No to jesteśmy w Helsinkach.
Pogoda paskudna.
Przy lądowaniu nic nie było widać.
Lotnisko nie imponuje rozmiarem.
Zdążyłyśmy już wszystko obejrzeć.
Przynajmniej mają darmowy Internet więc siedzę i klikam na moim iTouchu.
Za jakieś 6 h lecimy dalej.
Tymczasem spróbujemy zabić czas szwendając się po sklepach z Muminkami.
wtorek, września 01, 2009
Chiny na widnokręgu
Jestem już prawie gotowa do drogi.
Jeszcze tylko mycie, ubieranie, śniadanie i już mnie nie ma.
Za 3h z kawałkiem wsiadam w samolot do Helsinek.
Tam ponad 7h czekania na przesiadkę i jutro rano (czasu chińskiego +6h) będę w Pekinie.
Odezwę się już z Państwa Środka, jeśli tylko uda mi się ominąć blokadę, którą Chińczycy bezczelnie nałożyli na bloggera.
Jeszcze tylko mycie, ubieranie, śniadanie i już mnie nie ma.
Za 3h z kawałkiem wsiadam w samolot do Helsinek.
Tam ponad 7h czekania na przesiadkę i jutro rano (czasu chińskiego +6h) będę w Pekinie.
Odezwę się już z Państwa Środka, jeśli tylko uda mi się ominąć blokadę, którą Chińczycy bezczelnie nałożyli na bloggera.
wtorek, sierpnia 25, 2009
nowości w bloggerze
Dowiedziałam się o nowej interesującej funkcji, którą dodał blogger.
Jest to geotagging, czyli możliwość dodania lokalizacji.
Właśnie mam zamiar ją wypróbować.
Może być całkiem fajnym dodatkiem podczas opisywania podróży po Chinach.
Wyświetl większą mapę
Jest to geotagging, czyli możliwość dodania lokalizacji.
Właśnie mam zamiar ją wypróbować.
Może być całkiem fajnym dodatkiem podczas opisywania podróży po Chinach.
Wyświetl większą mapę
niedziela, sierpnia 09, 2009
Wielka Wyprawa II - plan podróży
Po wielu namysłach, poprawkach i grzebaniu w Internecie w poszukiwaniu ciekawych miejsc i możliwych połączeń, w końcu wyklarował się w miarę logiczny plan podróży.
(Albo tylko tak mi się wydaje)
Poniżej mapa Chin z naszą trasą zaznaczoną na zielono.

Plan w szczegółach:
31.08 - Wałbrzych -> Warszawa
1.09 - Warszawa -> Helsinki -> Pekin
2.09 - lądowanie w Pekinie i swobodne zwiedzanie miasta
3.09 - Wielki Mur i jeśli trafimy również grobowiec Ming
4.09 - Pekin: Pałac Letni, Stary Pałac Letni, Great Bell Temple (ostatnim razem zabrakło czasu)
5.09 - Pingyao (zachowane XIVw miasto)
6.09 - Xi'an (łażenie po mieście i koniecznie pierożki)
7.09 - Xi'an: Armia Terrakotowa
8.09 - Chengdu: Panda Breeding and Research Center
(pooglądamy sobie wielkie miśki, podobno nawet klatkę można im wyczyścić, za darmo!!! ;-p )
9.09 - Leshan i Wielki Budda
10.09 - 10h autobusem na trasie Chengdu -> Jiuzhaigou
11.09 - magiczna dolina Jiuzhaigou
12.09 - dolina Huanglong i może Songpan (stare miasto tybetańskie)
13.09 - Jiuzhaigou -> Xi'an (pierożki) -> Luoyang
14.09 - Luoyang: groty Longmen z tysiącem podobizn Buddy wyrzeźbionym w skale
15.09 - Shaolin (mam nadzieję załapać się na Międzynarodowy Festiwal Sztuk Walki)
16.09 - Nanjing (jedena z czterech wielkich starożytnych stolic Chin)
17.09 - Huang Shan, czyli Żółte Góry (ze względu na spływ Yangze nie dałyśmy rady poprzednim razem)
18.09 - Huang Shan (oglądanie wschodu słońca ze szczytu i zejście)
19.09 - Hangzhou (jedno z dwóch nieb Chin)
20.09 - Suzhou (drugie niebo nazywane również chińską Wenecją)
21.09 - Tongli (małe wodne miasteczko)
22.09 - Putuo Shan (święta wyspa buddyzmu)
23.09 - Szanghaj (włóczęga po mieście, znajoma herbaciarnia)
24.09 - Pekin (opera pekińska lub pokazy akrobatyczne)
25.09 - Pekin: Qing Tombs, Marco Polo Bridge, Tanzhe Temple, Chuandixia
26.09 - Pekin (dzień na ostatnie zakupy pamiątek)
27.09 - Pekin -> Helsinki -> Warszawa
28.09 - Warszawa ->Wałbrzych
No więc mniej więcej to tyle. Na ile uda się to zrealizować, nie wiadomo.
Patrząc na to jestem pewna, że do domu wrócę wykończona :-)
W każdym razie zaczęłam czynić konkretne przygotowania:

