sobota, września 05, 2009

Xi'an - dzień pierwszy i Terakotowa Armia

We wczesnych godzinach porannych dotarłyśmy do jednego z moich ulubionych miast w Chinach - Xi'an. Mam stąd bardzo miłe wspomnienia z przed 3 lat. Na pierwszy rzut oka nic się nie zmienilo.
Pierwsze co, to pognałyśmy do kas, by kupić bilety do Chengdu. Po niepowodzeniu z Pingyao chcemy być zabezpieczone. Bilety byly i nawet dostalysmy miejsca leżące, tak więc wszystko gra.

Pewnym rozczarowaniem okazał się hostel, w którym mieszkałyśmy 3 lata temu. Jest w przebudowie i łazienki czy toalety maja tu dużo gorszy standard niż te w Pekinie (tamte były całkiem niezłe), a za pierwszym razem zrobił na nas bardzo dobre wrażenie i miał fajną restaurację, gdzie zbierały się masy obcokrajowców, z którymi można pogadać, a teraz restauracja też jest najwyraźniej w przebudowie.
Ogólnie w Xi'an dużo miejsc jest w przebudowie, bądź powstają nowe. Np główna ulica zmieniła się nie do poznania. Cale masy na niej drogich sklepów i ludzi tak dużo, ze ciężko się przecisnąć.

Po obowiązkowym prysznicu, zgarnęłyśmy naszego Norwega, którego poznałyśmy w pociągu i pojechaliśmy do Terakotowej Armii. Tym razem samodzielnie, autobusem 306 z dworca za 14RMB w obie strony, a nie jak za pierwszym razem z wycieczka z hostelu. Autobus jest całkiem ok. Nie staje w żadnych "pułapkach dla turystów" w stylu fabryka jedwabiu, czy inne bzdety, tylko jedzie do celu. No i można spędzić tam tyle czasu, ile się chce.

Armia bez zmian, wciąż robi wrażenie. W sumie nie wydaje mi się, by cokolwiek przybyło. Imponująca jak zawsze. Cena za wstęp również - 90RMB.































































































































































To tylko zdjęcie. 
Niestety kolor znika z figur w kilka 
minu po wydobyciu ich na powierzchnię.
Tlen bardzo mu nie służy.




















































Kareta z brązu



























Widok na budynek muzeum, gdzie
znajdują się karety z brązu i inne
cenne znaleziska.






W drodze powrotnej napotkaliśmy jakiś gigantyczny korek. Na szczęście kierowca zmienił trasę i jakoś po prawie 2h (normalnie jedzie się ok 1h10) dotarliśmy na miejsce. Była dopiero 18, wiec postanowiliśmy wybrać się na "najlepsze pierożki w Chinach", które znajdują się przy Bell Tower w samym centrum Xi'an. Pierożki ku naszej uldze wciąż istnieją, choć ceny poszły znacznie w gore. Najwyraźniej nie tylko my uważamy je za najlepsze. Nasz Norweg po spróbowaniu pierwszego zaczął krzyczeć ze szczęścia, że takie dobre :-D Co tu wiele pisać. Pyszne są. Jutro też je jeszcze zjemy.






Plac przy Bell Tower (Dzwonnicy)























Niedaleko pierożków jest dzielnica islamska, w której postanowiliśmy spędzić resztę wieczoru. Jest tam gigantyczny bazar z jedzeniem rożnego rodzaju. A. zakochała się w księżycowych ciastkach. Ja też jedno nabyłam, ale zostawiłam sobie na podroż do Chengdu, wiec jeszcze zakochana nie jestem.
Poza tym znalazłyśmy na nim drewniane żaby, które pocierane wydaja dźwięk kumkania. Chcę taką, ale wołali za średnią 30-35RBM, a na targowanie się jakoś byłyśmy zbyt zmęczone. Nabędziemy je przy innej okazji.






































































Po powrocie do hostelu (ja z koszmarnym bólem głowy), zastałyśmy Polaka, który właśnie przyjechał z Chengdu. Polecił nam tam dobry hostel prowadzony przez Japonkę i Singapurczyka. Podobno mają świetne centrum informacji i nie są drodzy, więc chcemy się tam zatrzymać. Sichuan budzi nasze obawy, bo nie wiemy, czy uda nam się pojechać do rezerwatu Jiuzhaigou i wrócić bez problemu do Xi'an. Mam nadzieje, że jakoś to będzie.


