poniedziałek, kwietnia 13, 2009

przenudna Wielkanoc

Jako, że nie pojechałam na święta do domu, miałam trzy dni lenistwa.
Otoczyłam się książkami, gazetami i zakotwiczyłam na kanapie z kompem pod ręką.
Nie powiem, żeby było to idealne wolne.
Wręcz czuję się dziś zmęczona po tak intensywnym robieniu niczego.

Z nudów zabrałam się za obróbkę starych zdjęć, które porobiłam będąc w październiku w domu.

Tu moja kotka.
Nie wydawała się być zbytnio zachwycona tym, że przeszkadzam jej w drzemce.
No ale kiedy mnie nie ma nikt inny jej nie dręczy, więc od czasu do czasu chyba może to jakoś przeboleć.



W sferze kulinarnej od jakiegoś czasu moją specjalnością jest pizza.
Mama robi ciasto, które mi jakoś nie wychodzi, a ja zajmuję się resztą.
Mniam.
Niedługo muszę znowu ją zrobić.



W październiku znowu wybrałam się na polowanie na wrocławskie krasnale.
Tym razem namierzyłam śpiocha.



Byłam też w Jeleniej Górze.
To chyba jedyne zdjęcie, które mnie jako tako zadowala z tego miasta.



I w zamku w Bolkowie.
Trochę zabawy z przeróbką na styl lomo.


czwartek, kwietnia 09, 2009

kolejny dzień pracy

Mamy w firmie Japończyka skrótowca.
Mówi tylko i wyłącznie swoimi skrótami myślowymi.
Niestety lubi mówić, do czego upoważnia go też wysoka pozycja.
Uwielbia spotkania wszelkiego rodzaju.
Właśnie miałam okazję takowe tłumaczyć.
(mój cień-praktykant był pod wrażeniem, że jestem w stanie go zrozumieć)

Myślę, że w moim CV mogę spokojnie jako umiejętność wpisać sobie interpretację tekstu mówionego.

21 dni do końca...

środa, kwietnia 08, 2009

przekazywanie obowiązków

Od poniedziałku mam w pracy cienia na stałe.
Przyszła nowa osoba, która mnie tu zastąpi i cały czas jest za moimi plecami.
Uczy się.
Trochę mnie to krępuje.
Pewnie w końcu się przyzwyczaję, ale teraz jest to trochę męczące.

Jeszcze 22 dni do końca...

czwartek, kwietnia 02, 2009

nowa zabawka

Wczoraj w końcu przyszedł długo oczekiwany Xbox 360 :-D
Jeszcze go nie widziałam, bo czeka w Wałbrzychu, ale wiem, że jest biały, więc domyślam, że wygląda tak:


Ładny :-)
Podobno faktycznie, chodzi głośno jak traktor, kiedy czyta z płyty.
Czyżby Microsoft wrzucił szajs w miejsce, gdzie powinien być napęd (??)
Teraz muszę tylko zatroszczyć się o gry i już wiem, co będę robiła w maju :-]

początek końca

Zdecydowałam się nie zostawać dłużej w Toruniu.
Moja umowa w fabryce kończy się z końcem kwietnia i to już definitywny koniec rozdziału mojego życia, który dotyczy tego miejsca.

Tak więc, wczoraj wymówiłam moje makowe mieszkanko.
Smutno mi trochę.
Nie będzie już więcej leniwych niedziel pod makami.


