poniedziałek, września 14, 2009

Chengdu - Luoyang (1229km)

Jesteśmy już w Luoyang. Mam już wrażenie, że zaczynamy zbliżać się do końca naszej podróży.

Pociąg z Chengdu oczywiście był opóźniony i zamiast jechać 20h jechaliśmy jakoś 22h. Zdążyłam już się przyzwyczaić. Po wyjściu z dworca Luoyang lokalni przypuszczają atak na obcokrajowców. Każdy chce nam coś zaproponować: nocleg w hotelu, dojazd do Shaolin, grot Longmen, Xi'an. Zapewne można by tu załatwić wszystko, choć oczywiście płacąc za to z 5 razy więcej niż się powinno. Jednej kobiecie udało się nas namówić na zaprowadzenie do hostelu. Miała ten, który chciałyśmy i prowadziła za darmo (pewnie dostaje jakąś prowizję z hostelu od każdego sprowadzonego klienta). Jednak zamiast zaprowadzić nas do hostelu, zawiodła nas pod jakiś hotel. Ostro wkurzone kazaliśmy jej się odczepić i z mapą w przewodniku ruszyłyśmy do pobliskiego Mingyuan Youth Hostel. Naszym priorytetem tym razem była możliwość zrobienie prania, bo po konnej wędrówce nasze rzeczy są w opłakanym stanie. Dlatego pierwsze co, to upewniłyśmy się, że mają pralkę dla gości. Jednak, kiedy chciałyśmy iść robić pranie, wyszło na jaw, że owszem mają taką opcję, ale za 5RMB od rzeczy, gdzie jakaś pani zabiera wszystko do domu i tam pierze. Phi. I znowu zirytowane zabrałyśmy nasze bagaże, wymeldowałyśmy się i poszłyśmy szukać Luoyang Jujia Hostel, który stoi najwyżej w rankingu na www.hostelworld.com. Jednak znalezienie go okazało się nie być taką prostą sprawą. Ponieważ nie wiedziałyśmy jak do niego dotrzeć z dworca, postanowiłyśmy szarpnąć się na taksówkę. Taksówkarz oczywiście nie chciał nas zawieść z taksometrem, tylko zażyczył sobie 30RMB. Po targach zeszliśmy do 25RMB (powinno nas to kosztować tak na prawdę ok 17RMB).

Hostel okazał się prawdziwym zaskoczeniem.
Po pierwsze jest bardzo daleko od dworca, a po drugie znajduje się po prostu na 7 piętrze bloku mieszkalnego. Jest to zwykłe mieszkanie przerobione na pokoje gościnne. Mieści się tam max. 8 osób. Prowadzi go ojciec z małym synem. Właściciel jest na prawdę miły i pomocny, choć słabo mówi po angielsku (komunikacja odbywała się za pomocą tłumacza internetowego), jednak sam hostel wydaje się być raczej nielegalnym interesem. Choć oczywiście spisano nasze dane na specjalnej karcie meldunkowej, to jednak uważam, ze to tylko pic na wodę, szczególnie, ze mały zawsze sprowadza gości po schodach i wyprowadza z osiedla. No i nie pozwolił zrobić zdjęcia bloku. W sumie plusem jest cena (30RMB za noc) i to, że jest na prawdę czysto. Do tego darmowy Internet i co nas najbardziej interesowało - możliwość zrobienie prania, bo już się zaczynałam zastanawiać, w czym Będę chodziła przez kolejne dni.