Mam już spis potrzebnych rzeczy, kolejny survivalowy notes, a nawet zbiór najświeższych wskazówek o Chinach ;-)
(Albo tylko tak mi się wydaje)
Poniżej mapa Chin z naszą trasą zaznaczoną na zielono.
Plan w szczegółach:
31.08 - Wałbrzych -> Warszawa
1.09 - Warszawa -> Helsinki -> Pekin
2.09 - lądowanie w Pekinie i swobodne zwiedzanie miasta
3.09 - Wielki Mur i jeśli trafimy również grobowiec Ming
4.09 - Pekin: Pałac Letni, Stary Pałac Letni, Great Bell Temple (ostatnim razem zabrakło czasu)
5.09 - Pingyao (zachowane XIVw miasto)
6.09 - Xi'an (łażenie po mieście i koniecznie pierożki)
7.09 - Xi'an: Armia Terrakotowa
8.09 - Chengdu: Panda Breeding and Research Center
(pooglądamy sobie wielkie miśki, podobno nawet klatkę można im wyczyścić, za darmo!!! ;-p )
9.09 - Leshan i Wielki Budda
10.09 - 10h autobusem na trasie Chengdu -> Jiuzhaigou
11.09 - magiczna dolina Jiuzhaigou
12.09 - dolina Huanglong i może Songpan (stare miasto tybetańskie)
13.09 - Jiuzhaigou -> Xi'an (pierożki) -> Luoyang
14.09 - Luoyang: groty Longmen z tysiącem podobizn Buddy wyrzeźbionym w skale
15.09 - Shaolin (mam nadzieję załapać się na Międzynarodowy Festiwal Sztuk Walki)
16.09 - Nanjing (jedena z czterech wielkich starożytnych stolic Chin)
17.09 - Huang Shan, czyli Żółte Góry (ze względu na spływ Yangze nie dałyśmy rady poprzednim razem)
18.09 - Huang Shan (oglądanie wschodu słońca ze szczytu i zejście)
19.09 - Hangzhou (jedno z dwóch nieb Chin)
20.09 - Suzhou (drugie niebo nazywane również chińską Wenecją)
21.09 - Tongli (małe wodne miasteczko)
22.09 - Putuo Shan (święta wyspa buddyzmu)
23.09 - Szanghaj (włóczęga po mieście, znajoma herbaciarnia)
24.09 - Pekin (opera pekińska lub pokazy akrobatyczne)
25.09 - Pekin: Qing Tombs, Marco Polo Bridge, Tanzhe Temple, Chuandixia
26.09 - Pekin (dzień na ostatnie zakupy pamiątek)
27.09 - Pekin -> Helsinki -> Warszawa
28.09 - Warszawa ->Wałbrzych
No więc mniej więcej to tyle. Na ile uda się to zrealizować, nie wiadomo.
Patrząc na to jestem pewna, że do domu wrócę wykończona :-)
W każdym razie zaczęłam czynić konkretne przygotowania:

Mam już spis potrzebnych rzeczy, kolejny survivalowy notes, a nawet zbiór najświeższych wskazówek o Chinach ;-)
środa, sierpnia 05, 2009
weekend w Toruniu
W końcu pojechałam do zamku krzyżackiego w Radzyniu Chełmińskim ("Pan Samochodzik i Templariusze"), do którego wybieram się od lipca 2008. W prawdzie droga zabrała mi więcej, niż przewidziałam - z Torunia jest jakieś 60km, ale ja się zgubiłam na bocznych drogach i ostatecznie jechałam 2h :-/, ale w sumie uważam, że było warto. Zamek wygląda na prawdę super, a w każdym razie to, co z niego pozostało.

Znajduje się praktycznie przy samej drodze, więc daleko iść nie trzeba. Samochód też można zostawić pod restauracją po drugiej stronie ulicy.
Z wnętrz niewiele pozostało. Jest jedna sala z jako tako zrobioną podłogą i nieciekawym sufitem, w której znajduje się makieta zamku i jakieś drobne pozostałości w gablotach.
Są też podziemia częściowo zawalone różnymi dziwnymi gratami w stylu takich, jakie można znaleźć w domu na strychu, czy w piwnicy. A jedno z pomieszczeń jest zastawione stołami i tandetnymi tekturowymi rycerzami. Najwyraźniej jest tam grill-bar, który był nieczynnym podczas mojego pobytu.
Można też wejść na jedną z wieżyczek.
Prowadzą na nią schody murowane i drewniane, a na samym końcu jest bardzo niskie i wąskie wyjście - trzeba się przeciskać na czworaka.
Ja nie wiem, jak Ci rycerze w zbrojach tam włazili.
Zaś w niedzielę poznałam miejsce, do którego najwyraźniej udaje się cała populacja Torunia podczas weekendu.

Jeziorko znajduje się niedaleko Torunia, ale korki w drodze do niego są straszne. Poza tym na miejscu też człowiek przy człowieku. Już nawet nie wspominając o tym, że w drodze powrotnej, aby opuścić parking i wydostać się na normalną drogę, trzeba było stać pół godziny w korku, w upale. Nie wiem, czy warto się tak katować dla kilku godzin wśród masy spoconych ciał oblanych olejkami i lodowatej wody (szczególnie, gdy kostium kąpielowy został w Wałbrzychu)

Znajduje się praktycznie przy samej drodze, więc daleko iść nie trzeba. Samochód też można zostawić pod restauracją po drugiej stronie ulicy.
Z wnętrz niewiele pozostało. Jest jedna sala z jako tako zrobioną podłogą i nieciekawym sufitem, w której znajduje się makieta zamku i jakieś drobne pozostałości w gablotach.
Są też podziemia częściowo zawalone różnymi dziwnymi gratami w stylu takich, jakie można znaleźć w domu na strychu, czy w piwnicy. A jedno z pomieszczeń jest zastawione stołami i tandetnymi tekturowymi rycerzami. Najwyraźniej jest tam grill-bar, który był nieczynnym podczas mojego pobytu.
Można też wejść na jedną z wieżyczek.
Prowadzą na nią schody murowane i drewniane, a na samym końcu jest bardzo niskie i wąskie wyjście - trzeba się przeciskać na czworaka.
Ja nie wiem, jak Ci rycerze w zbrojach tam włazili.
Zaś w niedzielę poznałam miejsce, do którego najwyraźniej udaje się cała populacja Torunia podczas weekendu.

