niedziela, maja 17, 2009

jarmark średniowieczny - part II

Drugi dzień jarmarku był w pewnym sensie bardziej lajtowy niż pierwszy.
Wyjechaliśmy po śniadaniu (żeby było sprawiedliwie innym samochodem ;-) ), pod górkę na szlaku też się nie spieszyliśmy


i pewnie dlatego nie zdążyliśmy już na walki rycerskie i jedyne, co udało mi się sfocić to rycerze w prywatnych ubrankach wracający do domu :-(


Potem chwila na obcykanie wejścia do zamku.
Tu widać charakterystyczne dla Grodna lwy przy bramie, a raczej jednego tym razem.
Jestem strasznie niezadowolona z tego zdjęcia (niebo przepalone, kolor do bani, wokół obstawione samochodami, więc kadr nie nadaje się do niczego) :-/
A tak chciałam lwy zamkowe pstryknąć :-(


Dalej chwila na małą sesję na terenie zamku.




Piwko.


Lody (wygrałam Big Milka :-D ).


Możliwość postrzelania z łuku.


Jak już nam się zamek znudził, postanowiliśmy przejść się do jeziora.


Bystrzyckie się nazywa.


I na brzegu ma masę szkaradnych domków (czy też budek kempingowych).
Ciekawe, czy ktoś to jeszcze wynajmuje??


Czyste też zbytnio nie jest.


Idąc i idąc...


...i idąc wzdłuż brzegu, dotarliśmy w końcu do tamy.


Dalej już drogą asfaltową w stronę, gdzie zostawiliśmy samochód (gdzieś tam pod szlakiem).


I nawet po drodze był punkt widokowy (nie pomnę, że z napisem "wstęp wzbroniony" :-) )


Aż w końcu dotarliśmy do punktu wyjścia, czyli Zagórza.


I nasz samochód też był tam, gdzie go zostawiliśmy :-)

sobota, maja 16, 2009

jarmark średniowieczny - part I

Jakiś czas temu postanowiłyśmy z moim BFFem, że jak wrócę do domu zaczniemy robić weekendowe wycieczki po okolicznych zamkach.
Na pierwszy ogień padł Zamek Grodno w Zagórzu Śląskim, gdzie właśnie w ten weekend trwał jarmark średniowieczny.

Kto zamek ów zbudował, nie jest do końca pewne. Prawdopodobnie był to Bolko I ok. XIVw., choć niektórzy datują go jeszcze wcześniej na wiek XIIw.
Obecnie ze starej warowni pozostały już praktycznie same ruiny murów i wieża.
Dzieje zamku są dosyć smutne, gdyż przez wieki ciągle zmieniał właściciela, aż w końcu w 1774r. został całkowicie opuszczony. W wyniku czego kilka lat później zawaliła się ściana południowa na górnym dziedzińcu, co spowodowało zniszczenie części skrzydła mieszkalnego.
Potem zamek stał się własnością wsi i nie wiadomo, co by z nim było gdyby nie wykupił go w 1823r. profesor Johann Gustaw Gottlieb Busching i nie zaczął remontu. Po śmirci profesora zamek znowu kilka razy zmienił właścicieli, ale był równocześnie stopniowo odnawiany i ostatecznie w 1904r. został zaadoptowany na schronisko z gospodą. Równocześnie urządzono w nim letni teatr i muzeum (meble, malarstwo, stara broń, zbroje, gobeliny, naczynia, itp). Po II wojnie światowej zamek został oczywiście ograbiony i zdewastowany. Podobno w skalnych podziemiach zamku zostały ukryte wspaniałe skarby i nawet było o tym głośno w związku z listami, jakie wysyłał do wrocławskiej gazety niemiceki saper, który rzekomo brał udział w ich ukrywaniu. Jednakże saper nigdy się nie ujawnił, a żadne skarby nie zostały odnalezione.
W latach 50tych prace remontowe zostały wznowione, a w 1965r. na terenie warowni otwarto Muzeum Regionalne PTTK i nazwano zamek Grodnem (wcześniej był to Kynsburg).

Do zamku prowadzi leśny szlak, który nie jest bardzo męczący z wyjątkiem jakiś 50 końcowych metrów stromego podejścia na Górę Chojna.