Najbardziej w tym całym procesie wymawiania mieszkania zaskoczyła mnie agencja, która pośredniczy w umowie.
Zadzwoniłam do nich wczoraj z informacją, że się wyprowadzam i 1 maja chciałabym zdać mieszkanie, na co usłyszałam odpowiedź, że spóźniłam się o jeden dzień, bo skoro chcę zrezygnować z mieszkania, to muszę poinformować o tym miesiąc wcześniej, czyli w tym wypadku 31 marca, a nie 1 kwietnia, jak to zrobiłam, a więc teraz to już muszę je wynajmować do końca maja. Zirytowali mnie szalenie.
Powiedziałam kobiecie, żeby mi głupot nie gadała i stwierdziłam, że lepiej dogadam się z właścicielką, którą w sumie chciałam pierwszą poinformować, ale jak to ona, oczywiście nie odbierała telefonów.
Jak już się w końcu dodzwoniłam, oczywiście nie było żadnego problemu.
Dziwna ta agencja. A tak sprawnie wszystko załatwili na początku.

środa, kwietnia 01, 2009

Innocent Love

Spragniona ładnej japońszczyzny, bo przy Japończykach z fabryki mój japoński nabrał brzydkiego nalotu i już nie mogę powiedzieć, że władam kirei na nihongo, postanowiłam sięgnąć po jakąś doramę. Mój wybór padł na Innocent Love イノセント・ラブ i muszę przyznać, że już dawno nie widziałam czegoś takiego.

Jest tu po prostu wszystko.
Ona kocha jego, ale on kocha swoją dziewczynę pogrążoną w śpiączce.
Dziewczyna się budzi i okazuje się, że cały czas kocha innego, ale ten inny jest gejem i kocha tego pierwszego.
Pierwszego kocha też jeszcze inna, ale nie jest dobrym charakterem, więc nic z tego.
Pierwsza ma brata rodzicobójcę i była molestowana przez ojca.
Kiedy w końcu po wielu dramatach wydaje się, że on i ona będą razem, przebudzona dziewczyna stwierdza, że chyba jednak kochała tego pierwszego i ZNOWU próbuje popełnić samobójstwo.
Ostatecznie tym razem to jemu robi się coś z głową i traci pamięć.
Jednym słowem wrażeń, co niemiara, a wszystko w pięknej scenerii kościoła katolickiego, bo oczywiście on i ona są tak dobrzy, że praktycznie święci i przy dźwiękach rzewnej piosenki Utady Hikaru Eternally, która w sumie jest chyba najlepszym elementem całego tworu.
Ja nie wiem, jak ci Japończycy mieszczą tyle treści w dziesięciu odcinkach zaledwie.
Jestem pełna podziwu.
I chyba jednak zrobię sobie na jakiś czas przerwę od dram japońskich....


wtorek, marca 24, 2009

poznaj smak ciemności

Będąc w weekend w Poznaniu, wybrałam się do Dark Restaurant.
Jest to miejsce, gdzie jedzenie odbywa się w całkowitych ciemnościach.
Nie widać ani miejsca, ani osób towarzyszących, ani tym bardziej tego, co się je.

Try the taste of darkness.

Nie można też złożyć zamówienia. Do wyboru są jedynie ustalone zestawy.
Najtańszy kosztuje 50zł i składa się z dania głównego i deseru.

Samo jedzenie stanowi niespodziankę od szefa kuchni.

W całkowitej ciemności
zanurz się w świecie fascynujących smaków
i daj rozwinąć się zmysłom...

Po zejściu schodami do restauracji, obsługa zaprosiła nas do obszernego salonu z przyciemnionym oświetleniem.
Tam znalazł nas nasz kelner - pan Mikołaj i wyjaśnił zasady restauracji.
Telefony, podświetlane zegarki i wszelkie inne źródła światła są zakazane.
Następnie przeprowadził z nami wywiad odnośnie rzeczy, których nie lubimy i których nie chcielibyśmy znaleźć w naszych daniach.
Kolejnym etapem było już przejście do sali właściwej restauracji.

Wchodzisz na własną odpowiedzialność...

Ustawiliśmy się w ciuchcię z panem Mikołajem jako lokomotywą i weszliśmy do sali pogrążonej w ciemnościach.
Kelner nakierował nas na krzesła i zapoznał z pozycją dzwonka na stole.
Dzwonek ma służyć do przywołania obsługi.