Jeziorko znajduje się niedaleko Torunia, ale korki w drodze do niego są straszne. Poza tym na miejscu też człowiek przy człowieku. Już nawet nie wspominając o tym, że w drodze powrotnej, aby opuścić parking i wydostać się na normalną drogę, trzeba było stać pół godziny w korku, w upale. Nie wiem, czy warto się tak katować dla kilku godzin wśród masy spoconych ciał oblanych olejkami i lodowatej wody (szczególnie, gdy kostium kąpielowy został w Wałbrzychu)
jeszcze trochę
Jednak zostaję trochę dłużej w Toruniu niż początkowo planowałam.
Będę tu do 21 sierpnia. To już ostateczny termin.
Potem tydzień w domu na przygotowania i do Chin :-]
Będę tu do 21 sierpnia. To już ostateczny termin.
Potem tydzień w domu na przygotowania i do Chin :-]
środa, lipca 22, 2009
z dnia na dzień
Ciało odwykłe od trybu 8h pracy plus ewentualne nadgodziny, po powrocie do domu odmawia współpracy. Najchętniej bym przesypiała całe wieczory. Tylko głód zmusza mnie do przygotowania kolacji, a znajomi do wyjścia na piwo od czasu do czasu.
Przez to blog znowu kuleje, a "niewywołane" zdjęcia z klasztoru Cystersów wciąż zalegają na dysku.
Poza tym w fabryce nic się nie zmieniło.
Tak jakbym była nieobecna tylko 1 dzień, a nie ponad 2 miesiące.
Przez to blog znowu kuleje, a "niewywołane" zdjęcia z klasztoru Cystersów wciąż zalegają na dysku.
Poza tym w fabryce nic się nie zmieniło.
Tak jakbym była nieobecna tylko 1 dzień, a nie ponad 2 miesiące.
czwartek, lipca 16, 2009
TORUŃにようこそ
wtorek, czerwca 23, 2009
chcę to
Znalazłam dziś całkiem interesującą stronę. Nazywa się chcę to i jak nazwa wskazuje, służy do tego, by wpisywać na niej rzeczy, które się chce.
Myślę, że to bardzo wygodne w przypadku ślubu, urodzin i różnych innych okazji, z których wręcza się prezenty. Wygodne dla wręczającego, który nie musi się tak bardzo głowić, co by tu kupić, tylko wchodzi na stronkę solenizanta i wybiera prezent z jego listy. Jednak z drugiej strony w pewnym stopniu eliminuje to niespodziankę. No i wiadomo, im bardziej wręczający się namęczy szukając dobrego prezentu (albo tym bardziej jeśli zrobi coś samemu), tym większa jest jego wartość :-D Ja osobiście lubię wyszukiwać na prezent coś niespotykanego, choć przyznam, że zawsze strasznie się męczę zastanawiając, czy na pewno spodoba się to obdarowywanemu.
Tak czy siak, jest to dobre rozwiązane dla kogoś, kto niezbyt dobrze zna osobę, której chce kupić prezent.

Edit. Zaczęłam już tworzyć swoją listę. Bardzo wciągające. Chcecie mi kupić prezent? Link po lewej :-p
Myślę, że to bardzo wygodne w przypadku ślubu, urodzin i różnych innych okazji, z których wręcza się prezenty. Wygodne dla wręczającego, który nie musi się tak bardzo głowić, co by tu kupić, tylko wchodzi na stronkę solenizanta i wybiera prezent z jego listy. Jednak z drugiej strony w pewnym stopniu eliminuje to niespodziankę. No i wiadomo, im bardziej wręczający się namęczy szukając dobrego prezentu (albo tym bardziej jeśli zrobi coś samemu), tym większa jest jego wartość :-D Ja osobiście lubię wyszukiwać na prezent coś niespotykanego, choć przyznam, że zawsze strasznie się męczę zastanawiając, czy na pewno spodoba się to obdarowywanemu.
Tak czy siak, jest to dobre rozwiązane dla kogoś, kto niezbyt dobrze zna osobę, której chce kupić prezent.
Edit. Zaczęłam już tworzyć swoją listę. Bardzo wciągające. Chcecie mi kupić prezent? Link po lewej :-p
środa, czerwca 17, 2009
trochę kultury
W ramach ukulturalniania wybieram się dzisiaj do Opery Wrocławskiej na "Jezioro łabędzie" Czajkowskiego.
Niestety nie mogę powiedzieć, że ostatni balet, na którym byłam - "Pan Twardowski" Ludomira Różyckiego mogę zaliczyć do udanych. Był za ciężki i zupełnie nie w moim guście.
Może ten bardziej mi się spodoba.
Niestety nie mogę powiedzieć, że ostatni balet, na którym byłam - "Pan Twardowski" Ludomira Różyckiego mogę zaliczyć do udanych. Był za ciężki i zupełnie nie w moim guście.
Może ten bardziej mi się spodoba.
poniedziałek, czerwca 08, 2009
niedziela, czerwca 07, 2009
Poczta Polska - jednak niezawodna (?)
Do mojej babci w końcu doszła kartka, którą jej wysłałam z Paryża...
...osiem lat temu.
Co by tu nie mówić, Poczta Polska jednak jest niezawodna.
...osiem lat temu.
Co by tu nie mówić, Poczta Polska jednak jest niezawodna.
środa, czerwca 03, 2009
Wielka Wyprawa II - znowu Chiny
No to stało się - decyzja o Chinach zapadła.
Chcemy lecieć w terminie 1-29 września.
Teraz szukamy biletu w atrakcyjnej cenie.
A poniżej widoczna moja pi razy drzwi propozycja obszaru podróży :-D

