środa, listopada 05, 2008

zmiany czy ich brak

Od jakiegoś czasu próbuję uzupełnić mojego bloga i bardzo marnie mi to idzie.
Wprawdzie miałam cały zeszły miesiąc wolny, ale ostatecznie wtedy też mi się nie udało.

W zeszłym tygodniu wróciłam do Torunia, by znowu podjąć pracę w tym samym miejscu, co dotychczas. Z tą jedną różnicą, że tym razem musiałam sama wynająć sobie mieszkanie.
Dlatego też przyjechałam do Torunia w środę, wieczorem byłam już umówiona z agentem nieruchomości i obejrzałam 5 mieszkań. Po namyśle zdecydowałam się na to:


Salon z aneksem kuchennym

Spodobały mi się te wielkie czerwone maki na ścianie. No i jest TV, co znacznie ułatwia granie ;-) Na kanapę też nie mogę narzekać, bo całkiem wygodna. Wczoraj na niej usnęłam i obudziłam się o 4 nad ranem, by przenieść się na łóżko. Dodam, że mimo to wciąż jeszcze funkcjonuję.


Sypialnia z wielkim łożem

Przytargałam do niej komodę z kuchni. Nie wiem, dlaczego pierwotnie tam wylądowała.


Łazienka z rybkami


Widok z okna

Do mieszkania przynależy całkiem spory taras z trawą. Jak się zrobi cieplej można na nim urządzić fajnego grilla. Nawet jest tam nie zbędne wyposażenie. Nie wiem tylko w jakim stanie.

sobota, czerwca 21, 2008

Z serii różnice kulturowe i znajomość obcego kraju.

-Czy macie w Polsce lasy bambusowe?
-Nie.
-To co jedzą pandy??
-...

pożegnanie

Przed wejściem czeka śnieżnobiały mercedes.
Pan K. ubrany w garnitur idzie jeszcze na ostatniego papierosa z kolegami.
Powoli zbierają się pracownicy, którzy chcą go pożegnać.
Pojawiają się kwiaty, czekoladki.
Wszyscy biją brawa.
Na koniec jeszcze obowiązkowo grupowe zdjęcie.



Tak wyglądało pożegnanie jednego z naszych Japończyków, który po roku pracy na zesłaniu szczęśliwie wraca do domu. Trochę zaskoczyła mnie jego forma. To, że odbyło się z pewnego rodzaju pompą :)

niedziela, czerwca 15, 2008

tydzień bez słodyczy

Zrobiłyśmy sobie z Manią tydzień bez słodyczy.
Od tak sobie, dla odmiany.
Ciężko było.
Od poniedziałku do poniedziałku.
A różne rzeczy kusiły.

Czekoladka od Pana O. Prosto z Japonii. Oj, kusiła, kusiła :]

niedziela, czerwca 08, 2008

magisterki czas

W ramach zabierania się za magisterkę (beznadziejny Kuba już swoją złożył i nawet ma wyznaczoną datę obrony :/), postanowiłam mobilizować się w sposób wizualny, czyli wyciągnęłam książkę, którą powinnam teraz namiętnie czytać i położyłam ją w miejscu widocznym. No dobra, widocznym tylko czasami, gdy nie nagromadzają się na nim masy innych rzeczy, które ostatecznie maskują ów bodziec i niwelują mój świetny pomysł.
Może przeniosę ją niedługo w pobliże łóżka, by się bardziej mobilizować...

niedziela, marca 30, 2008

okolica

Od jakiegoś czasu myślę o swoim blogu, że taki sobie stoi zapomniany, ale jakoś nie mam czasu by się nim zając. Wciąż mam masy innych rzeczy, które chcę zrobić w pierwszej kolejności. Ostatnio każdy poranek poświęcam na coś innego (znowu pracuję w trybie popołudniowym). Jednego dnia zakupy, innego odpisywanie na maile, itd.