Przykładowe ceny:
bilet do Chengdu (hard sleeper) - 195RMB
hostel - 45RMB za noc
pranie - 10RMB
Armia Terakotowa - 90RMB
autobus miejski - 1RMB
uliczne placki - 3.5RMB

piątek, września 04, 2009

deszczowy Pekin

Dziś pobudką był deszcz. W planach miałyśmy Letni Pałac, ale w deszczu nie miałoby to zupełnie sensu.
Porządnie głodna skusiłam się na śniadanie serwowane w hostelu - tzw. "french pancake" (francuski naleśnik - 16RMB) podczas którego szukałyśmy, jak można spędzić dzień pod dachem w Pekinie. Zdecydowałyśmy się na Chinese Art Gallery i Museum of Natural History.

W galerii sztuki właśnie była wystawa 60 lat sztuki chińskiej i fartowo trafiłyśmy na wstęp wolny, a definitywnie musimy oszczędzać. Z podliczeń wynika, że z kasą może być krucho i musimy się bardzo ograniczać, jeśli chcemy zobaczyć wszystko, co zaplanowałyśmy i dotrwać do końca. Ogólne założenie to 300RMB na dzień, no i niestety póki co jesteśmy na minusie :-)

W każdym razie galeria była w sumie całkiem interesująca. Pełna obrazów szczęśliwych chijskich rolników z uśmiechem na twarzy orających pola i tak samo radosnych budowniczych. Oczywiście nie zabrakło tez Mao w otoczeniu wielbiącego go narodu. Nie ma to jak porządna dawka socjal realizmu.

Następne było muzeum historii naturalnej i tu też wstęp był darmowy. Spodziewałyśmy się jednak czegoś innego, może jakiś kości dinozaurów, czy czegoś w tym stylu, zamiast tego było pełno wypchanych zwierzaków, trochę elektronicznych pulpitów skierowanych do dzieci, itp.
Szybko z niego wyszłyśmy.






Sala tematyczna - jak powstało
życie













 wypchane zwierzaki









W drodze do drugiego muzeum trafiłyśmy w okolice Placu Tiananmen, gdzie odkryłyśmy ulicę, która jest zupełnie jak Nowy Świat w Warszawie. Chińczycy wyraźnie starają się z niej zrobić deptak z masą eleganckich sklepów. Część z nich już działa, część jest dopiero w przygotowaniu. Ceny wydaja się zawrotne, ale klimat panuje całkiem interesujący, szczególnie kiedy widzi się np zawieszanie znaków na sklepach i inne wykończenia wszelkiego typu. Takie dopinanie na ostatni guzik.






w drodze do muzeum - typowy widok
w Pekinie






 




Brama Zhengyang w południowej 
części Placu Tienanmen
















wejście na ul. Qianmen - chiński Nowy Świat













ul. Qianmen ciąg dalszy















czego NIE WOLNO robić na ul. Qianmen
(najbardziej podoba mi się zakaz plucia,
żonglowania i latania na miotle?? - drugi rząd 
od dołu, pierwsze po lewej)











A niedaleko stacji metra jest, uwaga, RAAMENYA!!!! (restauracja z japońską zupą raamen). Niesamowite. Od razu poszłyśmy tam na lunch. Wielka micha raamenu kosztowała nas 15RMB, czyli nie tak źle. Do tego sprzedawali też dorayaki (słodkie ciastka z nadzieniem z czerwonej fasoli, również japońskie). Kupiłyśmy ich kilka na zapas. To nas uszczęśliwilo na wiele godzin :-D

Wieczorem miałyśmy już nasz burżujski pociąg do Xian. Nie był tak burżujski jak ten 3 lata temu z Pekinu do Szanghaju, no i nie podali kolacji, co mnie bardzo rozczarowało, i nie było do wyboru poduszki miękkiej bądź twardej, ale i tak dobrze się nim jechało.
Spotkałyśmy tez kilku barbarzyncow w tym samym wagonie, wiec mozna bylo pogadać z kimś w zrozumiałym języku :-)