Trzy lata temu nasza trasa wyglądała mniej więcej tak - klik.
Po powrocie próbowałam też spisać całą Wielką Wyprawę, ale jakoś nigdy mi się w całości nie udało. Może na zawsze pozostanie tylko na papierze.
Już mi ślinka cieknie na myśl o pysznej chińskiej kuchni, choć skorpiony, koniki wodne i inne tym podobne paskudztwa uważane tam za przysmaki, raczej sobie odpuszczę ;-)
Pozostanę przy smakowitych baozi (takie duże pierogi robione na parze, wypełnione pysznym nadzieniem), pierożkach w Xian i tym takim zielonym szpinakowatym liściem podawanym z czosnkiem (zaraz się normalnie cała obślinię).
A poniżej baozi w pełnej krasie i różnych odmianach.


Chcemy lecieć w terminie 1-29 września.
Teraz szukamy biletu w atrakcyjnej cenie.
A poniżej widoczna moja pi razy drzwi propozycja obszaru podróży :-D
Trzy lata temu nasza trasa wyglądała mniej więcej tak - klik.
Po powrocie próbowałam też spisać całą Wielką Wyprawę, ale jakoś nigdy mi się w całości nie udało. Może na zawsze pozostanie tylko na papierze.
Już mi ślinka cieknie na myśl o pysznej chińskiej kuchni, choć skorpiony, koniki wodne i inne tym podobne paskudztwa uważane tam za przysmaki, raczej sobie odpuszczę ;-)
Pozostanę przy smakowitych baozi (takie duże pierogi robione na parze, wypełnione pysznym nadzieniem), pierożkach w Xian i tym takim zielonym szpinakowatym liściem podawanym z czosnkiem (zaraz się normalnie cała obślinię).
A poniżej baozi w pełnej krasie i różnych odmianach.


niedziela, maja 31, 2009
kawowe zabawy
Ostatnio bawię się w robienie latte macchiato.
Chodzi mi o to, by w szklance były wyraźnie oddzielone kolory - dwa paski białe i jeden brązowy.

Im więcej kaw zalewam, tym lepiej mi wychodzi :-)
Przy trzeciej pod rząd jest już na ogól perfekcyjnie.
Sztuka polega na wlaniu najpierw spienionego mleka, a potem dopiero kawy małym strumieniem, tak by się nie zmieszała z mlekiem.
Na wierzch obowiązkowo cynamon i już nie obowiązkowo, ale dobrze widziana bita śmietana.
Przydałby się jeszcze syrop miętowy, ale jakoś nie mogę znaleźć :-(
Chodzi mi o to, by w szklance były wyraźnie oddzielone kolory - dwa paski białe i jeden brązowy.
Im więcej kaw zalewam, tym lepiej mi wychodzi :-)
Przy trzeciej pod rząd jest już na ogól perfekcyjnie.
Sztuka polega na wlaniu najpierw spienionego mleka, a potem dopiero kawy małym strumieniem, tak by się nie zmieszała z mlekiem.
Na wierzch obowiązkowo cynamon i już nie obowiązkowo, ale dobrze widziana bita śmietana.
Przydałby się jeszcze syrop miętowy, ale jakoś nie mogę znaleźć :-(
czwartek, maja 28, 2009
placek marchewkowy
Moje kolejne podejście do ciasta marchewkowego, tym razem z innym przepisem, w końcu zaowocowało sukcesem. Już myślałam, że to ciasto nigdy mi się nie uda.
Wyszło idealne :-p

Składniki:
・ 30 dag marchewki
・ 4 jajka
・ 30 dag cukru
・ 25 dag mąki
・ 250 ml oleju
・ 5 dag mielonych orzechów laskowych
・ 2 łyżeczki cynamonu
・ szczypta soli
・ 2 łyżeczki proszku do pieczenia
・ filiżanka mocnego, osłodzonego naparu herbaty
・ lukier
Marchewki obrać, umyć i zetrzeć na tarce z małymi oczkami. Odcisnąć nadmiar soku.
Jajka utrzeć z cukrem na puszystą masę.
Ucierając dodawać stopniowo do masy mąkę i olej, orzechy, cynamon, sól i proszek do pieczenia.
Połączyć z marchewką.
Ciasto przełożyć do tortownicy.
Piec ok godziny w 180 stopniach.
Wyjąć z formy, ostudzić.
Nasączyć naparem z herbaty.
Polukrować.
Placek można ozdobić marcepanem - białą, cienko rozwałkowaną masą przykryć wierzch i boki cista. Do tego można np. ułożyć na nim marcepanowe marchewki dla ozdoby.
Sama nigdy nie robiłam masy marcepanowej. Wiem, że można kupić gotową w sklepie.
Znalazłam też takie przepisy do wypróbowania:
1.
50 dag obranych (najłatwiej obierać po sparzeniu) i zmielonych na proszek migdałów utrzeć z 50 dag cukru pudru i 4 białkami na plastyczną masę. Można dodać mniej cukru, a więcej migdałów. Można to też zabarwić barwnikami spożywczymi i porobić różne ozdoby (np małe marchewki) lub rozwałkować i położyć na cieście.
2.
Zmielić 2 szklanki suchych, obranych migdałów na proszek. Dokładnie ucierając, dodać małymi porcjami 2 szklanki cukru pudru. Dodać małymi porcjami sok z połówki cytryny i łyżkę wody. Cały czas ucierać aż masa będzie plastyczna. Przełożyć całość do posypanej cukrem pudrem miseczki i na 24h wstawić do lodówki.
Wyszło idealne :-p