Już wcześniej miałam zamiar wrzucić tu parę zdjęć z mojego nowego mieszkania (to już trzecie odkąd przyjechałam do Torunia), ale jakoś się nie złożyło, a zdjęć wciąż przybywa.
A że wczoraj pomagałam przy przeprowadzce Kuby, stwierdzam, że to dobry moment na temat mieszkaniowy :)

Tym razem wylądowałam na Starym Mieście.
Mieszkanie jest znośne, choć nie tak fajne, jak to poprzednie.
Najpierw mój pokój. Tym razem dostał mi się duży :D


Niepotrzebna, poobcierana sofa i szafki w kiepskim kolorze, do którego jednak można się przyzwyczaić po pewnym czasie. Sofa służy mi jako miejsce rzucania ubrań, które zwykle staram się posprzątać w weekend (jeśli się uda).


Pod oknem stół (świetnie nadaje się do mahjonga po przysunięciu do łóżka), z przodu łóżko (typ rozkładany, czyli zawsze sturlasz sie do środka, nie ważne jak się ułożysz) i na szafkach mini TV z przepalonym kineskopem, który daje obraz w mdło-różowym kolorze. Nie sprzyja to grom, choć pasuje kolorystycznie do mojego PS2.


To kuchnia. Choć tego pewnie nie muszę pisać. Drzwi prowadzą do pokoju mojej współlokatorki.


A to pokój Mani. Bardzo, bardzo mały. Ale przynajmniej ma drzwi. Bo ja nie mam. Mój pokój łączy się naturalnie z przedpokojem, co jest trochę uciążliwe.

Problem z tym mieszkaniem polega na tym, że nie jest przystosowane dla dwóch osób. Mały pokój jest... po prostu mały. Można się nabawić klaustrofobii mieszkając w nim. No a mój nie posiada drzwi, co ogranicza moją prywatność. Czyli w Guitar Hero zbyt głośno to sobie nie pogram.


Z zewnątrz wygląda to tak. Nie polecam wjeżdżać samochodem, bo potem trzeba cofać się tyłem.
Z parkowaniem na Starówce jest istny koszmar. Zdarzało mi się objechać Stare Miasto i cztery razy, zanim znalazłam wolne miejsce. Do tego parkowanie płatne także w soboty. Nie tylko w tygodniu od 8-18.


Na ogół parkowałam tutaj. Nawet widać mój samochód ;) Ale ponieważ od marca chodzę na popołudnia, musiałam wykupić sobie parking, bo płacenie za postój na Starówce zupełnie by mi się nie opłacało.


To znalazłam na ścianie budynku przy ulicy Żeglarskiej. Automatycznie przyciągnął mój wzrok i musiałam zrobić mu zdjęcie.


Tutaj moja najbliższa brama. Jeśli prze nią przejdę i zejdę ścieżką do rzeki, znajdę się przy parkingu, gdzie zostawiam samochód. W sumie niedaleko.


A to ogólny widok na mury miejskie od strony Wisły. Trzeba przyznać, że jest bardzo malowniczo.


Na koniec nowy mieszkaniec Torunia. Jest to pręgierz w kształcie osiołka. Jego pierwowzór stał właśnie przy zbiegu ulic Mikołaja Kopernika i Żeglarskiej w XVII wieku. Koło budynku straży miejskiej. Pierwszy osiołek był wykonany z drewna, a na grzbiecie miał obicie z blachy. Sadzano na niego mieszczan i strażników, którzy coś przewinili. W ten sposób stawali się pośmiewiskiem gawiedzi, a dodatkowo blacha wbijała im się w siedzenie. Jeżeli występek był wyjątkowo ciężki, dodatkowo przymocowywano biedakowi do nóg ołów, by go bardziej obciążyć. Prawdziwy pręgierz stał do 1797r. a potem zaginął. Obecny osiołek jest odlany z metalu i może wytrzymać ciężar nawet do 500kg (ciekawe kogo zamierzają na nim sadzać, a podobno ma być atrakcją dla turystów, w szczególności dla dzieci). Na koniec dodam tylko, że wykonanie i montaż osiołka kosztowało 40tys. zł. Najwyraźniej Toruniowi nieźle się powodzi.

czwartek, lutego 14, 2008

Walentynki??

Co robi tłumacz 14 lutego?
Oczywiście siedzi w pracy.