Pierwsze wrażenie jest dosyć dziwne.
Kompletnie nic nie widać.
Po dokładnym obmacaniu stołu i sąsiadów nabrałam jako takiej orientacji, gdzie co jest.
Oczekiwanie na jedzenie umilaliśmy sobie dosyć głośną rozmową.
Możliwe, że podniesienie głosu było spowodowane ciemnością i nie widzeniem swojego rozmówcy.
W pewnym momencie zorientowałam się, że siedzę z zamkniętym oczami.

Dobry smak rodzi się nocą...

Czas oczekiwania na zamówienie jest taki sam jak w innych restauracjach.
Trochę obawiałam się, że to, iż nie można składać zamówienia, spowoduje, że jedzenie będzie podawane odgrzewane z wielkiego gara po prostu. Coś jak w naszej fabryczne stołówce (blech).
Jednak najwyraźniej jest przyrządzane na bieżąco dla kolejnych gości.
Po otrzymaniu talerza z jedzeniem, postanowiłam odpuścić sobie sztućce i zasady dobrego wychowanie i pierwsze, co zrobiłam, to dokładnie obmacałam zawartość (dodam tylko, że wcześniej umyłam ręce :).
Muszę przyznać, że było to bardzo uspokajające (moja mama usłyszawszy, że idę do takiego miejsca, przerażona stwierdziła, że mogę mnie tam nakarmić wszelkimi świństwami, a ja się nawet nie zorientuję). Tak więc, jeszcze zanim cokolwiek włożyłam do ust, wiedziałam, że mam na talerzu pieczone księżyce z ziemniaków, gotowane warzywa i jakieś mięso.
Ostatecznie to mięso sprawiło mi najwięcej trudności, a raczej nadzienie, którym była nieokreślona maziaja. Dopiero po namoczeniu palucha w owym nieokreślonym czymś, rozpoznałam szpinak z jajkiem i czosnkiem.
Za to deseru zupełnie nie zgadłam.
Był nim cobler brzoskwiniowy, czyli coś czego nigdy nie jadłam.
Trudno zgadnąć coś takiego, ale przynajmniej smaczne było.

Przed pójściem do tej restauracji przeczytałam różne opinie, ale w sumie mogę stwierdzić, że jedzenie było dobre. Choć może wypaczyłam sobie już smak na firmowej stołówce (blech blech).
Jak to się mówi, u nas wszystko ma taki sam smak - obrzydliwy.

Jedyne, co mi się nie podobało, to ceny napojów.
Za napoje płaci się ekstra i zarówno moja woda jak i wino koleżanki kosztowały 8zł.
Coś tu jest nie tak.

Cała przygoda zakończyła się quizem, czyli zgadnijcie, co jedliście.
Ogólnie było zabawnie.
Jeśli będę miała okazję, to chętnie wybiorę się jeszcze raz :-)






poniedziałek, marca 23, 2009

ułomna Poczta Polska

Wkurzyłam się dziś bardzo.
Od lutego czekam na zakupioną grę.
Została wysłana priorytetem i już zaczęłam się martwić, że może trafiłam na nieuczciwego sprzedawcę, skoro praktycznie miesiąc minął, a jej wciąż nie ma.
Pełna wątpliwości wysłałam maila do człowieczka, na co w odpowiedzi dostałam zdjęcie nadania.
Tak więc zaopatrzona w numer przesyłki i wydruk zdjęcia miałam zamiar jechać dziś na pocztę w poszukiwaniu mojej zaginionej przesyłki.
Nie zdążyłam tego zrobić, bo nagle przyszedł mail od owego człowieczka, iż właśnie dostał zwrot przesyłki, której podobno nawet po otrzymaniu dwóch awizo nie odebrałam.
TYLE, ŻE JA NIE DOSTAŁAM ŻADNEGO AWIZO!!!
Po głębszym badaniu okazało się, że również przesyłka z prezentem dla mnie od mojej BFF wróciła do nadawcy nieodebrana.
Jutro pojadę na pocztę i zrobię im taką awanturę, że już nigdy nie zgubią mojego awizo.
W ogóle, jak to możliwe, żeby aż CZTERY awizo do mnie nie dotarły??
Coś tu jest bardzo nie tak jak powinno.


