bliżej nie będzie:
poniedziałek, listopada 29, 2010
znowu zima
No i nas pobieliło. Znowu.
Dziś taki widok powitał mnie po przebudzeniu:
Czyli zaczęło się kolejne pół roku zimy :-/
poniedziałek, listopada 15, 2010
wtorek, listopada 09, 2010
kocie sprawy
Ostatnio moją głowę zaprzątają głównie myśli o kotach. Nic dziwnego – szukałam domu dla Łatki (zostaje na stałe z alergikami, którym po tygodniu znacznie się polepszyło i ich dom nie jest już cały zawalony obsmarkanymi chusteczkami) i z niecierpliwością czekam na swoje czekoladowe kocię, po które jadę już za dwa dni :-) Nie mogę się doczekać. Na razie szalałam robiąc zakupy – głównie karmę dla dużej i małej, bo jeśli chodzi o inne akcesoria w stylu transporterek, itp. to wszystko mam. Kupiłam też trochę drobnych zabawek (myszki, piłeczki, piórka na patyku). Duża kręci na nie nosem i nie jest zainteresowana, ale mała na pewno będzie się bawiła. Mamy też przedyskutować z panią Olą z Moriquendi kwestię wystaw. Być może na jakąś się wybiorę i pokażę czekoladkę „światu” :-) Najbardziej martwi mnie kwestia szczepienia przeciwko wściekliźnie. Mała siłą rzeczy będzie kotem wychodzącym, bo u nas latem drzwi tarasowe na ogród są zawsze otwarte i nie będzie możliwości zatrzymania jej w domu (no chyba, że przez całe lato będzie siedziała zamknięta w jednym pokoju – bez sensu). Tak więc trzeba będzie zrobić szczepienie przeciwko wściekliźnie i białaczce, a z tego co wiem istnieje pewne ryzyko, że pojawi się po nich mięsak poszczepienny :-( Będę musiała to dokładnie przemyśleć, a przede wszystkim przedyskutować z hodowcą i moim vetem. Oni na pewno najlepiej mi poradzą.
A na razie załączam zdjęcia małej, które dostałam od pani Oli (prawda, że strasznie urosła?):
A na razie załączam zdjęcia małej, które dostałam od pani Oli (prawda, że strasznie urosła?):
piątek, października 29, 2010
wizja bycia kocią babcią
Ależ stres dziś przeżyłam u weterynarza, kiedy padło podejrzenie, że łaciata może być w ciąży. Pani doktor wykonała USG i na szczęście niczego nie znalazła. Za to kicia puściła bardzo śmierdzącego bąka - werdykt - przejedzenie. Na razie dostała tabletkę na odrobaczenie i zostały jej obcięte pazurki. Szczepienie za jakiś tydzień o ile zostanie w dotychczasowym domku. Nistety alergią przybiera na sile :-( Nie wiadomo, co z tego będzie. Póki co szukamy innego domu dla niej. Tak na wszelki wypadek.
- Posted using BlogPress from my iPhone
- Posted using BlogPress from my iPhone
Location:Wałbrzych
środa, października 27, 2010
codzienność
Dzisiaj miałam dzień pełen wrażeń. W pracy nagle sypnęły się wszystkie moje plany, co szczerze mówiąc dosyć mnie zirytowało. Uroki pracy w japońskiej firmie. Człowiek ma jakiś pomysł, dostaje zgodę by go zrealizować, bierze się za to pełen entuzjazmu i nagle wszystko bierze w łeb, bo ktoś tam na wyższym szczeblu systemu ringi zmienił sobie zdanie. W takich chwilach człowiek czuje się jak przebity balon. Normalnie słyszałam to uchodzące ze mnie powietrze.