Spis przykładowych cen:
śniadanie w hostelu - 16RMB
metro - 2RMB
raamen - 15RMB
dorayaki x2 - 5RMB
bilet do Xi'an (soft sleeper) - 400RMB

czwartek, września 03, 2009

Wielki Mur

Z samego rana pognałyśmy na Wielki Mur. Tym razem na część oddaloną o 90km od Pekinu - Mutianyu.
Miałyśmy cichą nadzieję, że widoczność będzie lepsza niż w mieście, ale niestety trochę się przeliczyłyśmy i nie było nawet kawałka niebieskiego nieba. Najwyraźniej smog jest wszędzie w okolicach Pekinu. Cóż, trudno. Mur i tak był niesamowity :-)
Spędziłyśmy na nim bardzo przyjemne, ale i męczące 2h z hakiem.
Nawet Polaków spotkałyśmy (szczęściarze, na konferencję do Chin przyjechali i przy okazji sobie zwiedzają).







































Z hostelu o 8.00 rano odebrali nas ludzie z CITS.
Szybko się przekonałam, że dla chińskich kierowców głównym narzędziem sygnalizacji wcale nie są migacze, tylko klakson. Trąbią nim zawsze, kiedy zmieniają pas, wyprzedają, po prostu jadą...
Pasy bezpieczeństwa też mogłyby nie istnieć, chociaż przy wjeździe na autostradę był znak "zapnij pasy", a w każdym razie takie miało to oznaczenie po angielsku. Może pod chińskimi znakami kryło się tam zupełnie coś innego.

Niestety tym razem wycieczka z CITS (China International Travel Service) trochę nas rozczarowała. Miałyśmy dobre wspomnienia po Datong 3 lata temu, gdzie na prawdę wszystko było super zorganizowane i czas wykorzystany do maksimum. Jednak okazuje się, że jeśli chodzi o Pekin i zapewne inne popularne miejsca, lepiej jakoś samemu dojechać niż decydować się na wycieczkę.
W drodze na mur oczywiście zatargali nas do fabryki tradycyjnych wyrobów chińskich (naczynia, itp.). Zaś w drodze powrotnej do fabryki jedwabiu, gdzie usilnie starano nam się sprzedać bardzo dobrą dla alergików i ogólnie zdrową kołderkę z jedwabiu i do domu herbaty (po naszych usilnych odmowach wizyty w owym przybytku ostatecznie wzięli nas na litość, mówiąc, że to firma tak im każe i będą mieli kłopoty, jak nie pójdziemy). W domu herbaty pokazali nam jak należy trzymać palce pijąc określony rodzaj herbaty, ale jakoś nie zapamiętałam. Dali nam do spróbowania cztery rodzaje z czego najbardziej mi smakowała herbata lychee i pierwszej jakości oolong. Oczywiście ceny zawrotne (mały zestaw 120RMB, duży 200RMB, jedno małe pudełko 50RMB, jeden kwiatek herbaciany 10RBM) i nic nie kupiłyśmy. W Szanghaju odwiedzimy naszą znajomą herbaciarnię i może tam się zaopatrzymy, jak finansów wystarczy.
Jednak gwoździem do trumny CITS była na końcu prośba o napiwek dla kierowcy.
No kurcze, umowa była, że płacimy po 200RMB za transport i przewodnika, więc jak dla mnie kierowca też w to był wliczony. Głupio zrobiłyśmy dodając po 10RMB owego "napiwku", choć po minie było widać, że spodziewali się nie wiem, co najmniej 100RMB :-/
Na przyszłość trzeba się jednak tłuc 3h miejskimi autobusami.

Po powrocie do miasta w końcu wybrałyśmy się na chińskie pierożki.
Pyszne były :-)






Pyszne pierożki z mięsem.
Najzabawniejsze było zamawianie
ich z użyciem kartki i długopisu,
by wyjaśnić jakie i ile.
(brak menu w formie papierowej - 
jedynie tablica nad kasą)

















Coś nowego w chińskiej restauracji - 
zakaz palenia i to przestrzegany!!