W hostelu spotkałyśmy Włocha, który zaproponował nam kolacje z jego chińskimi znajomymi. Włoch rzucił pracę i podróżuje po świecie. Był już w Japonii i wyraźnie upaja się wolnością. Chińscy znajomi, którzy przedstawili się jako Garfield (dziewczyna jest fanka rudego kota) i chłopak Garfield, okazali być się bardzo mili. Pokazali nam starą część miasta i nawet byli w stanie opowiedzieć trochę o historii. Do tego dzięki nim spróbowaliśmy pysznych owoców na patyku zalanych cukrem. Mniam. Wyglądają jak małe jabłuszka. Nie mam pojęcia, co to za owoc.
Na kolacje poszliśmy do restauracji na tradycyjny dla tego regionu "bankiet wodny". Jest to zestaw od kilku do kilkunastu dań, głównie w formie zupowatej (dlatego bankiet nazywa się wodnym). Były na prawdę dobre. Najbardziej smakowały mi ziemniaki na słodko. Włoch został namówiony na udowodnienie, ze jest prawdziwym mężczyzną i razem z chłopakiem Garfield wypili butelkę 54% alkoholu, który wypalał przełyk (spróbowałam odrobinę). My pozostałyśmy przy piwie.

Po kolacji ruszyliśmy jeszcze do baru prowadzonego przez ich znajomego. Tam nastąpiły kolejne kolejki piwa i nauka pijańskiej gry w kości. Nasz Włoch zaczepiał każdą mijaną Chinkę i próbował jej powiedzieć po chińsku, że jest piękna. Niezbyt mu to wychodziło. Szczególnie, że "dzień dobry" po chińsku w jego wykonaniu brzmiało bardziej jak "siku", co wywoływało uśmiech na twarzach przechodniów.

Ostatecznie do hostelu wróciliśmy dobrze po północy. Zaniepokojony właściciel wydzwaniał już na telefon Garfield a jego syn stał na czatach przy bramie osiedla, by nas wprowadzić do środka.
Jak nic to musi być nielegalny interes.

    Okolica hostelu Luoyang Jujia - normalnie jak chińskie Podzamcze :-)


    Wnętrze autobusu w Luoyang




Przykładowe ceny:
Luoyang Jujia Hostel - 30RMB / noc
wodny bankiet - 31RMB / osobę
autobus miejski - 1RMB




niedziela, września 13, 2009

Chengdu - Songpan - Er Dao Hai - Chengdu

Wróciłyśmy całe do Chengdu i dziś mamy leniwy dzień. Wstałyśmy później niż zwykle, przepakowałyśmy się, zjadłyśmy pyszne śniadanko w hostelu i poszłyśmy do miasta załatwić zakupy i wymianę kasy. Okazało się, że w Chinach banki owszem działają w niedzielę, ale waluty nie wymieniają. Dziwne to. Musimy poczekać i wymienić w Luoyang. 
Kupiłam sobie śmieszną koszulkę z królikami. A. była w siódmym niebie w sklepie z nimi. 
Zaraz mamy pociąg do Luoyang. Podróż potrwa jakieś 20h. Jednak po autokarze do Songpan nic nie jest mi straszne. 
Jeszcze tylko zjemy po "domku dla krasnoludków" (czyt. najlepszy hamburger jaki w życiu jadłam) i gnamy dalej.

Poniżej opis naszej wyprawy w góry.

Chengdu-Songpan-Er Dao Hai-Songpan-Chengdu

Rano jeszcze nie zdążyłyśmy wsiąść do autobusu, a już zaczęły się problemy. 
Nie wiadomo jak to się stało, ale okazało się, że nie mamy biletów na autobus. Byłyśmy przekonane, że ktoś z nami pojedzie i nam je kupi. Tak w każdym razie było napisane na stronie z informacjami o horse trekking w Songpan. Jednak, gdy dotarliśmy do dworca autobusowego, Chińczyk nas wysadził i chciał odjeżdżać. Był przekonany, że mamy bilety. Po rozmowie telefonicznej z osobą mówiącą po anielsku w hostelu, poszedł z nami do autobusu i po bardzo, bardzo długich pertraktacjach z kierowcą w końcu cudem chyba, udało mu się nas wpakować do środka bez biletów. Oczywiście autobus był już zapchany Chińczykami i miałyśmy osobne miejsca. 