A po pracy nawet jeśli chce zjeść kolację w jakiejś przyjemnej knajpce, to i tak nie może, bo nigdzie nie ma miejsc. Oczywiście mając na głowie inne rzeczy, nie pomyślał nawet, że trzeba zrobić rezerwację.
Ostatecznie zjedliśmy w barze wegetariańskim.
Tam chyba zawsze są miejsca...

wtorek, stycznia 29, 2008

nowe lokum

Po długim czasie niepewności i wielkim zamieszaniu spowodowanym przetasowaniem tłumaczy związanym z końcem miesiąca, ostatecznie wiem, gdzie się przeprowadzam, choć może "ostatecznie" to nie jest dobre słowo, bo w tej firmie nic nie jest ostateczne.

Początkowo miała to być bardzo bliska okolica, czyli mieszkanie po Michale po drugiej stronie ulicy, ale jednak Michał zostaje na dłużej, więc wynajęto nowe mieszkanie na Starym Mieście.

Od czwartku prawdopodobnie będę mieszkała w pobliżu tego zabytku:




Stare Miasto i sąsiedztwo Krzywej Wieży ma swoje plusy i minusy.
Plusem jest oczywiście lokalizacja. Nie podejrzewam też, bym miała jakieś większe problemy z dojazdem do pracy, po prostu będę musiała wstawać 10min wcześniej. Blehh...

Zaś minusem jest również... lokalizacja, bo w okolicach Starego Miasta po prostu nie ma gdzie zaparkować, bo praktycznie wszędzie trzeba płacić. Nie mam pojęcia, gdzie będę zostawiała samochód. Szczególnie martwiący jest weekend. W normalnym mieście w weekendy postoje są zwykle darmowe, ale nie w Toruniu. Tu nawet Cinema City jest najdroższym kinem tej sieci w kraju :/

Pod tym względem kicha.
Jutro dowiem się, gdzie parkuje Jan, który teraz zajmuje owo mieszkanie. Choć on mieszka w nim dopiero od wczoraj (a pojutrze ma się już wyprowadzić, pewnie nie jest zachwycony) i nie ma pojęcia jak wygląda sprawa z weekendami.

czwartek, stycznia 24, 2008

praca jak każda inna

Praca po Nowym Roku wysysa ze mnie wszystkie siły. Pewnie nie przestawiłam się jeszcze na tryb poranny. Czyli taki w jakim pracuje większość normalnych ludzi. Lepiej funkcjonowałam pracując od 11 do 23 niż jak teraz od 8 do 17.
Wracam koło szóstej do domu i po prostu odpływam. Od paru dni wciąż usypiam z zapalonym światłem i budzę się w środku nocy by je zgasić... Porażka.

W fabryce też nic ciekawego się nie dzieje. Produkcja na jedną zmianę na jednej linii nie zapewnia wielu wrażeń. Nowa obsługa japońska stanowi raczej tło, niż aktywny czynnik procesu i nie wymaga wielkiej uwagi ze strony tłumacza. Teraz bardziej sprawiam pozory, że pracuję (albo nawet już tych pozorów nie sprawiam) niż faktycznie pracuję. Jedyną dawkę emocji zapewniają mi codzienne spotkania produkcyjne, które biją wszelkie rekordy czasu trwania. W zeszłym tygodniu każde było po 2.5h, w tym na szczęście zrobiły się trochę krótsze. Choć bez wątpienia nie wpłynął na to fakt, że ich tłumacz już ledwo chrypi, bo kiedy inni powiedzą po parę zdań, ja wciąż muszę tłumaczyć wszystko.

Choć wracam teraz na tyle wcześnie, że mogłabym coś efektywnego jeszcze porobić, to jednak jedyne na co mam ewentualną ochotę, to Guitar Hero.
W zeszłym tygodniu nabyłam najnowszą odsłonę na PS2 z bezprzewodową gitarą-kontrolerem. Sprzedawca z Allegro się popisał i zamówioną grę miałam już następnego dnia. Niestety kurier już się nie popisał stwierdzając, że przesyłki dostarczają tylko do 16, więc musiałam sama jechać ją odebrać :/



Obklejenie jej nalepkami, które wchodzą w skład zestawu, było bardzo poważną decyzją wymagającą dłuższej chwili zastanowienia :)