Kilka cen dla potomnych:
wstęp na mur Mutianyu - 40RMB
w obie strony wyciągiem - 55RMB
transport i przewodnik CITS - 200RMB
parking pod murem - 5RMB
opłata za autostradę - 20RMB
pierożki (6szt) - 5.20RMB
piwo - 4RMB

środa, września 02, 2009

pierwsze problemy

Lot liniami Finnairu był całkiem wygodny trzeba przyznać.
Samotol wyglądał jak nowy. Każdy pasażer miał w fotelu ekranik, czyli centrum rozrywki, które skutecznie dało radę zabić czas.
Osobiście obejrzałam jeden film i postanowiłam się przespać, ale jakoś marnie mi to szło.
Po dosyć długiej podróży ostatecznie ok 9 rano byłyśmy w Pekinie.
Miasto powitało nas kłębami smogu, który całkowicie zasłania niebo i słońce.
W pierwszej chwili myślałam, że to tylko mgła.

Nieziemsko niewyspane wymieniłyśmy kilka Euro na lotnisku i ruszyłyśmy do miasta.
Z lotniska jest bardzo dobry dojazd shuffle busem za 16 RMB.
Jedzie bezpośrednio pod Beijing Railway Station (ok. 20min), skąd już znamy drogę do Saga International Youth Hostel, bo poprzednim razem też się w nim zatrzymałyśmy.
Wystarczy pod dworcem wsiąść w autobus 24 lub 673 i pojechać dwa przystanki do Lumicang (緑米).

W hostelu byłyśmy ok. 12.
Bez problemu wykupiłyśmy naszą rezerwację na łóżka w dormie (65RMB) i w końcu mogłyśmy wziąć prysznic i odpocząć.






Nasz pokój w Saga International 
Youth Hostel












 Widok z dachu naszego hostelu








Po krótkiej drzemce ruszyłyśmy na spacer po mieście.
Na początek wybrałyśmy się w okolice Zakazanego Miasta. Trafiłyśmy na targ uliczny i taki z dziwnymi rzeczami do jedzenia jak skorpiony, węże, rozgwiazdy, itp.
Niestety naszej knajpki z pierożkami już nie ma, a w jej miejscu zrobili jakiś burżujski sklep z ubraniami. Ogólnie Pekin trochę się zmienił. Akcja rządu przed Olimpiadą spowodowała, że jest znacznie czyściej, są kosze na śmieci, sprzątacze cały czas się uwijają w miejscach publicznych, a nawet część Chińczyków zaprzestała plucia ludziom pod nogi. Umiejętności chińskiego rządu w praniu mózgów obywateli są na prawdę zadziwiające. Tylko ten smog mógłby być trochę mniejszy, bo na razie wszystko jest strasznie szare.

Do hostelu wróciłam nieludzko umordowana (zapewne jetlag też robi swoje). Próbowałyśmy jeszcze kupić biletu do Pingyao na dworcu, ale zrezygnowałyśmy. Za dużo ludzi, za mało pracujących okienek. Postanowiłyśmy pozostawić to naszemu hostelowi (liczą sobie 40RMB za usługę - trochę dużo). No i tutaj pojawiły się schody.
Okazało się, że owszem z Pekinu do Pingyo możemy jechać, ale już tylko hard seatem, a nie kuszetką, ale potem z Pingyao do Xi'an nie ma już żadnego wolnego miejsca w pociągu na kolejne 10 dni. Normalnie to niewyobrażalne! Nie wiadomo, co się dzieje. Najwyraźniej to jakiś intensywny sezon podróżniczy.

Ostatecznie postanowiłyśmy odpuścić Pingyao, skoro nie mamy się jak z niego wydostać, i jechać od razu do Xi'an. No i tutaj znowu okazało się, że bilety są jeszcze tylko na drogie miejsca sypialne (co z opłatą za bookowanie dało 440RMB!!!). Nieźle zaczynamy. Nie mając innego wyjścia z bólem serca wzięłyśmy to, co mają. Trochę to nadszarpnie nasz budżet.
No i martwimy się jak dalej będzie z tymi miejscami i czy takie problemy nie rozwalą nam planu podróży :-/

Jutro jedziemy jeszcze na Wielki Mur. Zdecydowałyśmy się na pomoc CITS (China International Travel Service), bo samemu ciężko jest dojechać na odcinek, który nas interesuje (90km od Pekinu). Za sam transport płacimy 200RMB od osoby plus opłaty za wstęp. Mają po nas przyjechać o 8.00 rano. Mam nadzieję, że będzie dobrze.