Jazda autobusem z Chińczykami nie należy do najprzyjemniejszych. Moi współpasażerowie z głośnym odgłosem plują do koszy ustawionych co kilka rzędów w przejściu i niestety nie zawsze do nich trafiają, pechowo jeden z koszy stoi przy moim fotelu. Dyskretnie odsuwam go stopą. Ciągle się kręcą, wykrzykują coś do siebie, uderzają w fotel mój i wszystkich wokoło. Ciężko z nimi wytrzymać. Całość uzupełnia chiński kierowca, dla którego głównym narzędziem podczas prowadzenie autobusu jest najwyraźniej klakson, bo używa go nieustannie i najczęściej bez żadnej potrzeby. Jedyne pocieszenie stanowi fakt, że już nie palą w autobusach (kiedy byłyśmy w Chinach w 2006 palili wszędzie i bez ograniczeń). Ktoś w prawdzie próbował cichaczem, ale został wykryty i upomniany przez innego pasażera.
Droga do Songpan wiedzie przez góry. W maju było tu wielkie trzęsienie ziemi i dlatego jakieś 280km pokonuje się w 14h. Koszmar. Duża część drogi jest całkowicie zniszczona lub zasypana rumowiskiem i dlatego co chwila mamy ruch wahadłowy. Sama okolica wygląda jak wielki plac budowy. Ludzie naprawiają drogę, mosty, remontują domy, bądź stawiają nowe. Wszędzie penło pyłu. Toalety na trasie to prawdziwe wyzwanie dla nieprzyzwyczajonej osoby - dziura w ziemi i niski murek. Przynajmniej są oddzielne dla kobiet i mężczyzn, ale w dół jednak lepiej nie patrzeć. Wstęp kosztuje oszałamiające 0.5RMB.

Podróż, która zaczęła się o świcie kończy około dziewiątej wieczorem. W pewnym momencie mam już ochotę krzyczeć i moje myśli krążą tylko wokół tego jak wydostać się z duszącego autobusu. Na dodatek nie bardzo wiemy, gdzie mamy wysiąść. W tych ciemnościach już niewiele widać przez okno. Na szczęście okazuje się, że lokalna mafia działa bez zarzutu. To właśnie oni mają pod kontrolą wszelkie konne wędrówki w okolicy. Ich organizacja na prawdę wzbudza podziw. Kierowca naszego autobusu zatrzymuje się pod "biurem", a do środka wchodzi Mike, by zgarnąć turystów. Mike mówi nieźle po angielsku, co od razu podnosi nas na duchu. Natychmiast zostajemy zaprowadzone do "biura" (wielki, pusty hangar z jednym tylko biurkiem na jego końcu) na załatwienie formalności. Po drodze Emma (również mówiąca po angielsku) wciska nam wizytówkę swojej knajpy Emma's Kitchen, która znajduje się zaraz obok. Wchodzimy do środka i napotykamy grupę mężczyzn. Większość z nich ma marynarki narzucone na ramiona, co od razu kojarzy mi się z typowym wyglądem mafii. Najwyraźniej dbają tutaj o zachowanie odpowiednich pozorów, albo zbyt wiele razy oglądali „Ojca Chrzestnego”. Coś mówią miedzy sobą, a następnie Mike tłumaczy nam, że mamy tu być o świcie następnego dnia i wręcza nam nasze bilety powrotne na autobus. Mamy też zaopatrzyć się w wodę na drogę. Czyli wszystko wydaje się być w porządku. Następnie zostajemy prowadzone do hostelu, który okazuje się znajdować pomiędzy „biurem” a restauracją Emmy. Bardzo wygodne. Mamy osobny pokój, co po wielu dniach nocowania w grupowych salach jest dla nas miłą odmianą. Bierzemy szybki prysznic i z nowym zapałem ruszamy „w miasto”. Najpierw kolacja u Emmy. Cóż tu dużo mówić, jedzenia polecić nie mogę. W Songpan często brakuje prądu i muszą wtedy używać specjalnych kuchenek naftowych, które nadają każdemu jedzeniu dziwny posmak. Przynajmniej obsługa jest bardzo miła i mają pyszną lokalną herbatę o nazwie baoba z pływającymi w niej owocami i kwiatami. Bardzo orzeźwiająca. Postanawiam jeszcze zakupić ciepłą chustę, chyba z wełny jaka, ale pewności nie mam. Po drodze widziałam dużo rogatych kopytnych z długim futrem i tylko zgaduję, że to był jak. Podobno noce w górach są chłodne, więc wolę się dodatkowo zabezpieczyć.