piątek, marca 20, 2009

własne dwie płozy

Jazda na łyżwach na tyle mnie wciągnęła, że w sobotę pojechałam do sklepu sportowego i zakupiłam własne.
To dobry moment na takie zakupy, bo sezon zimowy się kończy i wszędzie są wyprzedaże.
Przymierzyłam kilka różnych firm i ostatecznie zdecydowałam się na Aurorę firmy Bladerunner.
Jestem z nich szalenie zadowolona.
Nie dość, że ładne co niemiara, to do tego jeszcze wygodne i stopa prawie mnie nie boli.
Po kilku jazdach przestanie boleć zupełnie, jak już but i noga bardziej się ze sobą zgrają.


Przed zakupem oczywiście jak to ja, odczuwając silną potrzebę nagromadzenia informacji w dziedzinie, przejrzałam masy stron i forów internetowych w poszukiwaniu informacji, jakie łyżwy kupić.
Dla laika nie jest to taka prosta sprawa.
Trzeba się zdecydować, czy łyżwy mają być figurowe czy hokejowe (ząbki czy bez ząbków).
Wiązane skórzane czy plastikowe na zatrzaski (wyglądają zupełnie jak buty narciarskie, co uważam odbiera wiele uroku łyżwie).
Jeśli wiązane, to trzeba wybrać dobry but, który jest na tyle sztywny, że ochroni kostkę.
Do tego dobre ostrze, prawidłowo przymocowane do buta.
Czyli wszelkie krzywizny i nierówności odpadają :-)
Tylko jak zobaczyć, czy ostrze jest ok, skoro nie ma się o tym pojęcia?
Po wyczytaniu tego wszystkiego czułam się na prawdę niezbyt pewnie idąc do sklepu.
Wiedziałam, że łyżwy mają być figurowe i wiązane.
I że w żadnym razie nie powinno się ich kupować w markecie, bo tam na ogół są owszem tanie, ale też kiepskiej jakości.
W sumie chciałam sobie kupić Laurę firmy Botas, która była zachwalana w Internecie jako dobry sprzęt dla początkujących, ale nie było.
Przymierzyłam za to nasze rodzime Agaty, ale jakoś nie przypadły mi do gustu.
Dziwnie się układały w kostce.
No i okazało się, że chociaż na wypożyczalnie zawsze biorę swój normalny numer buta i jest ok (plastikowe na zatrzaski), to tu nagle normalny okazał się za mały, a większego o numer nie było.

Tak więc ostatecznie stałam się dumnym posiadaczem ślicznej, kremowej Aurory.
Tu również mój normalny numer buta był za mały, ale dostałam połówkę.

Pozostała jedynie kwestia naostrzenia ich.
Zrobiło to lodowisko, ale o dziwo nie mogli od ręki, bo ich osoba ostrząca pracuje do 16.00, co mnie automatycznie dyskwalifikuje jako klienta.
Musiałam zostawić łyżwy na noc, by naostrzono mi je w ciągu dnia.
Przyznam, że trochę się obawiałam, że zaraz się poobijam, jak nie połamię wychodząc na lód w ostrych łyżwach, więc poprosiłam, by naostrzyli je tylko odrobinę, dla osoby całkowicie początkującej.