Składniki:
・ 30 dag marchewki
・ 4 jajka
・ 30 dag cukru
・ 25 dag mąki
・ 250 ml oleju
・ 5 dag mielonych orzechów laskowych
・ 2 łyżeczki cynamonu
・ szczypta soli
・ 2 łyżeczki proszku do pieczenia
・ filiżanka mocnego, osłodzonego naparu herbaty
・ lukier
Marchewki obrać, umyć i zetrzeć na tarce z małymi oczkami. Odcisnąć nadmiar soku.
Jajka utrzeć z cukrem na puszystą masę.
Ucierając dodawać stopniowo do masy mąkę i olej, orzechy, cynamon, sól i proszek do pieczenia.
Połączyć z marchewką.
Ciasto przełożyć do tortownicy.
Piec ok godziny w 180 stopniach.
Wyjąć z formy, ostudzić.
Nasączyć naparem z herbaty.
Polukrować.
Placek można ozdobić marcepanem - białą, cienko rozwałkowaną masą przykryć wierzch i boki cista. Do tego można np. ułożyć na nim marcepanowe marchewki dla ozdoby.
Sama nigdy nie robiłam masy marcepanowej. Wiem, że można kupić gotową w sklepie.
Znalazłam też takie przepisy do wypróbowania:
1.
50 dag obranych (najłatwiej obierać po sparzeniu) i zmielonych na proszek migdałów utrzeć z 50 dag cukru pudru i 4 białkami na plastyczną masę. Można dodać mniej cukru, a więcej migdałów. Można to też zabarwić barwnikami spożywczymi i porobić różne ozdoby (np małe marchewki) lub rozwałkować i położyć na cieście.
2.
Zmielić 2 szklanki suchych, obranych migdałów na proszek. Dokładnie ucierając, dodać małymi porcjami 2 szklanki cukru pudru. Dodać małymi porcjami sok z połówki cytryny i łyżkę wody. Cały czas ucierać aż masa będzie plastyczna. Przełożyć całość do posypanej cukrem pudrem miseczki i na 24h wstawić do lodówki.
poniedziałek, maja 25, 2009
wszędołazowe szaleństwo
Mamy w domu dodatkowe cztery kółka, na których w niedzielę postanowiłam nauczyć się jeździć.
Jest to quad, nazywany również atv, czy wszędołazem.
Wyobraźcie sobie połączenie samochodu terenowego z motocyklem i będziecie mieli quad.
Wjedzie na wszystko, przynajmniej w teorii.


Tak więc pełna zapału, rozpoczęłam naukę.
W sumie to nic trudnego.
Wystarczy tylko przestawić się, że sprzęgło jest w ręce, a biegi w nodze (na odwrót niż w samochodzie) i wszystko gra.
Najwięcej problemów sprawiło mi wrzucanie luzu, ale w końcu to też opanowałam :-D

Ubrałam długie spodnie (parzy w nogi), długi rękaw (wywrotka mogłaby być mało przyjemna) i kask (bezpieczeństwo przede wszystkim) i ruszyłam w leśną trasę prowadzącą do Kozic.
Trzy razy wpadłam w krzaki :-p
Za trzecim tak, że nie byłam w stanie sama go wytargać z powrotem na drogę.
Pozostawało albo dzwonić po pomoc, albo czekać aż ktoś się napatoczy.
No i napatoczyło się starsze małżeństwo i pomogło :-D

Wróciłam cała w błocie.
Dziś boli mnie dosłownie wszystko (od tego wydostawania się z krzaków), ale zabawa jest przednia.
Teraz przydałby się tylko jeszcze jeden pojazd, bo wiadomo, że we dwoje zawsze raźniej...
Jest to quad, nazywany również atv, czy wszędołazem.
Wyobraźcie sobie połączenie samochodu terenowego z motocyklem i będziecie mieli quad.
Wjedzie na wszystko, przynajmniej w teorii.
Tak więc pełna zapału, rozpoczęłam naukę.
W sumie to nic trudnego.
Wystarczy tylko przestawić się, że sprzęgło jest w ręce, a biegi w nodze (na odwrót niż w samochodzie) i wszystko gra.
Najwięcej problemów sprawiło mi wrzucanie luzu, ale w końcu to też opanowałam :-D
Ubrałam długie spodnie (parzy w nogi), długi rękaw (wywrotka mogłaby być mało przyjemna) i kask (bezpieczeństwo przede wszystkim) i ruszyłam w leśną trasę prowadzącą do Kozic.
Trzy razy wpadłam w krzaki :-p
Za trzecim tak, że nie byłam w stanie sama go wytargać z powrotem na drogę.
Pozostawało albo dzwonić po pomoc, albo czekać aż ktoś się napatoczy.
No i napatoczyło się starsze małżeństwo i pomogło :-D
Wróciłam cała w błocie.
Dziś boli mnie dosłownie wszystko (od tego wydostawania się z krzaków), ale zabawa jest przednia.
Teraz przydałby się tylko jeszcze jeden pojazd, bo wiadomo, że we dwoje zawsze raźniej...
czwartek, maja 21, 2009
sushi
niedziela, maja 17, 2009
jarmark średniowieczny - part II
Drugi dzień jarmarku był w pewnym sensie bardziej lajtowy niż pierwszy.
Wyjechaliśmy po śniadaniu (żeby było sprawiedliwie innym samochodem ;-) ), pod górkę na szlaku też się nie spieszyliśmy

i pewnie dlatego nie zdążyliśmy już na walki rycerskie i jedyne, co udało mi się sfocić to rycerze w prywatnych ubrankach wracający do domu :-(

Potem chwila na obcykanie wejścia do zamku.
Tu widać charakterystyczne dla Grodna lwy przy bramie, a raczej jednego tym razem.
Jestem strasznie niezadowolona z tego zdjęcia (niebo przepalone, kolor do bani, wokół obstawione samochodami, więc kadr nie nadaje się do niczego) :-/
A tak chciałam lwy zamkowe pstryknąć :-(

Dalej chwila na małą sesję na terenie zamku.