W niedzielę wyprowadziła się moja dotychczasowa współlokatorka i bez większego namysłu przeniosłam się do dużego pokoju z telewizorem, by móc grać, gdy tylko będę miała na to ochotę. Dobrze zrobiłam, bo jeszcze tego samego dnia niespodziewanie wprowadził się ktoś nowy.
Teraz zaczyna się okres przetasowań wśród tłumaczy i mieszkań. Ja sama zostaję w Toruniu, ale muszę zmienić mieszkanie. Tak więc w przyszły czwartek czeka mnie męcząca przeprowadzka w nowe miejsce.
Byle tylko było TV...

środa, stycznia 09, 2008

2008

By dobrze zacząć nowy rok...


sobota, grudnia 29, 2007

wrocławskie krasnale

Podczas ostatniego wypadu do Wrocławia koleżanka obiecała pokazać mi krasnale. A ponieważ ostatnio skupiona głównie na pracy, pracy i pracy, nie mam pojęcia, co się wokół mnie dzieje, z niecierpliwością czekałam, by się dowiedzieć, czym dokładnie one są.

Tajemnicze krasnale okazały się być niewielkimi figurkami, które zaczęły pojawiać się na terenie miasta od sierpnia 2005 roku. Czyżby inwazja krasnali? A może w końcu zaczęły wychodzić z lasów i zamierzają bratać się z ludźmi? W sumie trudno określić.

Istnieje teoria, że nocą małe ludki pracują na rzecz miasta, a w dzień zastygają w postaci kamienia, by dać się fotografować turystom i mieszkańcom. Potwierdzają ją dwaj malutcy zwani Syzyfkami, którzy bardzo wyraźnie zostali złapani przez pierwsze promienie słońca podczas toczenia kuli na ul. Świdnickiej zaraz obok Poczty Polskiej.








Kolejny, którego napotkałam, to roześmiany krasnal na wózku koło przejścia podziemnego na tej samej ulicy. Nazywa się W-skers i najwyraźniej nic sobie nie robi ze schodów obok niego. Pojawił się w mieście 8 grudnia na zaproszenie Wrocławskiego Sejmiku Osób Niepełnosprawnych.








Z ul. Świdnickiej przeszłam do Rynku i wpadłam na Obieżysmaka. Ten to na pewno nocami nie robi nic innego prócz jedzenia. Dowodem na to może być jego wielki błyszczący brzuch. Najwyraźniej krasnal upodobał sobie pizzę w szczególności, gdyż na miejsce swej drzemki wybrał stopnie prowadzące do Pizza Hut.






Idąc dalej, spacerkiem wokół Rynku, na stopniach prowadzących do Dolnośląskiej Biblioteki Publicznej dostrzegłam kolejnego krasnalka. Bibliofil, najwyraźniej maluch o romantycznym usposobieniu, znalazł jakąś wciągającą powieść w bibliotece i zaczytany zastygł na schodku.






Ostatni w Rynku, jakiego udało mi się znaleźć był Gołębnik na parapecie Spiżu, który najwyraźniej od dobrego jedzenia woli oswajanie gołębi.




Na sam koniec miałam spotkanie z Kinomanem, który na swym rowerku mknie nocami ulicami Wrocławia, a akurat tego dnia zastygł na ul. Kazimierza Wielkiego zaraz przy kinie Helios. Jego gipsowego poprzednika spotkał marny koniec (głowa odrąbana przez jakiegoś wandala). Miejmy nadzieję, że ten będzie bardziej na siebie uważał.




W sumie wszystkich nie udało mi się poznać. Brak czasu i szukanie w ciemno małego ludku stanowczo mi w tym przeszkodziły.