Najbardziej znaną, choć IMHO dosyć makabryczną atrakcją zamku jest sławetny szkielet Małgorzaty. Była ona córką herszta zbójów, który mieszkał w pobliskiej twierdzy Homole i pobierał haracz z całej okolicy. W owym czasie panem na zamku był podstarzały kasztelan, któremu też do zbójostwa daleko nie było. Właściciel Grodna dogadał się z hersztem zbójów i dostał za żonę młodą Małgorzatę, która zapewne zbytnio zachycona nie była, ale do gadania i tak nic nie miała. Pożycie państwa na zamku niezbyt się układało. W pewnym momencie do twierdzy przybył młody kawaler mający pomagać w umocnieniach warowni. Wpadł w oko Małgorzacie, choć nie wiadomo, czy do czegoś między nimi doszło. Gdy umocnienia były skończone, kasztelan ze swą świtą i żoną ruszył na oficjalny przegląd. Niestety pechowo poślizgnął się i spadł z murów do fosy. Przeżył, choć w bardzo kiepskim stanie i ostatecznie mu się zeszło. Jednak zanim umarł od obrażeń, oskarżył Małgorzatę o próbę zabójstwa i kazał ją żywcem zamórowć w lochu, a domniemanego kochanka łamać kołem. Zachowany szkielet Małgorzaty odkryto w XIXw. podczas renowacji zamku. Przeniesiono go do wnęki na pierwszym piętrze, gdzie przykuty łańcuchem stanowi atrakcję turystyczną. Na początku XXw. szkielet pochowano i w jego miejsce umieszczono plastikowy, ale ostatecznie kilkanaście lat temu znowu powrócono do oryginału. I tak Małgorzacie nie jest dane spoczywać w pokoju.


Nasz pierwszy dzień jarmarku, to jego program wieczorny, więc do zamku dotarłyśmy już o zmierzchu.


Niewątpliwą atrakcją była możliwość powłóczenia się za darmo po opustoszałym zamku.



Nawet udało się wspiąć na wieżę i zrobić kilka fotek Jeziora Bystrzyckiego o zmroku.


W dole widać światła z gościńca.


Zmęczone po wspinaczce i spacerku po komnatach zamkowych, zjdałyśmy po pajdzie chleba ze smalcem i ok godz. 21.30 uraczono nas pokazem zdjęć Sudetów i Tatr.


Ot, taki zabijacz czasu przed główną atrakcją wieczoru jaką miała być niewątpliwie inscenizacja... Dziadów w wykonaniu grupy teatralnej o poetyckiej nazwie William S. (hehehehe) . Tak, tak, chodzi o TE Dziady Mickiewicza. Już dawno nie miała przyjemości tak się wynudzić. Do tego zmarzłam, bo przedstawienie odbywało się na świeżym powietrzu, a pogoda w sobotę nie była najlepsza. Cały czas siąpiło. Dokładając do tego późną godzinę wieczorną wychodzi niezły ziąb.


Chociaż pobawiłam się moją zewnętrzną lampą błyskową ze skutkiem całkowitego prześwietlenia i oślepienia biednej istoty ludzkiej, która miała pecha odwrócić się w momencie, gdy nacisnęłam spust.



Używanie lampy muszę jeszcze bez wątpienia poćwiczyć.

Po zanudzeniu wszystkich na śmierć, organizatorzy chcąc wprowadzić pobudzający dreszczyk emocji, załatwili gościom na zamku napad zbójców i spektakularną obronę dzielnych rycerzy.
Dzięki ich nieopisanej waleczności zbójcy zostali ubici co do jednego.


Na koniec zaserwowano półgodzinny koncert muzyki barokowej i renesansowej w wykonaniu kwintetu stroikowego ze szkoły muzycznej w Wałbrzychu.