Piwko.

Lody (wygrałam Big Milka :-D ).

Możliwość postrzelania z łuku.

Jak już nam się zamek znudził, postanowiliśmy przejść się do jeziora.

Bystrzyckie się nazywa.

I na brzegu ma masę szkaradnych domków (czy też budek kempingowych).
Ciekawe, czy ktoś to jeszcze wynajmuje??

Czyste też zbytnio nie jest.

Idąc i idąc...

...i idąc wzdłuż brzegu, dotarliśmy w końcu do tamy.

Dalej już drogą asfaltową w stronę, gdzie zostawiliśmy samochód (gdzieś tam pod szlakiem).

I nawet po drodze był punkt widokowy (nie pomnę, że z napisem "wstęp wzbroniony" :-) )

Aż w końcu dotarliśmy do punktu wyjścia, czyli Zagórza.

I nasz samochód też był tam, gdzie go zostawiliśmy :-)
Wyjechaliśmy po śniadaniu (żeby było sprawiedliwie innym samochodem ;-) ), pod górkę na szlaku też się nie spieszyliśmy
i pewnie dlatego nie zdążyliśmy już na walki rycerskie i jedyne, co udało mi się sfocić to rycerze w prywatnych ubrankach wracający do domu :-(
Potem chwila na obcykanie wejścia do zamku.
Tu widać charakterystyczne dla Grodna lwy przy bramie, a raczej jednego tym razem.
Jestem strasznie niezadowolona z tego zdjęcia (niebo przepalone, kolor do bani, wokół obstawione samochodami, więc kadr nie nadaje się do niczego) :-/
A tak chciałam lwy zamkowe pstryknąć :-(
Dalej chwila na małą sesję na terenie zamku.
Piwko.
Lody (wygrałam Big Milka :-D ).
Możliwość postrzelania z łuku.
Jak już nam się zamek znudził, postanowiliśmy przejść się do jeziora.
Bystrzyckie się nazywa.
I na brzegu ma masę szkaradnych domków (czy też budek kempingowych).
Ciekawe, czy ktoś to jeszcze wynajmuje??
Czyste też zbytnio nie jest.
Idąc i idąc...
...i idąc wzdłuż brzegu, dotarliśmy w końcu do tamy.
Dalej już drogą asfaltową w stronę, gdzie zostawiliśmy samochód (gdzieś tam pod szlakiem).
I nawet po drodze był punkt widokowy (nie pomnę, że z napisem "wstęp wzbroniony" :-) )
Aż w końcu dotarliśmy do punktu wyjścia, czyli Zagórza.
I nasz samochód też był tam, gdzie go zostawiliśmy :-)
sobota, maja 16, 2009
jarmark średniowieczny - part I
Jakiś czas temu postanowiłyśmy z moim BFFem, że jak wrócę do domu zaczniemy robić weekendowe wycieczki po okolicznych zamkach.
Na pierwszy ogień padł Zamek Grodno w Zagórzu Śląskim, gdzie właśnie w ten weekend trwał jarmark średniowieczny.
Kto zamek ów zbudował, nie jest do końca pewne. Prawdopodobnie był to Bolko I ok. XIVw., choć niektórzy datują go jeszcze wcześniej na wiek XIIw.
Obecnie ze starej warowni pozostały już praktycznie same ruiny murów i wieża.
Dzieje zamku są dosyć smutne, gdyż przez wieki ciągle zmieniał właściciela, aż w końcu w 1774r. został całkowicie opuszczony. W wyniku czego kilka lat później zawaliła się ściana południowa na górnym dziedzińcu, co spowodowało zniszczenie części skrzydła mieszkalnego.
Potem zamek stał się własnością wsi i nie wiadomo, co by z nim było gdyby nie wykupił go w 1823r. profesor Johann Gustaw Gottlieb Busching i nie zaczął remontu. Po śmirci profesora zamek znowu kilka razy zmienił właścicieli, ale był równocześnie stopniowo odnawiany i ostatecznie w 1904r. został zaadoptowany na schronisko z gospodą. Równocześnie urządzono w nim letni teatr i muzeum (meble, malarstwo, stara broń, zbroje, gobeliny, naczynia, itp). Po II wojnie światowej zamek został oczywiście ograbiony i zdewastowany. Podobno w skalnych podziemiach zamku zostały ukryte wspaniałe skarby i nawet było o tym głośno w związku z listami, jakie wysyłał do wrocławskiej gazety niemiceki saper, który rzekomo brał udział w ich ukrywaniu. Jednakże saper nigdy się nie ujawnił, a żadne skarby nie zostały odnalezione.
W latach 50tych prace remontowe zostały wznowione, a w 1965r. na terenie warowni otwarto Muzeum Regionalne PTTK i nazwano zamek Grodnem (wcześniej był to Kynsburg).
Do zamku prowadzi leśny szlak, który nie jest bardzo męczący z wyjątkiem jakiś 50 końcowych metrów stromego podejścia na Górę Chojna.
Najbardziej znaną, choć IMHO dosyć makabryczną atrakcją zamku jest sławetny szkielet Małgorzaty. Była ona córką herszta zbójów, który mieszkał w pobliskiej twierdzy Homole i pobierał haracz z całej okolicy. W owym czasie panem na zamku był podstarzały kasztelan, któremu też do zbójostwa daleko nie było. Właściciel Grodna dogadał się z hersztem zbójów i dostał za żonę młodą Małgorzatę, która zapewne zbytnio zachycona nie była, ale do gadania i tak nic nie miała. Pożycie państwa na zamku niezbyt się układało. W pewnym momencie do twierdzy przybył młody kawaler mający pomagać w umocnieniach warowni. Wpadł w oko Małgorzacie, choć nie wiadomo, czy do czegoś między nimi doszło. Gdy umocnienia były skończone, kasztelan ze swą świtą i żoną ruszył na oficjalny przegląd. Niestety pechowo poślizgnął się i spadł z murów do fosy. Przeżył, choć w bardzo kiepskim stanie i ostatecznie mu się zeszło. Jednak zanim umarł od obrażeń, oskarżył Małgorzatę o próbę zabójstwa i kazał ją żywcem zamórowć w lochu, a domniemanego kochanka łamać kołem. Zachowany szkielet Małgorzaty odkryto w XIXw. podczas renowacji zamku. Przeniesiono go do wnęki na pierwszym piętrze, gdzie przykuty łańcuchem stanowi atrakcję turystyczną. Na początku XXw. szkielet pochowano i w jego miejsce umieszczono plastikowy, ale ostatecznie kilkanaście lat temu znowu powrócono do oryginału. I tak Małgorzacie nie jest dane spoczywać w pokoju.