Jeżeli ktoś miałby ochotę wybrać się na poszukiwania polecam mapkę i forum strony www.krasnale.pl


Zafascynowana ideą i wrocławskimi krasnalami, po powrocie do domu postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej. Myszkując w Internecie odkryłam, że pierwsze krasnale we Wrocławiu pojawiły sie w nocy z 30 na 31 sierpnia 1982r., czyli podczas stanu wojennego. Ich ojcem jest Waldemar Fydrych "Major", szef Pomarańczowej Alternatywy. Dwa pierwsze pojawiły się na transformatorze na Sępolnie i na bloku na Biskupinie. W tym okresie trafiały na plamy, pod którymi kryły się hasła polityczne, stopniowo zaczęły opanowywać wszystko (wyszły z Wrocławia do innych miast), aż ostatecznie w 1988r. doszło do "Rewolucji Krasnoludków" - największego happeningu Pomarańczowej Alternatywy, głośnej nie tylko w Polsce, lecz również na całym świecie, kiedy kilkanaście tysięcy Wrocławian ubranych w krasnale czapeczki (czerwona bibułka, obręcz z tektury i pompon) przeszło ulicami miasta.





Pomarańczowa Alternatywa

wtorek, grudnia 18, 2007

różowy jak zwykle górą

Znudzona swoim telefonem, który tak na prawdę od początku niezbyt mi przypasował, nabyłam sobie w końcu coś innego. Po niezbyt długich poszukiwaniach, zdecydowałam się na mało popularny LG U8500, oczywiście w wersji PINK ;p




Używam go od dwóch tygodni i wciąż jestem zadowolona, choć niestety bateria o mniejszej pojemności słabo trzyma. Przy intensywnym używaniu wystarcza jej tylko na niecałe 3 dni. Mam jeszcze jedną w komplecie (1100mAh), ale wraz z większą pojemnością, zwiększa się też jej grubość i jakoś tak dziwnie wystaje z telefonu, więc pewnie będę jej używała tylko podczas wyjazdów.




Wielkością LG jest praktycznie taki sam jak mój Sony Ericsson. Dosyć cienki jak na klapkowy. Podoba mi się to. Szczególnie ta klapka, której bardzo mi brakowało od powrotu z Japonii :)




Poza tym oczywiście ma zewnętrzny wyświetlacz (96x96px), pod którym znajdują się też klawisze do multimediów. Nie można też zapominać o obrotowej kamerce, więc mogę robić zdjęcia samej sobie, albo prowadzić video-rozmowę. Sam aparat jest taki sam jak w Sony, więc na lepszą jakość zdjęć nie mam zapewne co liczyć, choć ma funkcję zdjęcia nocą, ustawianie jasności, itp.




Główny wyświetlacz jest dużo większy (176x220px) niż w Sony. Nieźle wygląda. Filmiki też można kręcić i wychodzą w dobrej jakości. Do tego ma wbudowaną pamięć 80mb plus możliwość dodania karty micro.
Dobrze opracowana klawiatura. Dużo przydatnych skrótów ułatwiających obsługę.

Reszta, to standard. Oczywiście o wyborze zadecydował kolor i klapka ;p

poniedziałek, grudnia 10, 2007

co na prezent

Ostatnio miałam wolną sobotę (na prawdę, wcale nie żartuję) i postanowiłam poświęcić ją na znalezienie prezentów dla moich Japończyków, którzy już wkrótce wracają do Japonii, a od których sama dostałam różne rzeczy.
Niestety szukanie prezentów bez żadnego pomysłu, do tego w deszczu nie jest żadną przyjemnością.
Na szczęście po dotarciu na Rynek Staromiejski, przypomniałam sobie o prezencie, jaki ostatnio dostała na urodziny jedna z naszych tłumaczek i tak zawędrowałam schodami na piętro jednej z kamienic, gdzie znajduje się strasznie fajny sklep z przeróżnymi artykułami papierniczymi. Jego główną atrakcją są jednak przepiękne notesy firmy Paperblanks, której mottem jest:

The Journal as Functional Art

W sklepie spędziłam około godziny przerzucając notesy pasujące dla panów i wybrałam trzy przypominające starą skórę (dwa takie i jeden w takim stylu), po czym nie mogąc się oprzeć, rzuciłam okiem również na te bardziej pasujące kobiecie i tak pozbyłam się sporej sumki z konta, bo trzeba przyznać, że notesy te są okropnie drogie.

Sklep wyraźnie przygotowany na klientów szukających prezentu, bo zapewnia również ładne pakowanie.