Rano wstajemy wcześniej, bo poprzedniego wieczora nie zdążyłyśmy kupić wody. Biegniemy jeszcze do sklepu i o umówionej porze jesteśmy pod biurem, gdzie już czekają nasze niewielkie koniki i przewodnicy. Żaden z nich nie mówi po angielsku. Udaje nam się tylko zrozumieć, że jeden jest Chińczykiem, a drugi Tybetańczykiem. Zostajemy razem z plecakami sprawnie zapakowane na grzbiet naszych wierzchowców i ruszamy w drogę do źródełek Er Dao Hai  二道海  – celu naszego trekkingu. Droga cały czas pnie się pod górę i w końcu Songpan staje się tak małe, że można by je zmieścić na dłoni. Widok wznoszących się szczytów zapiera dech w piersiach. Do tego jest piękna pogoda i w końcu błękitne niebo, którego nie widziałam od przyjazdu do Chin. Duże miasta są już tak zanieczyszczone, że zazwyczaj smog dokładnie ukrywa każdy skrawek błękitu, a tu mam wrażenie, że mogłabym posmakować powietrza, tak jest świeże i rześkie. Ponieważ tutejsze rumaki znają trasę na pamięć i zawsze idą za swoim przewodnikiem, możemy nic nie robić i tylko delektować się piękną pogodą i widokami. Po kilku godzinach dojeżdżamy do miejsca, gdzie musimy zsiąść z koni i iść na piechotę. Schodzenie z góry po ruchomych kamieniach jest dla nich zbyt niebezpieczne szczególnie z jeźdźcem na grzbiecie. Po godzinnym marszu dochodzimy do równej, asfaltowej drogi i znowu możemy jechać konno. Mimo, że droga wygląda cywilizowanie, to ani razu nie mija nas żaden samochód. Powoli zbliżamy się do źródełek. Wstęp na ich teren jest płatny, więc kupujemy bilety podczas gdy nasi przewodnicy ściągają siodła i puszczają konie luzem na zbocze. Podobno rano wrócą. Mam taką nadzieję, bo nie chciałabym pokonywać powrotnej drogi na piechotę.