Próbę generalną miałam w środę i po prostu marzenie.
Nawet ja, nie umiejąc jeździć, jestem w stanie poczuć tę kolosalną różnicę między plastikowymi łyżwami z wypożyczalni, które jak teraz o tym myślę, najwyraźniej potrzebują już ostrzenia, a porządnymi (chyba porządnymi, bo na 100% nie jestem pewna, czy wybrałam łyżwy dobrej jakości) łyżwami ze świeżo naostrzoną płozą.
Różnica jest kolosalna i ślizgawki podobają mi się jeszcze bardziej niż na początku :-D

środa, marca 11, 2009

Szuuu, szuuuu, szuuuu...
To mógłby być dźwięk, jaki wydaję mając na nogach łyżwy, gdybym tylko potrafiła jeździć.
Na razie bardziej się chwieję i próbuję utrzymać równowagę, niż ślizgam.
Na prawdę frustrujące.

Dziś mi powiedziano, że do perfekcji podobno potrzeba 10tys godzi treningu.
A więc mi w przybliżeniu brakuje jeszcze około 9,997.5h.

wtorek, marca 03, 2009

nowe wdzianko

Ubrałam mojego iToucha w nowe wdzianko.
Jest to nalepka z jakiegoś rodzaju żelowej foli.
W porównaniu z poprzednim, które było swoistą gumową zbroją, to sprawia, że iPod wciąż jest lekki i cienki.
Podoba mi się i jest bardzo wygodne w użyciu.
Nie dość, że ładne, to do tego chroni podatną na rysy tylną obudowę.
Trochę obawiałam się, że nalepka szybko zacznie schodzić, ale jak na razie trzyma się mocno.

Różnorodność wzorów można znaleźć na stronach:
www.gelaskin.com
www.gelaskin.pl

Są to nie tylko folie na iPody, ale również na laptopy i różne modele telefonów.
Bogaty wybór wciąż przybywających wzorów pozwala każdemu znaleźć coś dla siebie, choć trzeba szczerze przyznać, że ceny są dość odstraszające :/


poniedziałek, lutego 09, 2009

kolejne pożeganie

Dziś do Japonii wróciła już ostatnia osoba, która na początku tworzyła nasz dział.
Smutno. Nikt nie pozostał ze starej brygady Japończyków.
Może czas też się zacząć zbierać.

sobota, lutego 07, 2009

prezenty, książki i inne zakupy

W poniedziałek do Japonii wraca nasz były GM działu. Z tej okazji zostałam delikatnie wrobiona w zakup prezentu dla niego. W sumie nie poczułam się tym obowiązkiem jakoś bardzo obciążona.
No i w końcu miałam jakiś pretekst, który wyciągnął mnie na starówkę, gdzie nie byłam już od kilku miesięcy.
Zdecydowałam, że kupię mu jakieś ładne pióro lub długopis, więc najpierw poszłam do mojego ulubionego sklepiku (bo sklep to za duże słowo dla tego miejsca) i zaczęłam przebierać w ofercie Watermana. Ostatecznie mój wybór padł na długopis, bo stwierdziłam, że w piórze zakrętka jest niebezpieczna i pewnie zaraz by zaginęła.



Na boku zleciłam wygrawerowanie inicjałów, by było bardziej osobiście.
Ponieważ zostały mi jeszcze jakieś pieniądze, dokupiłam do tego notes stylizowany na starą skórę:



Całość została elegancko zapakowana:



Na spodzie widać też kartkę na życzenia i podziękowanie.

Kiedy pan w sklepie grawerował, ja postanowiłam zabić czas w pobliskiej księgarni. Wychodząc z niej byłam już właścicielką 4 nowych książek.



Dopiero po zrobieniu zdjęcia, zauważyłam, że na okładce każdej z nich jest kobieta. Ciekawe, dlaczego taki wybór, bo w księgarni przejrzałam masy książek, nim się na coś zdecydowałam. Miałam ochotę na coś z fantasy.
Zaraz po powrocie do domu zabrałam się z "Zew księżyca". Tematyka przypomina mi odrobinę serię Meyer o wampirach, jednak Patricia Briggs moim zdaniem ma dużo lepszy i pewniejszy styl pisania. Książkę pochłonęłam za jednym zamachem i była to świetna rozrywka. I chcę kolejny tom. Muszę tylko znaleźć chwilę na kolejny wypad do księgarni.