W dość kiepskim nastroju wróciłam do domu i zastałam przy śmietniku łaciatego kociaka, którego dokarmiamy od kilku dni. Kotek ufny, łasi się do ludzi, od razu zaczyna mruczeć, wskakuje na kolana i za nic nie chce z nich zejść. Wyraźnie jakiś ktoś bez serca porzucił go na naszym osiedlu, bo niemożliwe by to był dziki kot. To zmniejsza też jego szansę na przeżycie, bo skąd kot domowy ma znać reguły walki o przetrwanie z dzikimi kotami? Już od kilku dni nie mogę przestać o nim myśleć, a jak mi dziś wlazł na kolana i zaczął się przytulać to był koniec. Zalałam się łzami i zmusiłam moją rodzicielkę, by zadzwoniła do koleżanki i namówiła ją na kota. Ja ze swoimi znajomymi już próbowałam, ale nikt nie chce :-( Owa koleżanka niestety ma syna z alergią, co skutecznie ją zniechęca do futrzaka. Mimo wszystko przyjechała. Ponad godzinę siedziałam jak na szpilkach czekając na nią, a łaciak zdenerwowany na początku ostatecznie był bardziej spokojny niż ja, usadowiony na miękkim kocyku i odizolowany od mojej Kizi szklanymi drzwiami przedpokoju. Kizia w sumie całkiem nieźle zniosła obecność obcego kota w domu, co mnie trochę uspokaja jeśli chodzi o dokacanie Orodruiną, która będzie z nami już za dwa tygodnie. Ale wracając do łaciaka, koleżanka przyjechała z synem, kota wygłaskali i wzięli do domu z zastrzeżeniem, że jeśli będzie źle to odwiozą. Obiecałam załatwić weterynarza ze wszystkimi szczepieniami i odrobaczeniem. Kotek wygląda zdrowo, ale lepiej się upewnić, bo nie wiadomo w jakich warunkach przebywał. Teraz pozostaje mi tylko trzymać mocno kciuki, by nowy domek okazał się domem na stałe.
Teraz odrobinę spokojniejsza siedzę w pokoju i słucham dźwięku, którego nie słyszałam od jakiś 20 lat, ale którego nie da się zapomnieć. Dzzzzzzziiiiiiiiiidzzzzzzyy... Tata wygrzebał z garażu stare Commodore, które o dziwo wciąż chodzi :-) Ta kwadracikowa grafika prostej gierki przywołuje wspomnienia z dzieciństa, gdy po nocach zgrywało się 20 taśm, aby w końcu rano można było pograć. To były czasy! :-P
- Posted using BlogPress from my iPhone
W dość kiepskim nastroju wróciłam do domu i zastałam przy śmietniku łaciatego kociaka, którego dokarmiamy od kilku dni. Kotek ufny, łasi się do ludzi, od razu zaczyna mruczeć, wskakuje na kolana i za nic nie chce z nich zejść. Wyraźnie jakiś ktoś bez serca porzucił go na naszym osiedlu, bo niemożliwe by to był dziki kot. To zmniejsza też jego szansę na przeżycie, bo skąd kot domowy ma znać reguły walki o przetrwanie z dzikimi kotami? Już od kilku dni nie mogę przestać o nim myśleć, a jak mi dziś wlazł na kolana i zaczął się przytulać to był koniec. Zalałam się łzami i zmusiłam moją rodzicielkę, by zadzwoniła do koleżanki i namówiła ją na kota. Ja ze swoimi znajomymi już próbowałam, ale nikt nie chce :-( Owa koleżanka niestety ma syna z alergią, co skutecznie ją zniechęca do futrzaka. Mimo wszystko przyjechała. Ponad godzinę siedziałam jak na szpilkach czekając na nią, a łaciak zdenerwowany na początku ostatecznie był bardziej spokojny niż ja, usadowiony na miękkim kocyku i odizolowany od mojej Kizi szklanymi drzwiami przedpokoju. Kizia w sumie całkiem nieźle zniosła obecność obcego kota w domu, co mnie trochę uspokaja jeśli chodzi o dokacanie Orodruiną, która będzie z nami już za dwa tygodnie. Ale wracając do łaciaka, koleżanka przyjechała z synem, kota wygłaskali i wzięli do domu z zastrzeżeniem, że jeśli będzie źle to odwiozą. Obiecałam załatwić weterynarza ze wszystkimi szczepieniami i odrobaczeniem. Kotek wygląda zdrowo, ale lepiej się upewnić, bo nie wiadomo w jakich warunkach przebywał. Teraz pozostaje mi tylko trzymać mocno kciuki, by nowy domek okazał się domem na stałe.