U wejścia do parku znajduje się duży budynek i mała chata, do której zostajemy zaprowadzone. Nasi przewodnicy przygotowują dla nas szybki obiad w postaci michy zielonych ogórków zmieszanych z jakimiś przyprawami i miejscowego chleba, który przypomina wyrośnięte placki. Po wysiłku wszystko smakuje wspaniale. Jest dosyć wczesne popołudnie, więc już same i na własnych nogach ruszamy w stronę źródełek. Nasz przewodnik tłumaczy nam tylko na migi, o której mamy wrócić na kolację. W sumie nie wiemy co się przed nami znajduje. Wydaje się, że w parku prócz nas nie ma żywego ducha. Każde mijane źródełko jest inne. Można napotkać na turkusowe, żółte, soczyście zielone, brązowe. Wszystkie zachwycają kolorem i przejrzystością. Można by tak błądzić w nieskończoność po parku i nigdy nie mieć ich dosyć. Na końcu szlaku znajdujemy coś w rodzaju zewnętrznego basenu. Jest też małe źródełko z bieżąca wodą i stary blaszany kubek. Można się napić. W pobliżu stoi też szopa, która najwyraźniej służy za szatnię. Zastajemy tu starego Chińczyka, który gestem zachęca do wejścia do źródełka. Z tego co rozumiemy jest to dobre dla zdrowia. Mimo to nie decydujemy się. W końcu nadchodzi godzina, kiedy musimy już wracać. W chacie czeka już na nas bardzo pikantna zupa z makaronem, która przypomina mi w smaku nasze „chińskie zupki” z torebki. Najwyraźniej producenci zalewajek nieźle trafili ze smakiem. Nic dziwnego, że nazywamy je „chińskimi zupkami”. Zajadamy z apetytem. Okazuje się, że pod nasza nieobecność przyjechała też mała grupa Niemców. Jeden z nich cierpi na chorobę wysokościową, więc dostaje łóżko i cebulę w krążkach na czoło. To według zapewnień lokalnych powinno mu pomóc. Przyjemnie jest móc z kimś normalnie porozmawiać. Im ciemniej, tym robi się chłodniej i ostatecznie postanawiamy iść spać. Nasi przewodnicy przygotowali dla nas nocleg w szopie koło domu. Zastajemy w niej masę koców, śpiworów i skór tworzących legowisko. Ubieramy się we wszystko, co nam przychodzi do głowy i tak przygotowane idziemy spać. Noc jest zimna, a legowisko mimo wszystko twarde. Nie mogę spać, zimno mi i co chwila muszę walczyć o swój kawałek śpiwora. Dobrze, że poranek szybko nadchodzi. Jemy szybkie śniadanie i szykujemy się do powrotu. Konie faktycznie wróciły, więc nie muszę się martwić o transport.

Droga powrotna mija znacznie szybciej niż ta w drugą stronę. Wracamy inną trasą z postojem w miejscu z widokiem na Songpan. Ostatni odcinek jest straszny. Wjeżdżamy na piaszczystą drogę pełną pyłu, którym po chwili jesteśmy całe oblepione. Nie można normalnie oddychać. Na pewnych odcinkach musimy zasiadać z koni i brodzimy w sypkim piachu prawie po kostki. Do tego upał bardzo doskwiera. Moje odkryte ramiona i twarz mimo czapki są już całe spieczone słońcem, a niestety nigdzie nie udało nam się kupić olejku do opalania. Boję się wyciągnąć aparat, bo pył jest wszędzie. Wracamy inną trasą niż wcześniej i dzięki temu mamy okazję zobaczyć trochę miasta. W końcu docieramy pod hangar, z pod którego wyruszyliśmy. Od razu pojawia się wokół nas tłumek ludzi, którzy proponują między innymi jedzenie i masaż stóp. Osobiście najpierw chcę się przede wszystkim dostać pod prysznic i zmyć z siebie ten pył. Z plecaka chyba już nigdy się go nie pozbędę.

To nasz ostatni wieczór w górach, więc mimo zmęczenia chcemy jeszcze zwiedzić miasto. Songpan jest zupełnie inne niż miasta, w których do tej pory byłyśmy. Miesza się tu ludność chińska z tybetańską. Wiele kobiet nosi tradycyjne stroje, co dodaje temu miejscu charakteru i koloru. Widać, że głównym źródłem dochodu są turyści i rękodzielnictwo. Na każdym straganie można kupić kolorowe chusty, wytwory z rogów, futra, itp. Moją uwagę przyciągają przede wszystkim chusty. Nabywam ich w sumie pięć namiętnie się przy każdej targując. Po kolacji u Emmy idziemy spać. Rano czeka nas znowu męczący powrót autobusem do Chengu. 

 Droga do Er Dao Hai

Góry Shimending






Z naszymi rumakami i przewodnikiem.