 Hutong, w którym znajduje się nasz hostel.




Kilka ujęć ul. Wangfujing (taki deptak pekiński):

 




Mała uliczka z targiem i różnymi "pysznościami" odchodząca od ul. Wangfujing:









Plac Tian'anmen i wizerunek Mao:








Spis przykładowych cen:
autobus publiczny - 1RMB
metro - 2-3RMB
noc w hostelu (dorm) - 65RMB
zestaw w McDonald's - 21.5RMB
bilet z Pekinu do Xi'an (soft sleeper) - 400RMB

wtorek, września 01, 2009

W krainie Muminków

No to jesteśmy w Helsinkach.
Pogoda paskudna.
Przy lądowaniu nic nie było widać.
Lotnisko nie imponuje rozmiarem.
Zdążyłyśmy już wszystko obejrzeć.
Przynajmniej mają darmowy Internet więc siedzę i klikam na moim iTouchu.
Za jakieś 6 h lecimy dalej.
Tymczasem spróbujemy zabić czas szwendając się po sklepach z Muminkami.


Chiny na widnokręgu

Jestem już prawie gotowa do drogi.
Jeszcze tylko mycie, ubieranie, śniadanie i już mnie nie ma.
Za 3h z kawałkiem wsiadam w samolot do Helsinek.
Tam ponad 7h czekania na przesiadkę i jutro rano (czasu chińskiego +6h) będę w Pekinie.
Odezwę się już z Państwa Środka, jeśli tylko uda mi się ominąć blokadę, którą Chińczycy bezczelnie nałożyli na bloggera.

wtorek, sierpnia 25, 2009

nowości w bloggerze

Dowiedziałam się o nowej interesującej funkcji, którą dodał blogger.
Jest to geotagging, czyli możliwość dodania lokalizacji.
Właśnie mam zamiar ją wypróbować.
Może być całkiem fajnym dodatkiem podczas opisywania podróży po Chinach.


Wyświetl większą mapę

niedziela, sierpnia 09, 2009

Wielka Wyprawa II - plan podróży

Po wielu namysłach, poprawkach i grzebaniu w Internecie w poszukiwaniu ciekawych miejsc i możliwych połączeń, w końcu wyklarował się w miarę logiczny plan podróży.
(Albo tylko tak mi się wydaje)
Poniżej mapa Chin z naszą trasą zaznaczoną na zielono.






















Plan w szczegółach:
31.08 - Wałbrzych -> Warszawa
1.09 - Warszawa -> Helsinki -> Pekin
2.09 - lądowanie w Pekinie i swobodne zwiedzanie miasta
3.09 - Wielki Mur i jeśli trafimy również grobowiec Ming
4.09 - Pekin: Pałac Letni, Stary Pałac Letni, Great Bell Temple (ostatnim razem zabrakło czasu)
5.09 - Pingyao (zachowane XIVw miasto)
6.09 - Xi'an (łażenie po mieście i koniecznie pierożki)
7.09 - Xi'an: Armia Terrakotowa
8.09 - Chengdu: Panda Breeding and Research Center
(pooglądamy sobie wielkie miśki, podobno nawet klatkę można im wyczyścić, za darmo!!! ;-p )
9.09 - Leshan i Wielki Budda
10.09 - 10h autobusem na trasie Chengdu -> Jiuzhaigou
11.09 - magiczna dolina Jiuzhaigou
12.09 - dolina Huanglong i może Songpan (stare miasto tybetańskie)
13.09 - Jiuzhaigou -> Xi'an (pierożki) -> Luoyang
14.09 - Luoyang: groty Longmen z tysiącem podobizn Buddy wyrzeźbionym w skale
15.09 - Shaolin (mam nadzieję załapać się na Międzynarodowy Festiwal Sztuk Walki)
16.09 - Nanjing (jedena z czterech wielkich starożytnych stolic Chin)
17.09 - Huang Shan, czyli Żółte Góry (ze względu na spływ Yangze nie dałyśmy rady poprzednim razem)
18.09 - Huang Shan (oglądanie wschodu słońca ze szczytu i zejście)
19.09 - Hangzhou (jedno z dwóch nieb Chin)
20.09 - Suzhou (drugie niebo nazywane również chińską Wenecją)
21.09 - Tongli (małe wodne miasteczko)
22.09 - Putuo Shan (święta wyspa buddyzmu)
23.09 - Szanghaj (włóczęga po mieście, znajoma herbaciarnia)
24.09 - Pekin (opera pekińska lub pokazy akrobatyczne)
25.09 - Pekin: Qing Tombs, Marco Polo Bridge, Tanzhe Temple, Chuandixia
26.09 - Pekin (dzień na ostatnie zakupy pamiątek)
27.09 - Pekin -> Helsinki -> Warszawa
28.09 - Warszawa ->Wałbrzych