Po tych wszystkich atrakcjach goście zaczęli się rozchodzić i nagle okazało się, że jest ciemno, przed nami długa droga przez las, a ja w swej głupocie zapomniałam latarki, która pozwoliła by po ludzku pokonać szlak. Przez pierwsze 50m od zamku są latarnie, ale dalszy odcinek drogi tonął w całkowitych ciemnościach. Nie widziałam swojej ręki, a co dopiero mówić o drodze. Dobrze, że dużo zakrętów tam nie ma, bo pewnie bym na drzewo wlazła. Ostatecznie z pomocą światełka komórki jakoś udało nam się dobrnąć do wioski i samochodu.
Niech żyje nowoczesność :-D

środa, maja 13, 2009

I etap opalania - córka młynarza

Skoro już wróciłam do domu i mam do dyspozycji taras ze słońcem, postanowiłam nabrać koloru.
Stan wyjściowy:


wtorek, maja 12, 2009

auto-zgryzoty

Oto przyczyna mojego wszelkiego smutku dzisiaj:


Odebrałam auto z warsztatu.
Biedne straciło na mocy i kaszel je dręczył.
Wymiana cewki zapłonowej i przewodów pochłonęła sporą część mojej ostatniej pensji.
Portfel boli, ale co zrobić :-(

środa, maja 06, 2009

wciąż rozpakowywanie

Ponieważ moja podłoga wciąż jest zawalona stosem rzeczy, których nie mam gdzie wcisnąć, dostałam dziś SZAFKĘ!!

Zastanawiam się, czy ją przemalować.
Kolorystycznie trochę nie pasuje mi do reszty pokoju :-(


Poza tym napisałam dziś maila do mojej promotorki.
Aż się boję odpowiedzi, tak dawno się z nią nie kontaktowałam.
Rozmawiałam też z opiekunem studentów.
Mam czas do 30 września, by się obronić.
Trzeba brać się do roboty.

poniedziałek, maja 04, 2009

chlebek bananowy

Od bardzo bardzo dawna męczyła mnie ochota na ciacho bananowe.
No to w końcu je zrobiłam.


Przepis jest banalnie prosty:

Chlebek bananowy
・ 2 szklanki mąki pszennej
・ 12dkg masła
・ 2 jajka
・ 9 łyżek cukru
・ 1 łyżeczka proszku do pieczenia
・ 1 łyżeczka sody oczyszczonej
・ 4 łyżki mleka
・ 4 banany

Banany obieramy i rozgniatamy widelcem na w miarę gładką maziaję.
Mąkę mieszamy z proszkiem do pieczenia, a sodę z mlekiem.
Masło ucieramy z cukrem dodając do tego po jajku, a następnie mąkę z proszkiem, mleko z sodą i banany.
Dokładnie wszystko miksujemy.
Tłuścimy blachę, posypujemy ją mąką lub bułką tartą i wlewamy ciasto.
Pieczemy w 180 stopniach przez ok. 30min.

Mniam... :-)

nowy rozdział

Już 3 dni jestem w domu i rozdział toruński wydaje mi się być definitywnie zakończony, choć z drugiej strony nigdy nie wiadomo, co będzie :-)
Zaaklimatyzowanie się i stworzenie sobie jakiegoś trybu dnia nie jest taką prostą sprawą, jak mogłoby się wydawać.
Wciąż jestem w trybie rozpakowywania, segregowania, układania.
Do tego mam masy rzeczy, które chcę zrobić (lub porobić), a mam o dziwo niewystarczającą ilość czasu. Np dziś spałam tylko 4h.
Może jak minie kilka dni, to wszystko się unormuje.

środa, kwietnia 29, 2009

czyżby Wałbrzych się rozwijał??

Przedostatni dzień w pracy spędzam głównie na głupotach.
Mój następca praktycznie całkowicie przejął moje obowiązki i jestem na wylocie :-)
Siedzę i udaję, że mnie nie ma i jestem tylko wtedy, gdy na prawdę potrzebują mojej pomocy.
Próbuję skończyć zakładkę z mojego 「一生終われない翻訳」 (tłumaczenia, którego w życiu nie da się skończyć). Nieźle mi idzie i do jutra na pewno się uda. Resztę męczarni zostawiam A.