Hostel w Songpan

Songpan

Songpan

Sim's Cozy Garden Hostel - nasze miejsce śniadaniowe


Domek dla krasnoludków :-)


Przykładowe ceny:
obiad w Songpan - 17RMB
poncho z wełny - 25RMB
chusty - 15-35RMB
baterie AA x4 - 12RMB
wstęp do źródeł - 70RMB 
śniadanie w Chengdu (kanapka + herbata) - 24RMB
autobus w Chengdu - 2RMB


 

wtorek, września 08, 2009

Chengdu - sauny dzień drugi

Rano prawie zaspałyśmy na odwiedziny w centrum pand. Przyznam się, moja wina. Nastawiłam budzik w komórce, ale zapomniałam przestawić ją na czas chiński. Cóż, każdemu może się zdarzyć. Ważne, że zdążyłyśmy. Pandy były przezabawne. Trzeba jechać do nich rano, bo wtedy dostają śniadanie, a potem przez resztę dnia śpią. Zrobiłam masy zdjęć małych pand podczas porannych zapasów. Słodkie zwierzaki. Były też dwu-miesięczne pandziątka-bliźniaki :-]



Panda Card


plakietka z naszego hostelu (kazali nam je nosić na szyi)

   
nic  dodać, nic ująć








































Ponieważ wróciłyśmy w miarę wcześnie, postanowiłyśmy jeszcze zjeść śniadanie w naszym super hostelu (rano nie było już czasu). Bo trzeba przyznać, że hostel jest na prawdę na wysokim poziomie. Mają tu chyba wszystko, co potrzebne podróżnikowi do szczęścia. I jedzenie też jest palce lizać. Mają nawet dania japońskie (skusiłam się dziś na yakisobę). Już zaplanowałyśmy kolejne 3 posiłki, jakie tu sobie zjemy po powrocie z konnej wędrówki. A otoczenie do takiego jedzenia też bardzo przyjemne. Jest ocieniony wewnętrzny ogród, po którym plączą się króliki i na który jest widok z górnego tarasu ze stolikami i ladami. Są półki z książkami, które można wypożyczać bądź wymieniać. Są leżaki, gdzie można odpocząć w cieniu. Łóżka wygodne, łazienki czyste. Mogłabym tu jeszcze trochę pobyć.

Po późnym śniadaniu ruszyłyśmy na dalsze zwiedzanie miasta. Dziś było równie duszno i parno jak wczoraj. Na prawdę czuję się jak w saunie. Nie wiem, jak Chińczycy tutaj wytrzymują. Ja jestem cała lepka. Pewnie wypocę z siebie wszelkie toksyny.

Z powodu upału dziś postanowiłyśmy trzymać się głównie miejsc oznaczonych na zielono na naszej mapie mając nadzieję na trochę cienia. Oczywiście na błękitne niebo w Chinach najwyraźniej nie ma już co liczyć. Zużyli całe podczas olimpiady i teraz zostało im już tylko szare na składzie.


W ten sposób wylądowałyśmy najpierw w Świątyni Niebieskiego Barana (Green Ram Temple, wstęp 10RMB). Bardzo malownicza była. Cała czerwono złota z masą smoków wszelkiego rodzaju i znaków z chińskiego zodiaku. Nic dziwnego, że Chiny są nazywane Państwem Smoka. A następnie w Thatched Cottage of Du Fu (wstęp 60RMB, ale z panda card za darmo :-D ), czyli w sanktuarium jakiegoś znanego chińskiego poety. Jego plusem był las bambusowy i woda. Jednak nie mając już wiele siły nie spędziłyśmy tam zbyt dużo czasu. Podróż powrotna dwoma zatłoczonymi autobusami też trochę mnie zmęczyła. Co ciekawe w Chengdu za autobus klimatyzowany płaci się 2RMB, a za taki z naturalną klimą w postaci okien tylko 1RMB. Do tego w tych nowszych przy każdym przystanku leci z głośników nagrany głos pani, która uprzejmie prosi pasażerów po angielsku, by nie wnosili ze sobą na pokład autobusu żadnych środków wybuchowych. No trudno, swoje laski dynamitu musiałam zostawić w hostelu.











