A to nabytek dla mnie. Po bardzo długim namyślenie i przejrzeniu chyba ze dwudziestu innych, zdecydowałam się ostatecznie na ten, który jako pierwszy wpadł mi w oko.




Okładka z magnesem w środku stanowi część włosów, a po otwarciu widzimy całe oko.
Podobają mi się jego ciepłe kolory. Trzeba przyznać, że większość tych dla kobiet była bardzo barwna i wiele z nich miało ciekawe rysunki wykonane, przez różnych artystów.




Ten, to autoportret Laurel Burch plus wiersz wewnątrz okładki i na grzbiecie. Dodam tylko, że strony w środku są w linie, choć mogą być też całkiem gładkie.




A tak wygląda z tyłu


dożywiania ciąg dalszy

Moja rodzicielka martwi się, że nie jem jak należy, a to wcale nie jest prawdą. W pracy wciąż jestem dożywiana. Od kiedy mój menedżer stwierdził, że jadam gorzej niż on (co na prawdę nie może być prawdą), zaczął mi przynosić od czasu do czasu coś, co nazywa 非常食, czyli jedzenie na sytuacje kryzysowe, w skrócie instanty.
I tak dorobiłam się zupek zalewajek:


To po prawej to mayosoba. Coś, co dosyć często jadałam w Japonii.
Natsukashii!
Po lewej zupka o smaku curry.

Następny pakiet stanowi dla mnie tajemnicę. Jako, że nigdy nie interesowałam się gotowaniem potraw japońskich, nie bardzo orientuję się w temacie (oczywiście oprócz oczywistych podstaw, takich, które w restauracji podają pod nos).


To po lewej, to jakaś posypka (pewnie do ryżu) o smaku wasabi. Po środku i na prawo też dodatek do ryżu, tyle że zalewanego dodatkowo wodą. Może kiedyś to wypróbuję.



A to ciacho. Nazywa się hangetsu, jak wskazuje napis na opakowaniu. Co mają do tego zające (a może króliki), to nie wiem, bo kiedy zapytałam menedżera, czy oni mają na księżycu królika, tak jak my pana Twardowskiego, to zrobił tylko zdziwioną minę i stwierdził, że nie wie.
Trochę mi pękło w trakcie transportu, ale w jedzeniu to zupełnie nie przeszkadza.

piątek, grudnia 07, 2007

Co tłumacze robią po godzinach

W prawdzie chciałam wrzucić parę zdjęć kolejnych dziwnych prezentów, ale ponieważ jestem w pracy, jest już po zerowej i zapewne nie wyjdę stąd do 2am, pomyślałam, że napiszę o fabryce nocą.

A więc tłumacze, albo jeden tłumacz, po godzinach robi rework. Już drugi dzień zahaczam nadgodzinami o nockę (muszę jeszcze tylko zgłosić ten fakt swojemu szefowi, bo podobno muszę) i zastanawiam się jak długo jeszcze pociągnę pracując od 11 rano do nie wiadomo której w nocy.

Teraz minęła północ. Do końca niecałe dwie godziny i w sumie mam chwilę nudów. Polacy rewokują, mój Japończyk grzebie sobie przy linii i nagle poczułam się całkowicie niepotrzebna. Zaliczyłam już wycieczkę do toalety i do jidouhanbaiki (automaty na monety) po jakąś przegryzkę, obejrzałam nowe aukcje gier na Allegro i przeczytałam ciekawsze fragmenty na skizo. Pozostaje złożyć głowę na biurku i po prostu przespać kolejne półtorej godziny. Moi koledzy, równie nieszczęśni jak ja skupili się na kursach do śmietnika (ostatnio zbiera nam się pod biurkami sporo śmieci, których nikt nie chce wyrzucać).

Ciekawe jak ja jutro wstanę. Może zadzwonię o 9 do mojego Japończyka i powiem mu, że chcę jeszcze spać i przyjdę do pracy o 12. Może się uda.

A to już po wyjściu z pracy. Ok. 2.15am. Prócz mojego pancernika stoją też jakieś inne niedobitki, więc nie tylko ja jestem tak szalona, by nocki spędzać w fabryce ;p Zdjęcie robione komórką, więc jakość taka sobie.