Teraz odrobinę spokojniejsza siedzę w pokoju i słucham dźwięku, którego nie słyszałam od jakiś 20 lat, ale którego nie da się zapomnieć. Dzzzzzzziiiiiiiiiidzzzzzzyy... Tata wygrzebał z garażu stare Commodore, które o dziwo wciąż chodzi :-) Ta kwadracikowa grafika prostej gierki przywołuje wspomnienia z dzieciństa, gdy po nocach zgrywało się 20 taśm, aby w końcu rano można było pograć. To były czasy! :-P
- Posted using BlogPress from my iPhone
sobota, października 23, 2010
Uroki szkoły wyższej
Czasami aż wstyd mi siedzieć na tych moich zajęciach. Sala jakieś 150 osób w różnym wieku, wydawałoby się, że dorosłych, a prowadząca nie może prowadzić wykładu, bo jest tak głośno. Nie pomagają prośby o ciszę ani upomnienia. Pani doktor ostatecznie odkłada mikrofon próbując wymóc ciszę, a w końcu kiedy i to nie pomaga, zupełnie milknie. Po całym dniu w takim hałasie moja głowa pęka z bólu i z irytacji, bo z każdej strony ktoś mi buczy nad uchem. Może jestem już za stara na takie ekstremalne warunki. Nie wspominając już o tym, że tracę bez sensu całą sobotę, bo niewiele wynoszę z tych wykładów. Totalny brak kultury i szacunku dla innych. Nie wiem, kto tych ludzi wychowywał. Nie rozumiem też po co przychodzą na wykłady skoro i tak ich nie mają zamiar słuchać. Dodam, że obecność nie jest obowiązkowa.
- Posted using BlogPress from my iPhone
- Posted using BlogPress from my iPhone
Location:Wrocław
poniedziałek, października 18, 2010
podsumowanie po powrocie
Weekend się skończył, trzeba było wrócić do pracy. Znowu mam stosik zdjęć do wywołania (zapomniałam przestawić RAW na JPEG), ale przynajmniej nie ma tego tak dużo, jak zdjęć z Chin, czy nawet z Irlandii. Zupełnie nie mam czasu się nimi zajmować L
Podsumowując Budapeszt, udało nam się przeżyć czerwoną papryczkę Węgrów, choć z czterech osób na wycieczce praktycznie trzy były bliskie uduszenia (podejrzewam, że plucie papryczką w restauracji i bardzo czerwoni klienci są już tam normą), przejechaliśmy po kilka razy budapeszteńskie mosty, bo choć widzieliśmy ulicę, na którą chcieliśmy wjechać, to za cholerę nie mogliśmy tego zrobić i w kółko jeździliśmy po mostach, błądziliśmy też pół godziny po łaźniach, bo opisy może i są, ale po węgiersku, a w tak dużym kompleksie zdecydowanie przydałaby się jakaś mapa, albo chociaż mini plan dla biednego człowieczka, który nie jest obeznany, a bardzo chce znaleźć damską szatnię nie narażając się równocześnie na widok nagiego pana, którego niekoniecznie chce oglądać, mieszkaliśmy w pięknej, starej i bardzo tradycyjnej węgierskiej kamienicy z wewnętrznymi krużgankami, wykładanej marmurem, która nas wszystkich zachwyciła, spróbowaliśmy węgierskiego gulaszu (trochę inny niż ten nasz – więcej w nim warzyw), piliśmy Tokaja i nachodziliśmy się tak, że dziś wciąż czuję swoje mięśnie (mam je na pewno) nie wspominając już o obtarciach (potrzebuję nowych butów wycieczkowych, bo stare niechcący porzuciłam w Irlandii).
sobota, października 16, 2010
Budapesztowe szaleństwo
Właśnie siedzę w Groove Hostel w Budapeszcie i dogorewam. Wczoraj zaraz po pracy ruszyliśmy w drogę, by spędzić tu weekend. Jechaliśmy 7h z małym kawałkiem i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie okazało się, że GPS pokazuje kilka różnych ulic jako te same z taką samą nazwą i w ten sposób wylądowaliśmy w zupełnie innym miejscu niż powinniśmy. Zanim znaleźliśmy właściwą ulicę i nasz hostel (i miejsce do parkowania) było już po pierwszej. Padnięci po prostu poszliśmy spać. Plusem było to, że chociaż pooglądaliśmy sobie Budapeszt nocą przez to całe krążenie po nim.
Dziś rano skonsumowaliśmy śniadanie i ruszyliśmy w miasto. Postanowiliśmy porzucić samochód i ziwedzać na piechotę (to dlatego teraz dogorewam - po ponad 7h łażenia jestem wykończona). Budapeszt ma to do siebie, że za każdym rogiem sprawia Ci niespodziankę w postaci pięknie wykończonego domu, czy rzeźby, czy jakiejś ukrytej budowli. Idziesz sobie ulicą i nagle trafiasz do bajkowego zamku (Bastion Rybaka), albo schodzisz schodami, a przed tobą rzeźba spadającego mężczyzny. Rzeźb, pomników i statuł tutaj całe masy. Pewnie można by o nich pokaźny album skomponować.
Uważam, że miasto jest wykończone w szczególe. Po prostu piękne i jeden dzień to zdecydowanie zbyt krótko, by je dokładnie pooglądać. Urzeka swoją koronkowością (szczególnie na parlamencie jest to widoczne - misterna robota). Z pewnością jeszcze tu kiedyś zawitam po więcej.