Jutro z samego rana ruszamy autobusem do Songpan, a po jutrze już na grzbiecie koni jedziemy oglądać jeziora w górach. Wydaje mi się, że to już okolice Parku Krajobrazoweguo Huanglong, ale głowy sobie uciąć nie dam. Nie sądzę, bym miała w Songpan możliwość skorzystania z Internetu, szczególnie, że w przwodniku radzą zabrać ze sobą latarki, bo w mieście często są problemy z elektrycznością. Tak więc odezwę się za pewne dopiero po powrocie do Chengdu, gdzieś 12 września. Zaraz idę spkować mój nowy chiński plecak (resztę bagażu zostawiamy tutaj). Zaopatrzyłyśmy się już w różne przegryzki na drogę. Mam nadzieję, że jakoś przetrwamy te dziesięć godzin w autobusie. No i że nie dostaniemy choroby wysokościowej w górach. Trzymajcie kciuki ;-)

P.S. Możecie nas zobaczyć na stronie Polaków, których wczoraj spotkałyśmy. Tu jest adres do zdjęcia:
http://cataian.rao.pl/?site=gallery&gid=143&pid=19#p
My w hostelu w Chengdu. Bardzo zmęczone po 20h w pociągu ;-)


Przykładowe ceny:
autobus - 2RMB
śniadanie w hostelu - 30RMB
pepsi w puszce - 3RMB
Green Ram Temple - 10RMB
bilet Chengdu-Luoyang - 187RMB

poniedziałek, września 07, 2009

Xian -> Chengdu (842km)

Hard sleeper do Chengdu okazał się całkiem przyzwoity. Pociąg był gigantyczny. Miał 17 wagonów i tylko jedną lokomotywę. Nasz wagon miał numer 3, więc musiałyśmy przejść praktycznie cały wzdłuż, by do niego dotrzeć.
Jedno mnie zszokowało - Chińczycy praktycznie przestali palić w pociągu!!!!! No dobra, czasami się jakiemuś zdarzy, ale nie jest to już podróż w oparach dymu, przez które nic nie widać. Nie palą też w poczekalniach na dworcu. To po prostu niesamowite, jak cały naród nagle się nawrócił w ciągu zaledwie 3 lat od mojej ostatniej wizyty. Pewnie przed olimpiadą zrobili im pranie mózgu.

Niestety nasz pociąg zamiast 18h jechał sobie nie wiedzieć czemu prawie 20h. Czysta przyjemność. Nad ranem nie było też wody w umywalniach, więc teraz czuję się wyjątkowo brudna - nie brałam prysznica od dwóch dni. Możecie sobie wyobrazić, jak okropnie śmierdzę.
A Chengdu jest jak jedna wielka sauna. Jest okropnie gorąco i parno. Gołym okiem widać przepływ powietrza. Chyba jeszcze nigdy w życiu tak się nie pociłam. Nawet w Japonii w najgorętszym okresie. Po prostu całą płynę. To obrzydliwe szczerze mówiąc. Pozostaje się tylko przyzwyczaić, bo innego wyboru nie ma.





















W centrum chińskiego miasta bardzo rosyjski teatr.



































Polak, którego spotkałyśmy w Xian polecił nam hostel w Chengdu prowadzony przez Japonkę i Singapurczyka. Niestety najwyraźniej pomylił się i dał nam nie tę wizytówkę. Nieźle się namęczyłyśmy szukając lokalizacji na mapie Chengdu, nim się zorientowałyśmy, że to hostel z zupełnie innego miasta. Jednak okazało się, że w hostelu w Pekinie zgarnęłyśmy też ulotkę właśnie tego polecanego hostelu. Nazywa się Sim's Cozy Garden Hostel. Znajduje się niedaleko dworca (bardzo prosty dojazd autobusem) i ma całkiem przyzwoite ceny za łóżko (40RMB). Zostajemy tu dwie noce. Poza tym oferuje też masę usług dla turystów. Ma bezprzewodowy Internet (rzadkość w Chinach), bardzo rozbudowaną informację turystyczną, organizuje masy wycieczek, ma restaurację, kawiarnię, kafejkę internetową (3RMB/h), bibliotekę z dużym zbiorem książek i zapewne jeszcze inne atrakcje, których wciąż jeszcze nie odkryłam.