Robię też usprawiedliwienia o niedyspozycyjności do naszych japońskich buchów, ponieważ wybieramy się dziś w gronie tłumaczy ostatecznie pożegnać Toruń (to znaczy ja żegnam, a reszta asystuje) i podejrzewamy, że jutro będziemy nie do życia, a już na pewno nie do pracy, więc z samego rana roześlę usprawiedliwienia (opieczętowane moim podpisem). Razem z Pchełą nadaliśmy temu ostateczny kształt. Wygląda to mniej więcej tak:


Cudna strona graficzna jest całkowicie moim pomysłem ;-p

Poza tym przeglądam strony w Internecie.
Przez przypadek natrafiłam na artykuł o nowym centrum handlowym w Wałbrzychu.
Do jesieni 2010r. w okolicach mojego byłego miejsca zamieszkania ma powstać Magnolia.
Zajmie ponad 100tys mkw i będzie miała ok. 200 sklepów.
Do tego nowoczesne kino (w końcu, bo 3 wałbrzyskie kina coraz bardziej przestają się nadawać do czegokolwiek), deptak z fontannami i co mnie najbardziej cieszy - sezonowe lodowisko!!!
Normalnie jestem w szoku.
Poniżej wizualizacja przedsięwzięcia, którą znalazłam na stronie Magnolii.



Jeszcze 1 dzień do końca...

poniedziałek, kwietnia 27, 2009

送別会

No to moja impreza pożegnalna odbyła się.
Była bardzo wyczerpująca.
Jedzenie, picie, granie w kręgle, picie, picie i znowu picie może człowieka wykończyć.
Wróciłam do domu o 5rano w niedzielę (już było jasno, więc przynajmniej trafiłam bez problemu w swoją klatkę ;-p ). Oczywiście cała niedziela stracona. I tak jestem z siebie dumna, że dałam radę do sklepu pod domem podejść po coś do jedzenia. Za to impreza jak najbardziej udana :-D
Będę za nimi tęskniła.

Prezent też od swego działu dostałam, tak więc jestem już odprawiona i najwyraźniej mogę wracać do domu.



Jeszcze 3 dni do końca...

czwartek, kwietnia 23, 2009

nowy członek rodziny

Wczoraj przyszedł mój aparat - pełnia szczęścia.
Tak byłam zajęta po pracy macaniem, że nawet nie zdążyłam zjeść przed łyżwami i potem umierałam z głodu na lodzie.
No ale pomacałam i czuję wyraźną różnicę w stosunku do 400D, który miałam wcześniej.
Przede wszystkim jest cięższy, sporo cięższy (dobrze, będzie się stabilniej trzymało) i większy i ma masy guziczków, z których nie wszystkie były w 400D. Będę musiała je rozgryźć, choć dużo czasu raczej mi to nie zajmie, bo w 400D też były te ustawienia, tyle że wywoływane z poziomu ekranu LCD. Za to teraz będę mogła ustawiać wszystko intuicyjnie za pomocą jednej ręki. Wystarczy tylko zapamiętać położenie przycisków. No i ma dodatkowy wyświetlacz na górze.
Krótko mówiąc, jak stwierdził Pcheła, zawiało profesjonalizmem.

Szkło też już czeka w domu. Kupiłam Canon 18-55 f/3,5-5,6 IS.
Kitowy i nie zachwyca jasnością, ale przynajmniej ma stabilizację i nie był drogi.
Tylko karta pamięci wciąż nie dotarła :-/

Jeszcze 7 dni do końca...

poniedziałek, kwietnia 20, 2009

fascynacja zamkami

Wciąż jestem w trybie porządkowania moich starych zdjęć.
W weekend dokopałam się w końcu do ostatniej partii z mojego miesięcznego pobytu w domu w październiku.

Razem z rodzicami wybrałam się wtedy na małą wycieczkę do zamku Czocha.
Choć nie jest on położony bardzo daleko od Wałbrzycha, jakoś nigdy do niego nie dotarliśmy.
Jego wielkość i stan w jakim jest zachowany wywarły na mnie spore wrażenie.
Obecnie zamek jest przerobiony na hotel.
Zapewne to jest przyczyną jego świetnej kondycji.