środa, lutego 04, 2009

Junior

28.09.1993-2.02.2009

czwartek, stycznia 22, 2009

japońskie dobra

Korzystając z okazji, że wszyscy Japończycy z firmy jadą na święta do Japonii, złożyłam całkiem pokaźne zamówienie.
Oczywiście tradycyjnie umeshu i czekoladki z nadzieniem maccha (zielona herbata) musiały się znaleźć na liście. Poza tym komiksy. Żeby nie przesadzać ograniczyłam się tylko do dwóch tytułów i uzupełniłam o najświeższe tomy kolekcję Nany i Becka. Do tego kolejne tomy Manzai i Batterii z moich ulubionych małych wydań bunko (może kiedyś je przeczytam, jak sobie czas wygospodaruję jakiś).


Poza zamówieniem, dostałam w prezencie super ekskluzywne czekoladki Godivia, ale niestety mój ofiarodawca był bardzo zdziwiony, gdy okazałam zachwyt nad tymi z zieloną herbatą za 200 jenów, a nie nad tymi drugimi za ponad 1000 jenów. Cóż, może moje podniebienie nie jest stworzone dla takiej drogiej czekolady, a może u nas w Polsce wszystkie są takie (w końcu tradycyjna japońska czekolada smakóje jak nasz najtańszy wyrób czekoladopodobny).


Nie mogę jednak zaprzeczyć, że jako obiekt zdjęć, Godivia spisała się nad wyraz wdzięcznie, co widać poniżej :-D

poniedziałek, stycznia 12, 2009

cieplej mi

Jest stanowczo cieplej i znowu lubię swoje makowe mieszkanie.
Zewnętrzne rolety najwyraźniej stanowią jakąś ochronę przed zimnem (ciekawe, czy przed złodziejami też?) i temperatura wewnątrz znacznie podskoczyła.
Poza tym okazało się, że w budynku był zapowietrzony cały pion i kaloryfery nie działały prawidłowo.
No i oczywiście wykorzystałam taśmę klejącą, by pozaklejać wszelkie nieszczelności w moich oknach.
To na pewno też dużo dało.
Najważniejsze, że cieplej mi.

czwartek, stycznia 08, 2009

ZIMNO, ZIMNO, zimno, zimno ...

Mam zimne mieszkanie.
Wieje mi z okien.
Myślałam, że gorzej być nie może.
A jednak...
Wczoraj wróciłam i zastałam ZIMNY kaloryfer.
Jestem w trybie bojowym.
Zaopatrzyłam się w 3 rolki szerokiej taśmy i dwa dodatkowe koce (uszczelnianie metodą domową)
Do tego 2x dziennie telefon do właścicielki.

Dziś od świtu zakładają mi żaluzje zewnętrzne.
Okna też mają wyregulować.
Właścicielka siedzi u mnie i marznie.
Ja wychodziłam dzwoniła już do administratora budynku.
Zobaczymy co z tego będzie.
Może jak wrócę będzie ciepło.

wtorek, stycznia 06, 2009

wtorek, grudnia 09, 2008

Wspomnienia z wakacji

Robiąc porządki w swoich zbiorach zdjęć, doszłam w końcu do folderu lipcowego z moimi wspomnieniami z Krakowa i pomyślałam, żeby umieścić na blogu zaległy wpis (bardzo zaległy).

W sumie nie wiem, co mnie natchnęło, żeby jechać do Krakowa. Może to, że choć byłam tam dwa razy, to nigdy tak na prawdę nie miałam okazji, żeby swobodnie sobie po nim pochodzić i zobaczyć z bliska wszystko, co mnie zainteresuje.