Jutro mamy w planach słynne węgierskie ładnie i potem wracamy do domu, by dotrzeć o jakiejś przyzwoitej porze.
- Posted using BlogPress from my iPhone
Dziś rano skonsumowaliśmy śniadanie i ruszyliśmy w miasto. Postanowiliśmy porzucić samochód i ziwedzać na piechotę (to dlatego teraz dogorewam - po ponad 7h łażenia jestem wykończona). Budapeszt ma to do siebie, że za każdym rogiem sprawia Ci niespodziankę w postaci pięknie wykończonego domu, czy rzeźby, czy jakiejś ukrytej budowli. Idziesz sobie ulicą i nagle trafiasz do bajkowego zamku (Bastion Rybaka), albo schodzisz schodami, a przed tobą rzeźba spadającego mężczyzny. Rzeźb, pomników i statuł tutaj całe masy. Pewnie można by o nich pokaźny album skomponować.
Uważam, że miasto jest wykończone w szczególe. Po prostu piękne i jeden dzień to zdecydowanie zbyt krótko, by je dokładnie pooglądać. Urzeka swoją koronkowością (szczególnie na parlamencie jest to widoczne - misterna robota). Z pewnością jeszcze tu kiedyś zawitam po więcej.
Jutro mamy w planach słynne węgierskie ładnie i potem wracamy do domu, by dotrzeć o jakiejś przyzwoitej porze.
- Posted using BlogPress from my iPhone
Location:Budapeszt
czwartek, września 30, 2010
Orodruina
No więc decyzja zapadła. W połowie listopada zamieszka z nami mała czekoladka z hodowli kotów brytyjskich Moriquendi. Zaliczka wpłacona, odwrotu nie ma - BĘDĘ SIĘ DOKACAĆ!
Wciąż jestem pełna obaw i mam trochę wyrzutów sumienia, że może zrobię swojej kotce okropną krzywdę, przez co ona się obrazi i już nigdy nie przyjdzie do mnie na gizianie. Te wyrzuty sumienia i obawy troszkę przyćmiewają radość oczekiwania na małą, puchatą kulkę. Z drugiej strony mam nadzieję, że się dogadają i po kilku dniach będą już nierozłączne :-) No i Pusha, która nie znosi być sama już zawsze będzie miała towarzystwo ;-)
Martwi mnie wiek mojej kocicy - stateczne dziesięć lat, ponieważ im kot starszy, tym gorzej znosi zmiany. Z drugiej strony Pushka już miała 3 właścicieli i 5 razy się przeprowadzała, więc żadna zmiana nie powinna być jej straszna. Mieszkała też z psem i dawno temu w jednym z naszych miejsc zamieszkania w czasach mojego życia studenckiego, była odwiedzana przez błękitnego brytyjczyka sąsiadów i nic sobie z tego nie robiła. On ją godzinami obserwował spod fotela, a ona, gdy się znudziła tym gapieniem, wskakiwała na fotel i dawała mu z łapy po głowie.
W każdym razie Oro jest zaklepana, co można zobaczyć na stronie hodowli w dziale "Kocięta" -> "Poprzednie moty". To "zarezerwowana" na dole strony, to JA :-D
Jej imię Orodruina to z Tolkiena, jeśli ktoś nie skojarzył (nazwa Góry Przeznaczenia). W sumie przypadło mi do gustu, więc myślę, że takie zostanie. W skrócie będzie Oro.
Obecnie Oro ma 8 tygodni (urodzona 4 sierpnia) i kilka dni temu ważyła 586g. Brytyjczyki zazwyczaj rosną całkiem spore (kastrowany kocur może nawet osiągnąć wagę 11kg), więc spodziewam się, że będzie z niej mały niedźwiadek. Mam nadzieję, że wyrośnie na równie śliczną kotkę, co jej babcia Ada, o której już wspominałam we wcześniejszym poście. Mamusią jest Harmony :-) Na oko szacuję, że odbiór będzie w okolicach 11 listopada, co świetnie by się składało, bo to przed długim weekendem i będę miała 4 wolne dni, by móc spokojnie zająć się wprowadzeniem Oro do domu i zapoznaniem z Pushką. Oby dokacanie przebiegło bezboleśnie.
Tutaj zdjęcia Oro ze strony Moriquendi:
A tutaj kilka zdjęć zrobionych przez Dorszkę:
Na koniec dostojna rezdentka:
Subskrybuj:
Posty (Atom)