Zamek został wybudowany jako warownia graniczna z rozkazu króla czeskiego - Wacława I w XIIIw. W XIVw. jako posag żony, stał się własnością księcia świdnicko-jaworskiego Bolka II Małego, ale niedługo potem wrócił do Czech.
W czasie wojen z Husytami w XVw. należał do rodu von Dohn i von Kluks. Z tego drugiego wywodzi się Biała Dama zamku - Gertruda, która podczas walk z Husytami sprzedała zamek wrogom (podobno za złote monety). W czasie bitwy jej brat (uwczesny pan zamku) został trafiony przez przelatującą strzałę i umierając przeklął Gertrudę, by na wieki musiała pozostać w zamku.
Rok później ród von Kluks odbił zamek i Gertruda została ścięta za zdradę.
Od tamtej pory chodzi po zamku jako duch. Podobno można ją spotkać w rocznicę zdrady, kiedy krąży po zamku rozrzucając złote monety.





Od 1453r. przez 250 lat zamek był we władaniu rodu von Nostitz, który przebudował go w duchu renesansowym i wprowadził różne umocnienia, które pozwalały na użycie broni palnej.
Według jednej z legend, kiedy Joachim von Nostitz wrócił z wyprawy wojennej, zastał swoją ukochaną żonę z nowo narodzonym dzieckiem. Nie był głupcem i wiedział, że niemożliwe jest by dziecko było jego. Niewierną żonę kazał wrzucić do studni na dziedzińcu (nazywana "studnią niewiernych żon", bo podobno ten rodzaj kary był rodzinną tradycją Joachima i nie tylko on tak potraktował swoją połowicę), zaś dziecko kazał żywcem zamurować w gzymsie tego kominka:



Podobno czasami wciąż słychać płacz niemowlęcia dobywający się z okolic zabytkowego kominka.
Innym interesującym zwyczajem panujących książąt z owej rodziny było korzystanie z zapadni w komnacie sypialnej właścicieli znajdującej się pod ogromnym łożem. Jeżeli książę nie był zadowolony ze swojej kochanki, pociągał za dźwignię i kobieta lądowała w wodach rzeki Kwisy, do której prowadziła owa zapadnia.
Niestety sypialni książęcej nie udało nam się zobaczyć, ponieważ w czasie naszej wizyty była zajmowana przez gości hotelowych. Noc w Komnacie Książęcej kosztuje obecnie 900PLN.



W 1793r. duża część zamku uległa zniszczeniu w pożarze.
To, co pozostało zostało ponad 100lat później zakupione i przebudowane przez drezdeńskiego producenta cygar - Ernsta Gutschowa - ostatniego i najsłynniejszego pana na Czosze.
Przebudowy i odrestaurowania dokonał słynny architekt z Berlina zafascynowany średniowieczem. Dlatego też zamek wygląda jak średniowieczna twierdza, choć tak na prawdę został tylko odrestaurowany w tym stylu już w XXw.
Podczas swojego panowania na zamku Ernest zgromadził imponującą kolekcję skarbów. Miał wiele rzeczy ze słynnej carskiej kolekcji (np. popiersia władców Rosji). Skupował je między innymi od imigrantów uciekających na Zachód.
Musiał opuścić zamek w 1945r. i wówczas zabrał ze sobą najcenniejsze rzeczy.
Podczas II wojny światowej w zamku mieściła się szkoła szyfrantów Abwehry zaś niedaleko Czochy były hitlerowskie fabryki rakiet. Podobno pod zamkiem (silnie ufortyfikowanym przez Niemców) były prowadzone tajne badania naukowe. Wciąż znajdują się tam poniemickie sztolnie, które mogą skrywać jeszcze niejedną tajemnicę.
Po wojnie zamek został doszczętnie obrabowany zarówno przez Armię Czerwoną jak i przez miejscowych. Największa kradzież została dokonanan w 1946r.
W podziemiach zamku znajdował się skarbiec z pancernymi drzwiami zamykanymi na skomplikowany szyf. Burmistrz Leśnej wraz z bibliotekrarką zamkową zorganizowali ślusarza, który zrobił dziurę w drzwiach i wywieźli pełną ciężarówkę kosztowności.
Zwiedzający wciąż mogą obejrzeć zarówno zmasakrowane drzwi do skarbca jak i samo pomieszczenie (niestety puste)



Potem zamek został przerobiony na dom wczasowy dla oficerów Ludowego Wojska Polskiego, a następnie na hotel. Był też wykorzystywany przy produkcja takich filmów jak "Gdzie jest generał?", "Wiedźmin" czy "Tajemnica twierdzy szyfrów".