W naszym dormie natknęłyśmy się na Anglika, który pokazał nam zdjęcia z trekkingu konnego do górskich źródeł i uwaga, uwaga, A. ZDECYDOWAŁA SIĘ DOSIĄŚĆ KONIA!!!!!! Zapowiada się, że widoki będą niesamowite. Już nawet wykupiłyśmy wycieczkę (610RMB). Ruszamy autobusem do Songpan (stare tybetańskie miasto) rano 9 września. Wieczorem będziemy na miejscu. Tam nocujemy i następnego dnia z samego rana wsiadamy na konie i 4-5h jedziemy do jezior. Nocleg w namiotach na łonie natury i powrót do Songpan następnego dnia. Z powrotem w Chengdu będziemy 12 września.
Zapowiada się nieźle. Nie sądziłam, że A. da się namówić na trekking konny, więc nie wzięłam małego plecaka i dziś z musu nabyłam takowy tutaj. Kosztował mnie całe 79RMB, czyli jakieś 20PLN. Oszałamiająca cena. Jak na plecak jest całkiem przyzwoity. Z regulowanymi paskami, itd. Jednak nawet jeśli to tylko 20PLN, to jednak na tutejsze warunki trochę szkoda, bo to w końcu tyle ile za jeden nocleg i obiad. Jakoś to przeżyję. Może nawet na jakieś prezenty wystarczy skoro nie musimy wydawać kasy na lot samolotem.
W każdym razie w tej sytuacji odpuszczamy sobie Jiuzhaigou i oszczędzamy na bilecie lotniczym do Xi'an. Zamiast tego pojedziemy bezpośrednio pociągiem do Luoyang.

W hostelu oczywiście spotkaliśmy Polaków. Jesteśmy wszędzie. Najwyraźniej niedługo przejmiemy Chiny ;-) Nowo spotkani jadą do Tybetu. Zrobili nam zdjęcie i zapowiedzieli umieszczenie na swojej stronie internetowej: cataian.rao.pl

Pozostałą część dnia spędziłyśmy w WenShu Monastery. Bardzo spokojne i zielone miejsce praktycznie w centrum miasta. Dobra odskocznia w tym niesamowitym upale. No i nie było tam tłumów turystów. Teraz jestem gotowa, by iść pod prysznic i może uda mi się choć trochę zmyć z siebie ten okropny zapach.

 

W drodze do klasztoru WenShu - stara część miasta.
























Klasztor Wenshu - jeden z najstarszych w Chinach.






































Rodzina żółwi w sadzawce klasztowu Wenshu.















Chińskie ptaszysko z grupą
żółwi. 


















































 










Kirin (Qilin, Kylin) - chiński jednorożec, choć nie zawsze
występuje tylko z jednym
rogiem. 






























Dziwna reklama piwa.
























Jutro z samego rana jedziemy oglądać pandy podczas śniadania. Już nawet kupiłyśmy specjalne panda cards za 1RMB, które aktywowane przez telefon (niezła zabawa z Chinką, która bardzo słabo mówi po angielsku, a oczekuje podania masy numerów z karty, paszportu i przeliterowania imienia i nazwiska) zapewnią nam wstęp do Panda Breeding and Research Center, a również do niektórych miejsc turystycznych w Chengdu. Co po południu, nie wiadomo. Na pewno coś sobie wymyślimy ;-)


Przykładowe ceny:
autobus miejski - 2RMB (najwyraźniej 1RMB dopłaty za klimatyzację)
hostel - 40RMB
trekking w Songpan - 610RMB
panda card - 1RMB
Wenshu Monastery - 5RMB
organizowany dojazd z hostelu do pand - 30RMB