Nasz pierwszy dzień jarmarku, to jego program wieczorny, więc do zamku dotarłyśmy już o zmierzchu.

Niewątpliwą atrakcją była możliwość powłóczenia się za darmo po opustoszałym zamku.


Nawet udało się wspiąć na wieżę i zrobić kilka fotek Jeziora Bystrzyckiego o zmroku.

W dole widać światła z gościńca.

Zmęczone po wspinaczce i spacerku po komnatach zamkowych, zjdałyśmy po pajdzie chleba ze smalcem i ok godz. 21.30 uraczono nas pokazem zdjęć Sudetów i Tatr.

Ot, taki zabijacz czasu przed główną atrakcją wieczoru jaką miała być niewątpliwie inscenizacja... Dziadów w wykonaniu grupy teatralnej o poetyckiej nazwie William S. (hehehehe) . Tak, tak, chodzi o TE Dziady Mickiewicza. Już dawno nie miała przyjemości tak się wynudzić. Do tego zmarzłam, bo przedstawienie odbywało się na świeżym powietrzu, a pogoda w sobotę nie była najlepsza. Cały czas siąpiło. Dokładając do tego późną godzinę wieczorną wychodzi niezły ziąb.

Chociaż pobawiłam się moją zewnętrzną lampą błyskową ze skutkiem całkowitego prześwietlenia i oślepienia biednej istoty ludzkiej, która miała pecha odwrócić się w momencie, gdy nacisnęłam spust.

Używanie lampy muszę jeszcze bez wątpienia poćwiczyć.
Po zanudzeniu wszystkich na śmierć, organizatorzy chcąc wprowadzić pobudzający dreszczyk emocji, załatwili gościom na zamku napad zbójców i spektakularną obronę dzielnych rycerzy.
Dzięki ich nieopisanej waleczności zbójcy zostali ubici co do jednego.

Na koniec zaserwowano półgodzinny koncert muzyki barokowej i renesansowej w wykonaniu kwintetu stroikowego ze szkoły muzycznej w Wałbrzychu.