No więc mniej więcej to tyle. Na ile uda się to zrealizować, nie wiadomo.
Patrząc na to jestem pewna, że do domu wrócę wykończona :-)

W każdym razie zaczęłam czynić konkretne przygotowania:






















Mam już spis potrzebnych rzeczy, kolejny survivalowy notes, a nawet zbiór najświeższych wskazówek o Chinach ;-)

środa, sierpnia 05, 2009

weekend w Toruniu

W końcu pojechałam do zamku krzyżackiego w Radzyniu Chełmińskim ("Pan Samochodzik i Templariusze"), do którego wybieram się od lipca 2008. W prawdzie droga zabrała mi więcej, niż przewidziałam - z Torunia jest jakieś 60km, ale ja się zgubiłam na bocznych drogach i ostatecznie jechałam 2h :-/, ale w sumie uważam, że było warto. Zamek wygląda na prawdę super, a w każdym razie to, co z niego pozostało.
















Znajduje się praktycznie przy samej drodze, więc daleko iść nie trzeba. Samochód też można zostawić pod restauracją po drugiej stronie ulicy.
Z wnętrz niewiele pozostało. Jest jedna sala z jako tako zrobioną podłogą i nieciekawym sufitem, w której znajduje się makieta zamku i jakieś drobne pozostałości w gablotach.
Są też podziemia częściowo zawalone różnymi dziwnymi gratami w stylu takich, jakie można znaleźć w domu na strychu, czy w piwnicy. A jedno z pomieszczeń jest zastawione stołami i tandetnymi tekturowymi rycerzami. Najwyraźniej jest tam grill-bar, który był nieczynnym podczas mojego pobytu.
Można też wejść na jedną z wieżyczek.
Prowadzą na nią schody murowane i drewniane, a na samym końcu jest bardzo niskie i wąskie wyjście - trzeba się przeciskać na czworaka.
Ja nie wiem, jak Ci rycerze w zbrojach tam włazili.


Zaś w niedzielę poznałam miejsce, do którego najwyraźniej udaje się cała populacja Torunia podczas weekendu.















Jeziorko znajduje się niedaleko Torunia, ale korki w drodze do niego są straszne. Poza tym na miejscu też człowiek przy człowieku. Już nawet nie wspominając o tym, że w drodze powrotnej, aby opuścić parking i wydostać się na normalną drogę, trzeba było stać pół godziny w korku, w upale. Nie wiem, czy warto się tak katować dla kilku godzin wśród masy spoconych ciał oblanych olejkami i lodowatej wody (szczególnie, gdy kostium kąpielowy został w Wałbrzychu)

jeszcze trochę

Jednak zostaję trochę dłużej w Toruniu niż początkowo planowałam.
Będę tu do 21 sierpnia. To już ostateczny termin.
Potem tydzień w domu na przygotowania i do Chin :-]

środa, lipca 22, 2009

z dnia na dzień

Ciało odwykłe od trybu 8h pracy plus ewentualne nadgodziny, po powrocie do domu odmawia współpracy. Najchętniej bym przesypiała całe wieczory. Tylko głód zmusza mnie do przygotowania kolacji, a znajomi do wyjścia na piwo od czasu do czasu.
Przez to blog znowu kuleje, a "niewywołane" zdjęcia z klasztoru Cystersów wciąż zalegają na dysku.
Poza tym w fabryce nic się nie zmieniło.
Tak jakbym była nieobecna tylko 1 dzień, a nie ponad 2 miesiące.

czwartek, lipca 16, 2009

TORUŃにようこそ















Najwyraźniej mój pierniczkowy szał zaowocował powrotem do Torunia.
Przyjęłam miesięczne zlecenie na tłumaczenie i ponownie wylądowałam w fabryce.
Planowo będę tutaj do 7 sierpnia.

wtorek, czerwca 23, 2009

chcę to

Znalazłam dziś całkiem interesującą stronę. Nazywa się chcę to i jak nazwa wskazuje, służy do tego, by wpisywać na niej rzeczy, które się chce.