Podobno Ernest Gutschow opuszczając zamek zwrócił się do służby z takimi słowami: "Pamiętajcie, ktokolwiek tu przyjdzie, Rosjanie czy Polacy, wydajcie im z zamku, co będą chcieli. Gdyby nawet wywieźli stąd wszystko, tu i tak zostanie dużo więcej".
Słowa te wciąż pobudzają wyobraźnię poszukiwaczy skarbów.
Kto wie, może wciąż gdzieś się kryje jakaś tajemna komnata, bądź skrytka zawierająca ukryte skarby czy pozostałości po tajnych badaniach.



Widok z zamku na rzekę Kwisa:


Trzeba przyznać, że krajobraz jest całkiem malowniczy.
U podnóża zamku znajduje się również przystań i łódź, którą można odbyć rejs po rzece.

W drodze powrotnej nie mogłam się oprzeć pokusie, by nie stanąć na chwilę w małym miasteczku o nazwie Gryfów Śląski.
Zafascynowała mnie biała wieża wybijająca się na tle niebieskiego nieba, która przyciągnęła mój wzrok w drodze do zamku. Wydała mi się tak zupełnie nie polska i nie pasująca do reszty krajobrazu. Jakby wycięto ją z jakiegoś ciepłego kraju i wklejono tutaj.





Wieża okazała się być ratuszem miejskim.
Niestety nie znalazłam żadnych ciekawostek z nią związanych.
Może tylko mi jej konstrukcja wydaje się niezwykła.

piątek, kwietnia 17, 2009

i znowu będę miała rękę

Kupiłam aparat!!!!
Taki jak chciałam.
No dobra, prawie taki jak chciałam.
Tylko model niższy.
Chciałam 50D, ale za drogi dla mnie.
Cenę tego jeszcze jakoś przełknę, choć stoi gulą w gardle ;-)
Jeszcze tylko zapłacę i pozostanie czekanie na przesyłkę.
I znowu będę szczęśliwa :-D

Małpka mojej mamy mnie wykańcza psychicznie i odbiera całą radość z robienia zdjęć.
Nie mam ŻADNEJ kontroli nad tym aparatem.
Robi ze mną, co tylko zechce.
Dobrze, że chociaż lampę błyskową mogę wyłączyć.
I to chyba wszystko, co mogę.
No, i jeszcze tryb mogę wybrać (krajobraz, makro, czy automatyczny).
Ale jak to mówią, pożyczonemu koniowi nie zagląda się w zęby.

Teraz potrzebuję jeszcze karty i obiektywu.
W sobotę wybiorę się na poszukiwania i może znajdę coś w przyzwoitej cenie.
Jedyny obiektyw na jaki mogę sobie pozwolić to 18-55 IS.
Kitowy, ale chociaż ze stabilizacją.

A tak wygląda mój aparat.





Jeśli kogoś interesuje - specyfikacja na stronie Canon Polska.

wtorek, kwietnia 14, 2009

nudy, nudy, nudy...

W pracy nudno i za pewne dlatego mój blog kwitnie życiem.
W tym tygodniu jest jeszcze gorzej niż w zeszłym.
Od dziś już nie tłumaczę, tylko moim zadaniem jest poprawianie mojego cienia-praktykanta.
Trzy takie tygodnie i się zamęczę kompletnie.
Pozostaje wybrać jakiegoś ebooka i się za niego zabrać.
Od tygodnia męczę lekką i odmóżdżającą serię Laurell K Hamilton o przygodach Anity Blake.
Całość jak na razie ma 16 tomów, więc może zajmie mnie na te pozostałe 3 tygodnie nudów.
Z drugiej strony nie wiem, czy jestem w stanie przyjąć jednorazowo tak wielką dawkę odmóżdżacza.
Jak coś ma tyle tomów, to im dalej tym może być tylko gorzej.

Wieczorem znowu idziemy na łyżwy.
Przyda mi się trochę ruchu po trzech dniach na kanapie.


Jeszcze 16 dni do końca...