Raz pojechaliśmy z rodzicami, kiedy byłam mała i niewiele pamiętam. Chyba spędziliśmy tam tylko jeden dzień w drodze do bądź z Zakopanego, a za drugim razem z wycieczką klasową w czasach liceum, kiedy też wszystko oglądaliśmy na szybko, bo mieliśmy mało czasu, a nauczycielka chciała pokazać jak najwięcej (nie wspominając, że zakwaterowanie, żeby było tanio i daleko od Centrum) i ostatecznie nic nie można było dokładnie zobaczyć. Nie dało się pospacerować, poczuć, po napawać się tą niepowtarzalną atmosferą Krakowa, której nie posiada żadne inne miasto.
Tym razem mi się udało.

Zarezerwowałam hotel, kupiłam bilety, spędziłam całą noc w pociągu Toruń-Kraków i rano 15 lipca byłam w najpiękniejszym mieście Polski.
Wspaniałe uczucie.
Od razu na dworcu zaopatrzyłam się w przewodnik i mapę, żeby na spokojnie móc sobie zaplanować pięć dni napawania się.
Hotel Pollera okazał się być bardzo sympatycznym miejscem w starym stylu bardzo pasującym do mojego wyobrażenia o Krakowie. Niestety wrażenie psuła dosyć mocno kuchnia w przyhotelowej restauracji. Nikomu jej nie polecam. Śniadania (wliczone w cenę pokoju) były zjadliwe, ale inne posiłki już nie. Po pierwszej próbie darowaliśmy sobie tamtejsze obiady. Plusem była lokalizacja - hotel mieści się na jednej z uliczek odchodzących od Starego Rynku. Bardzo wygodne. Do tego pod oknami ciągle przejeżdżały bryczki, co bardzo mi się podobało.



Pierwszy dzień był raczej spokojny z najbardziej typowymi zabytkami w planie:


Widok na Stary Rynek z wieży kościoła Mariackiego. Pana grającego hejnał na trąbce też udało nam się z bliska obejrzeć.


Uliczni malarze przy Bramie Floriańskiej.


Postój dorożek na Starym Rynku i Kościół Mariacki w tle.


"Galowe" konie.


Droga na Wawel.

Obejrzenie Wawelu zajęło nam cały dzień. Nawet dobrze nam się złożyło, bo akurat padało i nie było sensu chodzić po mieście. Niestety o późnej godzinie jaką jest 9 rano wszystkie bilety do komnat królewskich (ograniczona ilość dziennie) były już wyprzedane, więc jeśli ktoś chce je też obejrzeć, musi wstać umiarkowanie wcześniej. W sumie bilety wydaje mi się, że wszystkie są w ustalonych ilościach na dzień, ale tych innych (inne komnaty, skarbiec, dzwon, itd) było dużo.



Za to dzwon Zygmunta udało nam się obejrzeć, a nawet dotknąć, choć ludzi było co niemiara.


Dzwon Zygmunta w katedrze wawelskiej. Do niedawna największy (od 2004r. największy jest Dzwon Maryja Bogurodzica z Bazyliki Matki Boskiej Licheńskiej), za to wciąż najsłynniejszy polski dzwon. Podobno został odlany ze zdobytych armat w 1520r. Są na nim herby Polski i Litwy, a także św. Zygmunt i św. Stanisław. Dotknięcie serca dzwonu przynosi szczęście, ale jeśli serce pęknie oznacza to złe czasy dla Polski (ostatnio pękło w 2000r.)

W Krakowie zachwyciła mnie dzielnica żydowska - Kazimierz. Tu byłam po raz pierwszy. W jakiś szczególny sposób to miejsce jest inne od reszty miasta. W każdym razie starego miasta. Widać tu silny wpływ kultury żydowskiej: synagogi, cmentarze żydowskie, restauracje z żydowskimi potrawami (bardzo smaczne). Ludzie wyglądają i zachowują się trochę inaczej. A może to tylko urok tego miejsca sprawia, że ludzie też wydają się inni. Będąc tam czułam się trochę jakbym była w obcym kraju, a nie w Polsce. Wchodząc do restauracji miałam dziwne wrażenie, że na pewno nie usłyszę z ust kelnera języka polskiego.