Myślę, że to bardzo wygodne w przypadku ślubu, urodzin i różnych innych okazji, z których wręcza się prezenty. Wygodne dla wręczającego, który nie musi się tak bardzo głowić, co by tu kupić, tylko wchodzi na stronkę solenizanta i wybiera prezent z jego listy. Jednak z drugiej strony w pewnym stopniu eliminuje to niespodziankę. No i wiadomo, im bardziej wręczający się namęczy szukając dobrego prezentu (albo tym bardziej jeśli zrobi coś samemu), tym większa jest jego wartość :-D Ja osobiście lubię wyszukiwać na prezent coś niespotykanego, choć przyznam, że zawsze strasznie się męczę zastanawiając, czy na pewno spodoba się to obdarowywanemu.

Tak czy siak, jest to dobre rozwiązane dla kogoś, kto niezbyt dobrze zna osobę, której chce kupić prezent.


Edit. Zaczęłam już tworzyć swoją listę. Bardzo wciągające. Chcecie mi kupić prezent? Link po lewej :-p

środa, czerwca 17, 2009

trochę kultury

W ramach ukulturalniania wybieram się dzisiaj do Opery Wrocławskiej na "Jezioro łabędzie" Czajkowskiego.
Niestety nie mogę powiedzieć, że ostatni balet, na którym byłam - "Pan Twardowski" Ludomira Różyckiego mogę zaliczyć do udanych. Był za ciężki i zupełnie nie w moim guście.
Może ten bardziej mi się spodoba.

poniedziałek, czerwca 08, 2009

niedziela, czerwca 07, 2009

Poczta Polska - jednak niezawodna (?)

Do mojej babci w końcu doszła kartka, którą jej wysłałam z Paryża...
...osiem lat temu.
Co by tu nie mówić, Poczta Polska jednak jest niezawodna.

środa, czerwca 03, 2009

Wielka Wyprawa II - znowu Chiny

No to stało się - decyzja o Chinach zapadła.
Chcemy lecieć w terminie 1-29 września.
Teraz szukamy biletu w atrakcyjnej cenie.
A poniżej widoczna moja pi razy drzwi propozycja obszaru podróży :-D


Trzy lata temu nasza trasa wyglądała mniej więcej tak - klik.
Po powrocie próbowałam też spisać całą Wielką Wyprawę, ale jakoś nigdy mi się w całości nie udało. Może na zawsze pozostanie tylko na papierze.

Już mi ślinka cieknie na myśl o pysznej chińskiej kuchni, choć skorpiony, koniki wodne i inne tym podobne paskudztwa uważane tam za przysmaki, raczej sobie odpuszczę ;-)
Pozostanę przy smakowitych baozi (takie duże pierogi robione na parze, wypełnione pysznym nadzieniem), pierożkach w Xian i tym takim zielonym szpinakowatym liściem podawanym z czosnkiem (zaraz się normalnie cała obślinię).
A poniżej baozi w pełnej krasie i różnych odmianach.



niedziela, maja 31, 2009

kawowe zabawy

Ostatnio bawię się w robienie latte macchiato.
Chodzi mi o to, by w szklance były wyraźnie oddzielone kolory - dwa paski białe i jeden brązowy.