Po tych wszystkich atrakcjach goście zaczęli się rozchodzić i nagle okazało się, że jest ciemno, przed nami długa droga przez las, a ja w swej głupocie zapomniałam latarki, która pozwoliła by po ludzku pokonać szlak. Przez pierwsze 50m od zamku są latarnie, ale dalszy odcinek drogi tonął w całkowitych ciemnościach. Nie widziałam swojej ręki, a co dopiero mówić o drodze. Dobrze, że dużo zakrętów tam nie ma, bo pewnie bym na drzewo wlazła. Ostatecznie z pomocą światełka komórki jakoś udało nam się dobrnąć do wioski i samochodu.
Niech żyje nowoczesność :-D
Na pierwszy ogień padł Zamek Grodno w Zagórzu Śląskim, gdzie właśnie w ten weekend trwał jarmark średniowieczny.
Kto zamek ów zbudował, nie jest do końca pewne. Prawdopodobnie był to Bolko I ok. XIVw., choć niektórzy datują go jeszcze wcześniej na wiek XIIw.
Obecnie ze starej warowni pozostały już praktycznie same ruiny murów i wieża.
Dzieje zamku są dosyć smutne, gdyż przez wieki ciągle zmieniał właściciela, aż w końcu w 1774r. został całkowicie opuszczony. W wyniku czego kilka lat później zawaliła się ściana południowa na górnym dziedzińcu, co spowodowało zniszczenie części skrzydła mieszkalnego.
Potem zamek stał się własnością wsi i nie wiadomo, co by z nim było gdyby nie wykupił go w 1823r. profesor Johann Gustaw Gottlieb Busching i nie zaczął remontu. Po śmirci profesora zamek znowu kilka razy zmienił właścicieli, ale był równocześnie stopniowo odnawiany i ostatecznie w 1904r. został zaadoptowany na schronisko z gospodą. Równocześnie urządzono w nim letni teatr i muzeum (meble, malarstwo, stara broń, zbroje, gobeliny, naczynia, itp). Po II wojnie światowej zamek został oczywiście ograbiony i zdewastowany. Podobno w skalnych podziemiach zamku zostały ukryte wspaniałe skarby i nawet było o tym głośno w związku z listami, jakie wysyłał do wrocławskiej gazety niemiceki saper, który rzekomo brał udział w ich ukrywaniu. Jednakże saper nigdy się nie ujawnił, a żadne skarby nie zostały odnalezione.
W latach 50tych prace remontowe zostały wznowione, a w 1965r. na terenie warowni otwarto Muzeum Regionalne PTTK i nazwano zamek Grodnem (wcześniej był to Kynsburg).
Do zamku prowadzi leśny szlak, który nie jest bardzo męczący z wyjątkiem jakiś 50 końcowych metrów stromego podejścia na Górę Chojna.
Najbardziej znaną, choć IMHO dosyć makabryczną atrakcją zamku jest sławetny szkielet Małgorzaty. Była ona córką herszta zbójów, który mieszkał w pobliskiej twierdzy Homole i pobierał haracz z całej okolicy. W owym czasie panem na zamku był podstarzały kasztelan, któremu też do zbójostwa daleko nie było. Właściciel Grodna dogadał się z hersztem zbójów i dostał za żonę młodą Małgorzatę, która zapewne zbytnio zachycona nie była, ale do gadania i tak nic nie miała. Pożycie państwa na zamku niezbyt się układało. W pewnym momencie do twierdzy przybył młody kawaler mający pomagać w umocnieniach warowni. Wpadł w oko Małgorzacie, choć nie wiadomo, czy do czegoś między nimi doszło. Gdy umocnienia były skończone, kasztelan ze swą świtą i żoną ruszył na oficjalny przegląd. Niestety pechowo poślizgnął się i spadł z murów do fosy. Przeżył, choć w bardzo kiepskim stanie i ostatecznie mu się zeszło. Jednak zanim umarł od obrażeń, oskarżył Małgorzatę o próbę zabójstwa i kazał ją żywcem zamórowć w lochu, a domniemanego kochanka łamać kołem. Zachowany szkielet Małgorzaty odkryto w XIXw. podczas renowacji zamku. Przeniesiono go do wnęki na pierwszym piętrze, gdzie przykuty łańcuchem stanowi atrakcję turystyczną. Na początku XXw. szkielet pochowano i w jego miejsce umieszczono plastikowy, ale ostatecznie kilkanaście lat temu znowu powrócono do oryginału. I tak Małgorzacie nie jest dane spoczywać w pokoju.
Nasz pierwszy dzień jarmarku, to jego program wieczorny, więc do zamku dotarłyśmy już o zmierzchu.
Niewątpliwą atrakcją była możliwość powłóczenia się za darmo po opustoszałym zamku.
Nawet udało się wspiąć na wieżę i zrobić kilka fotek Jeziora Bystrzyckiego o zmroku.
W dole widać światła z gościńca.
Zmęczone po wspinaczce i spacerku po komnatach zamkowych, zjdałyśmy po pajdzie chleba ze smalcem i ok godz. 21.30 uraczono nas pokazem zdjęć Sudetów i Tatr.
Ot, taki zabijacz czasu przed główną atrakcją wieczoru jaką miała być niewątpliwie inscenizacja... Dziadów w wykonaniu grupy teatralnej o poetyckiej nazwie William S. (hehehehe) . Tak, tak, chodzi o TE Dziady Mickiewicza. Już dawno nie miała przyjemości tak się wynudzić. Do tego zmarzłam, bo przedstawienie odbywało się na świeżym powietrzu, a pogoda w sobotę nie była najlepsza. Cały czas siąpiło. Dokładając do tego późną godzinę wieczorną wychodzi niezły ziąb.
Chociaż pobawiłam się moją zewnętrzną lampą błyskową ze skutkiem całkowitego prześwietlenia i oślepienia biednej istoty ludzkiej, która miała pecha odwrócić się w momencie, gdy nacisnęłam spust.
Używanie lampy muszę jeszcze bez wątpienia poćwiczyć.
Po zanudzeniu wszystkich na śmierć, organizatorzy chcąc wprowadzić pobudzający dreszczyk emocji, załatwili gościom na zamku napad zbójców i spektakularną obronę dzielnych rycerzy.
Dzięki ich nieopisanej waleczności zbójcy zostali ubici co do jednego.
Na koniec zaserwowano półgodzinny koncert muzyki barokowej i renesansowej w wykonaniu kwintetu stroikowego ze szkoły muzycznej w Wałbrzychu.
Po tych wszystkich atrakcjach goście zaczęli się rozchodzić i nagle okazało się, że jest ciemno, przed nami długa droga przez las, a ja w swej głupocie zapomniałam latarki, która pozwoliła by po ludzku pokonać szlak. Przez pierwsze 50m od zamku są latarnie, ale dalszy odcinek drogi tonął w całkowitych ciemnościach. Nie widziałam swojej ręki, a co dopiero mówić o drodze. Dobrze, że dużo zakrętów tam nie ma, bo pewnie bym na drzewo wlazła. Ostatecznie z pomocą światełka komórki jakoś udało nam się dobrnąć do wioski i samochodu.
Niech żyje nowoczesność :-D
Subskrybuj:
Posty (Atom)