Jeśli ktoś ma ochotę do Kazimierza może dojechać ze Starego Rynku dorożką. Woźnica dowozi na miejsce, a potem czeka tak długo, aż klient zdecyduje się wracać. Sama też chciałam, ale ostatecznie mi się nie udało :(


Tutaj zainteresował mnie stary samochód ze starymi walizkami na dachu i człowiek siedzący na nim - ta scena to jakby kwintesencja tej niezwykłości Kazimierza.


A tu kolejne ciekawe miejsce Kazimierza - pub w stylu Hawana??


Kolejny dzień to znowu Miasto Lokacyjne, choć tym razem z nastawieniem na muzea. Miałam w planach Muzeum Narodowe w Sukiennicach, ale niestety do 2010r. jest nieczynne z powodu remontu. Ostatecznie obejrzeliśmy tylko Muzeum Czartoryskich ze szczątkami mumii ludzkich, Damą z łasiczką, itd. oraz dotarliśmy do trochę oddalonego Gmachu Głównego Muzeum Narodowego, gdzie tymczasowo jest przeniesiony z Sukiennic "Hołd Pruski" Matejki. Szczęśliwy traf. Poniżej kilka ujęć z Muzeum Czartoryskich, gdzie niestety musiałam zapłacić za możliwość robienia zdjęć.
















Wakacyjny wyjazd zakończyliśmy nalotem na Cmentarz Rakowiecki (zdjęcia być może dołączę później, bo tych jeszcze nie zdążyłam poPSuć) i oczekiwaniem na nocny pociąg do Torunia w knajpkach Starego Rynku, a trzeba powiedzieć, że jedzenie w nich było wyjątkowo smaczne. Pizza na cieniutkim cieście - mniam, albo owoce morza w delikatnej panierce - jeszcze większe mniam. Nic dziwnego, że z Krakowa wróciłam z dodatkowymi 2kg wagi. Zamiast takiej pamiątki wolałam aniołka, z typu jak widać poniżej, ale ostatecznie wróciłam bez niego. (Miałam chrapkę na pierwszego po prawej.)


środa, listopada 05, 2008

zmiany czy ich brak

Od jakiegoś czasu próbuję uzupełnić mojego bloga i bardzo marnie mi to idzie.
Wprawdzie miałam cały zeszły miesiąc wolny, ale ostatecznie wtedy też mi się nie udało.

W zeszłym tygodniu wróciłam do Torunia, by znowu podjąć pracę w tym samym miejscu, co dotychczas. Z tą jedną różnicą, że tym razem musiałam sama wynająć sobie mieszkanie.
Dlatego też przyjechałam do Torunia w środę, wieczorem byłam już umówiona z agentem nieruchomości i obejrzałam 5 mieszkań. Po namyśle zdecydowałam się na to:


Salon z aneksem kuchennym

Spodobały mi się te wielkie czerwone maki na ścianie. No i jest TV, co znacznie ułatwia granie ;-) Na kanapę też nie mogę narzekać, bo całkiem wygodna. Wczoraj na niej usnęłam i obudziłam się o 4 nad ranem, by przenieść się na łóżko. Dodam, że mimo to wciąż jeszcze funkcjonuję.


Sypialnia z wielkim łożem

Przytargałam do niej komodę z kuchni. Nie wiem, dlaczego pierwotnie tam wylądowała.


Łazienka z rybkami


Widok z okna

Do mieszkania przynależy całkiem spory taras z trawą. Jak się zrobi cieplej można na nim urządzić fajnego grilla. Nawet jest tam nie zbędne wyposażenie. Nie wiem tylko w jakim stanie.