Im więcej kaw zalewam, tym lepiej mi wychodzi :-)
Przy trzeciej pod rząd jest już na ogól perfekcyjnie.
Sztuka polega na wlaniu najpierw spienionego mleka, a potem dopiero kawy małym strumieniem, tak by się nie zmieszała z mlekiem.
Na wierzch obowiązkowo cynamon i już nie obowiązkowo, ale dobrze widziana bita śmietana.
Przydałby się jeszcze syrop miętowy, ale jakoś nie mogę znaleźć :-(

czwartek, maja 28, 2009

placek marchewkowy

Moje kolejne podejście do ciasta marchewkowego, tym razem z innym przepisem, w końcu zaowocowało sukcesem. Już myślałam, że to ciasto nigdy mi się nie uda.
Wyszło idealne :-p


Składniki:
・ 30 dag marchewki
・ 4 jajka
・ 30 dag cukru
・ 25 dag mąki
・ 250 ml oleju
・ 5 dag mielonych orzechów laskowych
・ 2 łyżeczki cynamonu
・ szczypta soli
・ 2 łyżeczki proszku do pieczenia
・ filiżanka mocnego, osłodzonego naparu herbaty
・ lukier

Marchewki obrać, umyć i zetrzeć na tarce z małymi oczkami. Odcisnąć nadmiar soku.
Jajka utrzeć z cukrem na puszystą masę.
Ucierając dodawać stopniowo do masy mąkę i olej, orzechy, cynamon, sól i proszek do pieczenia.
Połączyć z marchewką.
Ciasto przełożyć do tortownicy.
Piec ok godziny w 180 stopniach.
Wyjąć z formy, ostudzić.
Nasączyć naparem z herbaty.
Polukrować.

Placek można ozdobić marcepanem - białą, cienko rozwałkowaną masą przykryć wierzch i boki cista. Do tego można np. ułożyć na nim marcepanowe marchewki dla ozdoby.

Sama nigdy nie robiłam masy marcepanowej. Wiem, że można kupić gotową w sklepie.
Znalazłam też takie przepisy do wypróbowania:

1.
50 dag obranych (najłatwiej obierać po sparzeniu) i zmielonych na proszek migdałów utrzeć z 50 dag cukru pudru i 4 białkami na plastyczną masę. Można dodać mniej cukru, a więcej migdałów. Można to też zabarwić barwnikami spożywczymi i porobić różne ozdoby (np małe marchewki) lub rozwałkować i położyć na cieście.

2.
Zmielić 2 szklanki suchych, obranych migdałów na proszek. Dokładnie ucierając, dodać małymi porcjami 2 szklanki cukru pudru. Dodać małymi porcjami sok z połówki cytryny i łyżkę wody. Cały czas ucierać aż masa będzie plastyczna. Przełożyć całość do posypanej cukrem pudrem miseczki i na 24h wstawić do lodówki.

poniedziałek, maja 25, 2009

wszędołazowe szaleństwo

Mamy w domu dodatkowe cztery kółka, na których w niedzielę postanowiłam nauczyć się jeździć.
Jest to quad, nazywany również atv, czy wszędołazem.
Wyobraźcie sobie połączenie samochodu terenowego z motocyklem i będziecie mieli quad.
Wjedzie na wszystko, przynajmniej w teorii.



Tak więc pełna zapału, rozpoczęłam naukę.
W sumie to nic trudnego.
Wystarczy tylko przestawić się, że sprzęgło jest w ręce, a biegi w nodze (na odwrót niż w samochodzie) i wszystko gra.
Najwięcej problemów sprawiło mi wrzucanie luzu, ale w końcu to też opanowałam :-D


Ubrałam długie spodnie (parzy w nogi), długi rękaw (wywrotka mogłaby być mało przyjemna) i kask (bezpieczeństwo przede wszystkim) i ruszyłam w leśną trasę prowadzącą do Kozic.
Trzy razy wpadłam w krzaki :-p
Za trzecim tak, że nie byłam w stanie sama go wytargać z powrotem na drogę.
Pozostawało albo dzwonić po pomoc, albo czekać aż ktoś się napatoczy.
No i napatoczyło się starsze małżeństwo i pomogło :-D


Wróciłam cała w błocie.
Dziś boli mnie dosłownie wszystko (od tego wydostawania się z krzaków), ale zabawa jest przednia.
Teraz przydałby się tylko jeszcze jeden pojazd, bo wiadomo, że we dwoje zawsze raźniej...

czwartek, maja 21, 2009

sushi

W końcu dałam się namówić na sushi.
Czyli ja robię, inni jedzą.
Wykorzystałam krewetki, które zalegały w zamrażalniku od grudnia.
Moje sushi jakoś nigdy mi do końca nie smakuje.
Nie wiem, co oni w nim widzą, że mnie tak zawsze męczą.